Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

środa, 18 listopada 2020

Miłość, czy pieniądze ??

     Moja bibliotekarska kariera nie była długa...Zaczęła się przypadkowo, skończyła się prozaicznie...Tyle, że ten mój początek był troszkę inny, niż przedstawiony kilka dni temu...Przynajmniej początek bibliotekarski, nie zawodowy...

     Mając lat jedenaście, uczestniczyłam w letnich koloniach, "gdzieś na mapie"...Miejscowość była tak malutka, że nikt dokładnie nie wiedział "gdzie to jest" i "co tam jest"...

Sosnowe lasy, kilka domów i szkoła...

     Trzy tygodnie kolonii przechorowałam...Poza zakamarkami szkoły i sadem, który ją otaczał, niewiele widziałam...

No nie...

     Byłam raz w sosnowym lesie, kiedy w połowie pobytu odbył się "najazd rodziców"...Ku mojemu zdziwieniu, Mamciaśka też przyjechała...

     Przez trzy godziny usiłowałam Ją przekonać, że w domu będzie mi lepiej...

Nie przekonałam...

Trzy tygodnie w "izolatce"...

     To właśnie tam, Kierowniczka "imprezy" wpadła na wyśmienity pomysł...

     Oddała mi w zarządzanie kolonijną bibliotekę (właściwie szkolną)...;o)

     Miałam pod dostatkiem książek do czytania i doraźny kontakt z rówieśnikami...

     Z "przepisowych" dwóch godzin, dwa razy w tygodniu, zrobiłam pełny etat, od śniadania do kolacji każdego dnia ...

Całe dnie z książkami...

     Moje najpiękniejsze kolonie !!

Chociaż żal do Rodziców miałam ogromny...

     To był mój pierwszy krok w bibliotekarskiej "karierze"...

A jaki był ostatni ??

     Po urlopach macierzyńskich, wychowawczych i przeprowadzce do Zaścianka, nadszedł czas powrotu do pracy...W międzyczasie zmieniła się Dyrekcja...

     Nowa Dyrektorka przedstawiła mi ofertę finansową, a nawet zaproponowała przeniesienie do Filii najbliższej stacji kolejowej...Zależało Jej...Mnie też...

     Wróciłam do domu, siadłam z kartką i długopisem, zaczęłam liczyć...Jestem przecież "ściślakiem"...;o)

- Koszt biletu miesięcznego;

- Koszt przedszkola dla Córci;

- Koszt opieki doraźnej (Pan N. pracował na zmiany, ja miałam pracować na zmiany)...

I zonk...

     Mojej proponowanej pensji już by brakowało...Nawet, gdybym prowadziła "zawodową głodówkę" (bez posiłków w pracy) i paradowała goła i nieobuta...

Tyle zarabiały Bibliotekarki...

Popłakałam się...

     Dlaczego nie przeniosłam się do bibliotek w Zaścianku ??

Bo to Zaścianek...

Tu zatrudniało się "swoich"...

     Tak to się zakończyło...

     Ponoć, najszczęśliwszymi Ludźmi są Ci, którzy robią to co kochają i jeszcze im za to płacą...

     A może wystarczy pokochać to co się robi ??

     Ja kochałam swoją pracę (chociaż była zaprzeczeniem moich marzeń), ale miłość do Rodziny (że o rozsądku nie wspomnę), musiała zwyciężyć...

     Nadszedł czas na "nowy początek"...

Może i o tym, kiedyś Wam opowiem...;o)

niedziela, 15 listopada 2020

Z szacunku dla "Orła"...

     Matka Natura wyposażyła mnie w "dziwny czujnik"...Instynktownie wyczuwam ludzi, od których powinnam się trzymać daleko...I chociaż czasem, wbrew "ostrzeżeniom", bagatelizuję sygnał, gdzieś tam "wypływa", że Matka Natura się nie myliła...Czasem nie mam wpływu na bliskość toksycznych ludzi...

     Kiedy Dyrektorka przedstawiała mnie przyszłej Kierowniczce, moja "lampka" płonęła jaskrawą czerwienią...

Nawet wymruczane przez Dyrektorkę:

     - Powodzenia...

Było jakieś bezduszne, rzucone mimochodem...Nawet nie patrzyła na mnie...

Po tygodniu pracy w nowej Filii już wiedziałam...

     To nie była Biblioteka, to był "urząd"...Myślenie było czynnością najmniej potrzebną...

     Nowoczesne pomieszczenia, zapach farby, błysk szyb...I "obsługa" ze sztucznymi uśmiechami, pracująca jak roboty...Przyjmij, wydaj, ułóż...

     "Obsługa" mogła porozumiewać się tylko w tematach zawodowych...

Manufaktura...

     Przy wejściu była szatnia, którą obsługiwała starsza Pani...Przesympatyczna starsza Pani...

     "Obsługa" witała ją "dzień dobry" i żegnała "do widzenia"...Tyle w temacie...Bo to była "tylko" Szatniarka !!

     Najsmutniejsze były "wewnętrzne czwartki"...

     "Obsługa" siadała przy stołach (albo biurkach) i w magicznym milczeniu wykonywała swoją pracę...

     Na jednym z zebrań ogólnych zaczepiła mnie Dyrektorka i zapytała:

     - Dajesz radę ??

     - Z trudem...- odpowiedziałam, bo szczerość ceniła sobie ponad wszystko...

     Potem się dowiedziałam, że Kierowniczka co tydzień bywała w dyrekcji i wypluwała jad na temat "obsługi"...Byłam ponoć częstym tematem tych "zjadliwców"...

     Już nie biegłam do pracy z uśmiechem na twarzy...

Chociaż...

     Po pewnym czasie, odeszła z Filii "obsługa" czytelni...Emerytka, która dorabiała na pół etatu i jako jedyna miała "wywalone" na Kierowniczkę...Szczerze mówiąc...Od razu Ją polubiłam, a i Ona chyba zapałała sympatią, bo czasem udawało się nam zamienić kilka zdań (prywatnych !!)...

Kiedy odchodziła, byłam w ciąży...

     Dlaczego o tym wspominam ??

     Bo wówczas Kierowniczka musiała ulec Dyrekcji...

     Dyrektorka zdecydowała, że to ja mam się zająć czytelnią...

Viktoria !!

I teraz skończę z ubolewaniem na swój ciężki los...;o)

     Czytelnia była piękna...Regały, biureczko, katalogi i dwadzieścia (!!) miejsc...A księgozbiór ?? Palce lizać !!

Stałych Czytelników poznałam w kilka dni...

     Siedziałam sobie w ciszy (Kierowniczka jakoś sentymentu do czytelni nie miała) i robiłam swoje...Mogłam bez skrępowania podejść do stolika i zapytać: co trzeba, co czytasz, co piszesz, może pomóc...Niby nic...

Nawet nie wiem kiedy "moja czytelnia" zaczęła się zapełniać...

     Biblioteka znajdowała się w kompleksie handlowym, wtedy Młodzież ze szkół zawodowych nagminnie odbywała praktyki zawodowe, jednocześnie się ucząc...Fama o tym, że w czytelni można spokojnie przygotować się do zajęć szybko się rozeszła...

No dobra...Przyznam się...Pomagałam...

     Czasem sprawdziłam jakieś wypracowanie...Czasem zerknęłam w zadanie, którego wynik był daleki od wymaganego...Czasem, o zgrozo, napisałam jakiś referat (bo autor, czy autorka mieli właśnie inwentaryzację i nijak by tego nie ogarnęli)...

     Po kilku tygodniach poszłam do Kierowniczki, poprosić o krzesła i stoły z sali konferencyjnej, bo mi się Czytelnicy nie mieścili...Zonk...

     To był jeden z nielicznych momentów, w których Kierowniczka wparowała sprawdzić moje fanaberie...

Ścisk był okrutny...;o)

     Mrucząc pod nosem jakieś "złowieszcze zaklęcia" ustąpiła (sala konferencyjna była Jej perełką - służyła do prania naszych sumień)...Dostałam stoliki, dostałam krzesełka...I o zgrozo !! Pomagali mi je przenieść Czytelnicy !!

Znowu stałam się Bibliotekarką...

No i cóż...Miałam z tego profity...

     Jakie były wówczas czasy, pamiętają Ci z odpowiednim PESEL-em...W sklepach nie było nic...Ja pracowałam całe popołudnia, więc wystawanie w ogonkach, odpadało...Ciąża wymagała pewnych przygotowań...

A ja miałam wszystko !! Dosłownie wszystko !!

Od moich Czytelników...;o)

     - Może podgrzewacz do butelek by się Pani przydał ?? 

     - Pewnie, że by się przydał...- odpowiadałam...

     - Właśnie przyszły, poproszę o pieniążki, przyniosę po zmianie...

     - A może pieluszki flanelowe ?? Sprzedajemy po dziesięć sztuk...Pakiecik ??

     - Śliczne śpioszki mamy !! Na przerwie przyniosę pokazać...

     Nie ruszając się z Czytelni, ciągle wracałam do domu z zakupami...

Potem było jeszcze lepiej...

     Pierworodny, oczekiwał od przyszłej mamy specyficznej diety...

     Jadaliśmy kanapki z dżemem i śledziem w occie, kanapki z miodem i kapustą kiszoną, ptysie w ilościach hurtowych (dziesięć sztuk nie było problemem, a temat ogarniał Pan N. wracając z pracy) i cytryny...Cytryny na kilogramy !! Do jednej nie siadałam...

A że większość dnia spędzałam w Czytelni, więc moi Goście byli świadkami naocznymi tej diety...

Szybko zrozumieli, że cytrynowa korupcja jest pożądana jak żadna...

     Do uprzejmego "dzień dobry" dostawałam cytrynę...

     Towar był reglamentowany, więc rozumiecie, że oprzeć się takiej korupcji nie mogłam...;o)

     Po jakimś czasie, do mojego biurka podszedł stateczny Pan, w słusznym wieku (były dyrektor sporego przedsiębiorstwa) i...

     - Mamy prośbę, jako Czytelnicy...Bo ja tu w imieniu wszystkich przyszedłem...Czy możemy przestawić krzesełka w drugą stronę ?? Żuchwy nam cierpną, ślinotok mamy i nawet uszy nas bolą, jak Pani je te cytryny...Nie damy rady dłużej !! Niech się Pani zlituje...Sami przestawimy...Powiedzmy, z szacunku dla "Orła"??

     Dłoń z cytryną zawisła mi w powietrzu i usiłowałam zagonić do pracy ostatnie dwie szare komórki...Tempo wpatrywałam się w Czytelnika, przetwarzając komunikat, i w "Orła" wiszącego na ścianie...

     Kiedy dotarło do mnie w czym problem, wybuchłam niewyobrażalnym śmiechem (aż czkawki dostałam), a cała Czytelnia mi wtórowała...

To się musiało skończyć interwencją Kierowniczki...;o)

Ale argument o "orle" zadziałał...;o)

     Od tego dnia, moi Czytelnicy siedzieli do mnie tyłem...

     Ale cytryny przynosili, więc nie czułam się pokrzywdzona...;o)

     Z czasem zauważyłam, że Czytelnia zaczyna żyć własnym życiem...Matematyk na emeryturze pochylał się nad zeszytem "gamonia" i ze świętą cierpliwością tłumaczył po raz setny zadanie...Siwowłosy Inżynier kreślił w notesie jakieś wykresy, tłocząc fizykę opornym...Polonistka przygarnęła do osiedlowego teatru kilka humanistycznych duszyczek...Starsze Panie wymieniały się przepisami na ciasta, a potem zaczęły wymieniać się ciastami (z czego i ja korzystałam)...Dyskusje o książkach stawały się tak żarliwe, że do słownictwa wprowadziłam wyraz: "ciszej"...

"Orzeł" na ścianie jakby się uśmiechał...

A ja wiedziałam już na pewno...Jedni kochają książki, inni ich potrzebują...Wystarczy Im nie przeszkadzać...

     Kiedy odchodziłam na "macierzyński", Pani Basieńka (nasza Szatniarka), wyszeptała mi do ucha...

     " Tutaj już nigdy nie będzie tak jak teraz"...

Najpiękniejsze pożegnanie jakie mogłam usłyszeć...

     Po kilku miesiącach poszłam w odwiedziny z Pierworodnym...

     W czytelni stała przepisowa ilość stolików z przepisową ilością krzesełek...Krzesełka stały tyłem do "Orła"...Było pusto...

Przy biurku siedziała Kobieta w średnim wieku...

     - Proszę się wpisać do zeszytu...- oznajmiła urzędowym głosem, bez uśmiechu...

     "Obsługa"...

czwartek, 12 listopada 2020

Krowy nie było...

     Jedna z moich Czytaczek, opisała ostatnio bibliotekarskie smuteczki, spowodowane przymusową izolacją Czytelników i książek...Pomyślałam wówczas, że opiszę moje bibliotekarskie przygody, jako antidotum na te smuteczki...;o)

No cóż...

Słowo się rzekło...;o)

     Dawno, dawno temu zostałam Bibliotekarką...Nie po "dobrowoli", ale z czystego przypadku...Zostałam zmuszona do odejścia z pracy za wyrzucenie do kosza "deklaracji przystąpienia do partii" (tej jedynie wówczas słusznej)...

     Dotychczasowa praca była moim marzeniem, dostanie się tam spełniło młodzieńcze pragnienia, ale...

No właśnie...

     Była końcówka roku, a w czasach "dawno,dawno temu" pod koniec roku obowiązywała magiczna "blokada etatów" aż do Nowego Roku...

     Stając się "elementem wywrotowym" na fory liczyć nie mogłam, więc złożyłam papiery do Biblioteki...

Ja "ściślak", mający totalnego bzika na punkcie technologii...Echhh...

     Przygarnięta zostałam właśnie przez tę "wywrotowość"...;o)

Po obowiązkowych szkoleniach przydzielono mi placówkę...

     Filia była maleńka, odległa i nie ma co ukrywać, nikt nie chciał tam pracować...Dzielnica "zakazana", tereny produkcyjne, wkoło więcej "marginesu" niż życia...

     Biblioteka mieściła się w obskurnej, starej kamienicy, przy obskurnej, starej ulicy, w zakazanej dzielnicy...

     Jak wyglądała w środku ??

     Stare mieszkanie, przystosowane regałami na wypożyczalnię, czytelnię stanowił rozklekotany fotel z lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku i równie malowniczy stolik...

Tyle luksusów...

     Kiedy Dyrektorka (wyjątkowa Postać w moim życiorysie) komunikowała mi przydział, zapytała niespodziewanie:

     - A umiesz palić w piecu ??

Bingo !!

     Nastoletnia dziewczyna z centrum sporego Miasta, z "technologicznym kotem" i takie przyziemienie...

     - Ja nawet krowy umiem doić...- wypaliłam...

     - Kto wie, kto wie...- wymruczała Dyrektorka i pokiwała głową z miną "wszystko się może zdarzyć"...

     Obsługę tej "dziwnej" Filii stanowiły:

- Kierowniczka, która od kilku miesięcy przebywała na chorobowym i nikt nie spodziewał się rychłego powrotu;

- Młodziutka Studentka polonistyki UŚ, która ciągle brała wolne, bo nie wyrabiała czasowo;

- Ja, absolutny świeżak w zawodzie, który ślinił się na widok bibliotecznych regałów (jako użytkownik).

     Była jeszcze jedna postać...

- Królowa !! Starsza Pani mieszkająca na piętrze, która "trochę sprzątała", "trochę pomagała", a głównie odpowiadała za opał i rozpalanie ogromnego, kaflowego pieca...

     Dyrektorka na pożegnanie życzyła mi powodzenia, wręczyła klucze i oznajmiła, że zaczynam od 13-tej...A że jakieś wsparcie mi się należy, to przyjedzie Inspektorka, zerknąć jak sobie radzę...Super...

     Inspektorka mnie szkoliła i fakt jest faktem...Nawiązała się między nami nić sympatii...Moja imienniczka...Też "element wywrotowy"...O literaturze mogła gadać godzinami...Kochała słodycze...

     Chyba pora ruszać do pracy ??

     Poszłam oczywiście na piechotę...Trzydzieści minut energicznego marszu przez park było bonusem...A potem "zaklęte rewiry"...

     W bramach kamienic "zbiorowiska elementów", których jedynym zajęciem była niespieszna degustacja wina marki wino...

     Na plecach czułam zaciekawione spojrzenia, słyszałam pogwizdywanie i wymianę męskich poglądów na temat mojej "urody"...

     Zdezelowane drzwi Biblioteki otworzyłam z trudem...

     Widok trochę mnie "stłamsił"...To jest Biblioteka ??

Lawirowałam między regałami usiłując znaleźć "zaplecze"...

     - Tutaj !! - usłyszałam tubalny głos odbijający się echem od odrapanego sufitu...

Królowa rozpalała w piecu...

     - Nie wiedziałam, czy dzisiaj będzie czynne...- usprawiedliwiła opóźnienie...- Tu masz wieszak, krzesełko i maszynkę z czajnikiem...Chodź, pokażę Ci komórkę z węglem...

Tyle było wprowadzenia...

     Okazało się, że Królowa też jest na chorobowym...Widocznie Dyrektorce ta informacja już przez gardło nie przeszła...Zwlekła się Kobieta z łóżka, żeby mnie wesprzeć w ciężkiej chwili próby...;o)

     - Od jutra mam zastrzyki, to będziesz musiała sobie węgla przynieść i w piecu rozpalić...Dasz radę ??

Wymruczałam potwierdzenie...

     - Tylko kamienicy z dymem nie puść...

     I zgrzyt zamykanych "drugich drzwi" oznajmił mi, że od tej chwili "rządzę i dzielę"...

Przekichane !!

     Niewiele pamiętam z tego "pierwszego dnia"...Upodobania Czytelników rozpoznawałam na "chybił trafił"...Z życzliwością witałam tych, którzy podawali tytuły...Samo rozeznanie się w ustawieniu regałów i systemie rozłożenia książek było wyzwaniem...

Inspektorka przyjechała koło 17-tej...Po pracy...

Siadła na zdezelowanym fotelu "czytelni" i zaznaczyła życzliwie, że będzie wsparciem mentalnym, bo nie zna tej Filii wcale...

Ha, ha, ha...

     Kilka dni później, ledwie zdążyłam przygotować miejsce pracy do funkcjonowania (czytaj: rozpaliłam solidnie w piecu i zrobiłam sobie herbaty), "cyk" i zgasło światło...

Orzesz...(ko)

     Połowa grudnia, więc za chwilę będę funkcjonować w egipskich ciemnościach...

     Przy okazji rozwiązałam tajemnicę sporego zapasu świec, zalegających jedną z półek...

Urządziłam sobie świecznik ze starego talerza, przygotowałam biurko i zamierzałam nadrobić zaległości w katalogowaniu "nowości"..."Wewnętrzny czwartek" ewidentnie mi nie wystarczał...

     Kto przyjdzie do Biblioteki, skoro nie ma prądu ??

Naiwna młodości !!

     Najpierw pojawił się "Typior" z kilkudniowym zarostem i podbitym okiem...Usiadł na czytelnianym fotelu, wziął gazetę ze stolika i zaczął czytać...

Po ciemku ??

     Dyskretnie podeszłam do pieca i zmieniłam położenie pogrzebacza (ustawiłam koło biurka, jakby co)...

     Po chwili weszły dwie dziesięciolatki...

     - Możemy tu lekcje odrobić ?? - zapytały...

     No cóż...Czemu nie ?? Skoro "Typior" siedzi i "czyta", to wsparcie nawet Dziesięciolatek się przyda...

Przygotowałam Im miejsce po drugiej stronie biurka...Niech odrabiają !!

     Po godzinie Biblioteka była zapakowana pod sufit...

     Z parapetów (bardzo niskich) pousuwałam kwiatki (badylki w doniczkach), zasiadło tam grono "bramowych obstawiaczy", Dzieciaki porozkładały zeszyty i książki na podłodze, nowi Przybysze lokowali się gdzie kto miejsce znalazł...Moim zadaniem było oświetlić świecami ich stanowiska...

     Biblioteka "płonęła"...

     I o dziwo...Panowała w niej idealna wręcz cisza...

Koło 17-tej wparowała Królowa...

     - Jezusie i Maryjo !! - wyrwało się Jej z obszernej piersi...

Noooo...

Tylko Ich mi brakowało...

     - A ja głupia myślałam, że siedzisz bidulko sama, po ciemnicy...- wymruczała Królowa i jak weszła z przytupem, tak zniknęła po angielsku...Prawdziwa Królowa !! (I to wcale nie jest ksywka, Kobieta na prawdę się tak nazywała)...Właściwie: Król...;o)

     Wróciła po kwadransie, z ogromnym imbrykiem herbaty i koszykiem pełnym różnych kubeczków...

     - Na kubki uważać !! Pożyczone !! - oznajmiła zrzędliwie, częstując moich Gości herbatką...

     - Gorzka...- wymruczał jeden z Dzieciaków...

     - Jeszcze mam Ci cukru dodawać darmozjadzie ?! - zbeształa krytykanta...

     I Biblioteka "zapłonęła" nie tylko świecami...Śmiech było słychać w całej Dzielnicy...

Nawet nie zauważyłam, że mój biblioteczny dyżur się skończył...Z przerażeniem odkryłam na zegarze godzinę 20-tą i już widziałam przerażenie Mamciaśki, że mój trup zalega gdzieś między regałami, albo parkowymi krzakami...

Pogasiłyśmy wszystkie świece, sprawdzają trzykrotnie każdą z nich...

     - Musisz złożyć zapotrzebowanie na świece w Dyrekcji, bo jeszcze dwie takie akcje i będziesz świecić oczami...- skwitowała Królowa...- Jutro możesz pospać pół godziny dłużej, odpalę piec...- wymruczała na pożegnanie...

     A przed Biblioteką czekał spory Tłumek, który odprowadził mnie aż do "wiaduktu", tam, gdzie prąd już był, i gdzie cywilizacja błyszczała gęstymi latarniami...

     Czy można piękniej spędzić popołudnie i wieczór ??

No cóż...

     Po powrocie do domu rozpakowałam teczkę, w której miałam "podarunki"...Dzieciaki po odrobieniu lekcji wyciągnęły kredki i rysowały...Co ??

Sporo łez wzruszenia ze mnie wycisnęły te rysunki...

Na każdym z nich była "chuda dziewczyna" z kucykiem, stojąca przy biurku, a obok talerzyk ze świeczkami...Wkoło regały z książkami...

Niewiele spałam tej nocy...

     Po przyjściu do Biblioteki wszystkie te rysunki wykleiłam na bibliotecznej witrynie, a w środku, rysunek A3 z Dzieciakami siedzącymi na podłodze, "Bramowymi Obstawiaczami" na parapetach i Królową z koszem kubków...Nie było to wielkie dzieło, bo umiejętności mam skromne...Ale starałam się każdego "ucharakteryzować"...

     Nie było wówczas komórek z "sms-ami", ani nawet stacjonarnych telefonów w mieszkaniach...W godzinę Biblioteka znowu rozbrzmiewała śmiechem...

     - To ja !!

     - A to ja !!

     - Popatrz !! Stefan ma podbite oko !!

     - Wojtek się nie ogolił !!

     A ja siedziałam przy biurku i chichotałam w karty katalogowe...Udało się !!

     Takich wieczorów "bez prądu" przeżyłam wiele...Zawsze z należytą Obstawą...

     Witryna zamieniła się w "galerię", a ja moich Czytelników (wszystkich) znałam po imieniu...

     Po Nowym Roku wróciła Studentka, ja dostałam podwyżkę i Encyklopedię (jednotomową) jako uznanie od Dyrekcji za "nietuzinkowe podejście do Czytelnika"...Skąd wiedziała ?? Od Królowej !! Królowa to była "Wtyka" Dyrekcji...

     Do obowiązków dopisałam sobie (na ochotnika) korepetycje dla Maluchów (i nie tylko)...

     - Dostałem piątkę !! - oznajmiał mały Urwis od progu...- Słyszy Pani !! Piątkę !! Z matematyki !! Moja pierwsza w życiu...- wyznawał z rozpromienioną buźką...

     Starsi wpadali podyskutować o wszystkim...

     Kochałam to...Tę zakazaną Dzielnicę "z brudem i smrodem"...Te braki prądu...Nawet ten piec i wiadro na węgiel, kochałam...

Idą "zakazaną ulicą", "zakazanej dzielnicy" uśmiechałam się radośnie i odkrzykiwałam na powitania "zbiorowiska elementów" sączących tanie wina...

     Razem z wiosną wróciła do pracy Kierowniczka Filii...Przesympatyczna...Z

ogromną wiedzą o literaturze...Zafascynowała mnie po pierwszej rozmowie...

Pierwszej i ostatniej zarazem...

     Dostałam nowy przydział...W nowoczesnej, pachnącej farbą Filii, na przeciwnym krańcu mojego rodzinnego Miasta...

     Nikt nie wiedział, że odchodzę, bo przy pożegnaniu chyba by mi serducho pękło...

     No cóż...W nowej Filii też nie było krowy do wydojenia...;o)

poniedziałek, 9 listopada 2020

Psi cwaniak...

     Jak wiecie, Lucky ma słabość do łydek...Nie wiem, czy psiaki mają fetysze, ale zaczynam poważnie podejrzewać, że Lucky ma...Kręcą go łydki...

     Na początku (po spektakularnym ataku na przechodzącą kobietę), pilnowaliśmy łobuza bardzo...Szczególnie, że "słabość" miewała miejsce nawet w domu...

Goście musieli mieć się na uwadze, my zamiast witać w progu, musieliśmy uważać na pieseła...

     Szczególnie upodobał sobie jednego osobnika...

     Gość przychodził do nas rzadko, głównie w celach służbowych...Wielki miłośnik piesowatych...Aktualnie "na odwyku" po ostatnim pożegnaniu przyjaciela kilka miesięcy temu...

     Zachowania Osobnika - racjonalne, wyważone i życzliwe...

     Zachowania Luckiego ??

     Od początku się jeży, czai, warczy i szczerzy kły...Spacyfikowany na kanapie mruczał pod nosem i pilnie obserwował Gościa...Nawet sięgnięcie po filiżankę powodowało alert...

Przekichane...

     Nie pomagały nawet łapówki wsuwane dyskretnie w dłoń Gościa...

     Lucky był w totalnej opozycji...

Kilka dni temu Gość miał pojawić się ponownie...

Tłumaczyłam cierpliwie...Psisko rozumnie słuchało...

     Dzwonek do drzwi i Osobnik wchodzi...

     Lucky wita go uśmiechem "od ucha do ucha", radośnie merda ogonem, podsuwa grzbiet do darmowego drapanka i...

(Komentujemy z Osobnikiem niebywałą, psią odmianę)

     I nagle psisko odwraca się z gracją, przewija między nogami Osobnika i cap !! Oczywiście za łydkę...

Ło Matko i Córko !!

Wyrachowanie do granic obłędu !!

     Agresję pacyfikowaliśmy, zauważył, że jest bez szans...No to zmienił technikę !!

     Łydka capnięta (rozsądnie, bo zamiast wbitych kłów został tylko niewielki siniak), teren oznakowany, "samiec Alfa" dokonał niemożliwego...Psia viktoria !!

Ręce opadają...

     Nijak z tym luckusiowym fetyszem nie wygramy...

     Żeby to chociaż kobiece łydki były wyjątkiem...O nie !! Łydka w wydaniu męskim jest równie kusząca...

Nie ma cwaniaka,

nad naszego psiaka...;o)

piątek, 6 listopada 2020

Psia musztra...

     Pomijając fakt, że pot nam po pupach spływa, Dziadek Czas szaleje, a my ciągle mamy tyły w obrabianiu Wrzosowiska, czasem mamy "pit-stopa" i...Podglądamy Luckiego...;o)

     Nasza fascynacja piesełem nie straciła na intensywności, mimo, że jest z nami już czternaście miesięcy...Takiej edukacji może dokonać tylko Matka Natura !!

     Lucky jest logiczny do bólu i wierzcie na słowo, wykorzystuje racjonalnie każdą minutkę swojego psiego żywota...O jego przywiązaniu moglibyśmy już epopeje pisać...;o)

     Listopad na Wrzosowisku owocuje przestawieniem naszej ławeczki pod "Orzeszka"...Promyki słonka są bardzo pożądane, plecki potrzebują podparcia, a Lucky...

     Lucky potrzebuje ogrzać łapki, które po kilku godzinach buszowania w chaszczorach, są lodowate...

Cierpliwie czeka na sygnał, że może wskoczyć na ławeczkę (nie wskoczy jeśli na jego części leży cokolwiek) i po obowiązkowym mizianiu (cały się wciska "pod pachę), przystępuje do pilnowania z poziomu +1...;o)

     Najpierw "na lewo" patrz...

Bo "baśka" mogła niepostrzeżenie wślizgnąć się na strzeżone terytorium...

     Potem "na wprost" patrz...

Bo "pies traktorzysta" może ruszyć na przechadzkę i trzeba będzie z nim "pogadać" przez płot...

     Potem "na prawo" patrz...

Tam to ciągle ktoś się pląta...

Koty, psy, człowieki, a nawet krowy, które są ostatnio sporą rozrywką na Wrzosowisku...Właściciele puszczają je luzem, więc odwiedziny mogą nastąpić w dowolnym momencie i dowolnym miejscu...

     Szczerze mówiąc, Lucky pilnuje nałogowo, nawet mysz się nie wciśnie niezauważona...

Ale najbardziej pilnujemy tego...


Listopadowe truskawki !!

Tego jeszcze na Wrzosowisku nie było...;o)

Truskawkowa poprzeczka poszła o miesiąc "w górę"...

Kwitną, owocują, dojrzewają...Cudo !! ;o)

     A kiedy dopijamy popołudniową kawę, Lucky demonstruje, że łapeczki są bardzo, bardzo zmarznięte i że trzeba natychmiast...Zapakować pieseła do "naguska" !!

     My okrzątamy Wrzosowisko, pakujemy manele, a Lucuś drzemie w samochodzie, wtulony w kocyk...Cwaniak jakich mało...;o)

czwartek, 29 października 2020

Skończ Pan, Naród oszczędź...

     Mam już sporo lat...Wychowałam się w "komunie"...W czasie "stanu wojennego" miałam kilkanaście lat...Widziałam lufy czołgów skierowane na Robotników (a w tym mojego Ojca)...Widziałam zmilitaryzowaną Służbę Zdrowia (a w tym moją Matkę)...Pozostałam sama w domu, bez wiedzy i rozumienia...

     Po nocach słuchałam radia Wolna Europa, płacząc na głos po komunikatach o ofiarach, i zaklinając rzeczywistość, żeby nie usłyszeć komunikatu o Zakładzie Ojca, albo o PDR-ze Matki...Tak, tak...Zmilitaryzowano Państwowe Domy Rencistów, których Mieszkańcami byli głównie samotni Bohaterowie, albo Ofiary II WŚ...

     Miałam kilkanaście lat, z plecakiem pełnym chleba (a czasem udało mi się "upolować" puszki) maszerowałam na piechotę kilkadziesiąt kilometrów, od Matki do Ojca...Aby wiedzieć, że są w miarę bezpieczni...Jak się ma kilkanaście lat, to człowiek jest nieśmiertelny...

     Nie piszę tego dla zaznaczenia jakiś zasług...Tak było trzeba i kropka...

     Oni walczyli dla mnie, ja mogłam chociaż tyle...

     W chleb były powciskane biuletyny, ulotki, gazetki...

     Oni przecież nie wiedzieli jak wygląda Polska po drugiej stronie barykady...

     Po kilku dniach Żołnierze odwrócili lufy czołgów, pozostawieni z durnymi rozkazami jedli chleb, którym dzielili się z nimi Strajkujący, a kiedy ktoś chciał wrzucić za ogrodzenie listy, albo paczkę, odwracali głowy...Rozkaz to rozkaz...

     Przez dziesięć dni nie widziałam Ojca, bo siedział na barykadzie z drutem zbrojeniowym w dłoni...Przeciw czołgom...

     Po tygodni do domu wróciła Matka, tak chuda, że prawie przezroczysta...Wróciła na kilka godzin...

     Ostatni "spacer" odbyłam 22 grudnia...

Pod bramą Ojca zatrzymał mnie "Tajniak"...

     - Nie przychodź jutro...Oni wiedzą...

"Pacyfikacja"...

     Ojciec wrócił do domu w nocy...Przebijali się przez pola i lasy, których ścieżki dobrze znałam...Przez śnieg po kolana...Wyglądał tak, że się wystraszyłam...

     Dlaczego to wspominam ??

Bo mam pytanie do Pana Kaczyńskiego...

     Czy właśnie tego Pan chce dla Narodu ??

     Chce Pan Mężczyzn na barykadach z drutem zbrojeniowym w dłoniach, zmilitaryzowanych Kobiet, które wyją z niepewności o swoje Rodziny, Nastolatek, które samotnie przemierzają świat, nie bardzo go rozumiejąc ??

     Czego Pan chce ??

Tytułu "Naczelnika" ?? "Miejsca" na Wawelu ?? Wojny z Rodakami ??

     Pamięć mam dobrą i doskonale pamiętam gdzie Pan był w czasie Stanu Wojennego...Pamiętam co Pan robił wtedy i przez trzydzieści kolejnych lat...Żadna demagogia i propaganda tego nie zmieni...Bo pamiętam...

Nawet w teatrze "drugi rząd" jest bezpieczniejszy...

     Jestem Szarym Człowiekiem, który sporo przeżył...Jestem Kobietą...Jestem Matką...Jestem Babcią...

     Ma Pan spory udział w zniszczeniu Mojej Ojczyzny...Pan i pańscy Koledzy, nie tylko z PiSu...Udziały w tym "dziele" mieli wszyscy...Unie, Platformy, Sojusze i Porozumienia...

Nie mieliście szacunku ani dla Narodu, ani dla własnej Ojczyzny...

     Teraz nas szczujecie ??

     Kochani...Nie dajmy się !! Tak jak trzydzieści lat temu...Bądźmy jak ten Tajniak, który szeptem uratował nie tylko mnie...

     Panie Kaczyński, doprowadzi Pan do katastrofy !! I czas, żeby Pan to zrozumiał...

     Szary Człowiek to Panu mówi...Kobieta...

wtorek, 27 października 2020

Zapach i smak jesieni...

     Nie da się ukryć...Jesień wyciska z nas siódme poty...

     Zajęć standardowo mieliśmy multum, a przez durnowate pomysły, mamy jeszcze więcej...

No i pogoda...

Uzależnieni od niej jesteśmy okrutnie, bo nasze wyjazdy to przecież "wolny dzień" Pana N. ...

     Czy pogoda to wie ??

Kiepskawo z tym bywa...

Więc nadrabiamy kiedy tylko jest możliwość...

A czasu coraz mniej...Przestawienie czasu obcięło na godzinę...Na horyzoncie przymrozki...

Echhh...

     Nie ma co marudzić, bo lepiej nie będzie...

Chyba że...

     Porządkując sad, zorganizowaliśmy ognisko...

     Czy jest piękniejszy, jesienny zapach, niż zapach ogniska ??

Pewnie, że jest !!

     Zapach pieczonej kiełbaski...;o)

No i kawusia w ogrodzie...;o)

Pita w doborowym towarzystwie...


A czego Lucky tak pilnuje ??

     Gości !!

W odwiedziny wpadły...

Czmychały z pastwiska bardzo zwinnie i wyszukiwały jakiegoś gościńca...

Padło na ziemniaki u Sąsiada, a właściwie, na pozostałości po wykopkach...


Ależ to było chrupanie !!

     I nasz Świat się zatrzymał...

     Siedzieliśmy przy ognisku, piliśmy kawusię i wgapialiśmy się w krowy...

     Nie było Covida, Trybunału (który ciężko trybi), wywoływanych na zamówienie konfliktów, bzdur tłoczonych nam przez Media ze wszystkich stron...

     "Kto sieje wiatr, zbiera burzę"...

     A na Wrzosowisku zapach ogniska, kiełbaski, kawy...Krowy niespiesznie człapią i chrupią ziemniaki...Lucky pociesznie przekrzywia łebek...Pan N. porządkuje suche drewno...Ja grzebię kijkiem w ognisku...

     Świat byłby piękny bez żądzy władzy i pędu za pieniądzem...

     Ależ byłby piękny...

     Tylko Ludzi...

     Echhhh...

czwartek, 22 października 2020

Prus w Zaścianku...

     Nie miałam pojęcia, że tyle podróżował...Warszawa, Płock, Kraków...I jeszcze dalej...Lwów, Wiedeń, Paryż...W końcu dotarł do mojego Zaścianka...Chyba sam się zdziwił...;o)

     Łatwo Mu nie było, bo nawet Poczta Polska potrzebuje kilku dni na takie wojaże, ale dotarł...A właściwie dotarli, dotarli Oboje...

     Agnieszka Zielińska - Autorka serii "Moje podróże literackie"...

     I Bolesław Prus - kolejny bohater tych podróży...

     Z czytaniem planowałam poczekać na "długie, jesienne wieczory", ale nijak było odmówić Bolkowi uwagi...A On ciągle zachęcał machając z okładki...

     "Otwórz...Chociaż otwórz...Jeden rozdziałek i wrócisz do zajęć"...

Echhh...

     Miał być kominek, kocyk i herbatka z soczkiem aroniowym...

     Było siedzenie "półdupkiem", zdrętwiałe "odnóża" i woda mineralna, którą zawsze mam w zasięgu ręki...

No i czytanie "od deski do deski", bo inaczej się nie dało...

     Jakie wnioski po lekturze ??

     Do tej pory nic nie wiedziałam o Bolesławie Prusie...Nic !!

     Może dlatego, że "Lalka" nie była moją ulubioną lekturą, a Izabelka działa na mnie do dzisiaj jak przysłowiowa "płachta na byka"...Lelija i tyle...;o)

     Do lektury, jak pewnie się domyślacie, nie wracam, bo masochistką nie jestem, a kiedy w oczęta wlezie ekranizacja...Lubię tylko jedną scenę...

Wokulski odbiera od Kolejarza "depeszę" i żegna Izusię "z przytupem"...

W końcu się Chłop opamiętał...;o)

     Ale wróćmy do naszej współczesnej Autorki...

     Czytałam z taką przyjemnością, że na stronie 99 trzy razy wracałam do pewnego zdania, bo dysonans myśli nie dawał spokoju, a szare komórki nie ogarniały w czym problem...Jedna literka !! No cóż...Bywa...Poza tym, postanowienie...

     W długie, jesienne wieczory, będzie kominek, kocyk i herbatka z soczkiem aroniowym...Wrócę do lektury !! A właściwie do lektur...;o)

     Piękna polszczyzna Agnieszki, zaangażowanie i pasja...Wiedza podana na "talerzu"...No i podróże, których pewnie będziemy pozbawieni...

     Agnieszko, Twoje książki to pewniaki !! Sama przyjemność pachnąca farbą drukarską...

Trzymam kciuki za kolejne tomy...;o)

czwartek, 15 października 2020

Strategia...;o)

 Kiedy ci życie bardzo przywali,

światła nadziei nie ma w oddali,

odwróć się tyłem, to nie jest głupie,

i zacznij wszystko mieć w "czarnej d***e"...;o)

niedziela, 11 października 2020

Psy galeryjne...

     Przymuszeni koniecznością nabycia tekstyliów, udaliśmy się do pewnej galerii...No cóż...Jak mus to mus...

     Zakupów opisywać nie będę, ale pewne zjawisko wbiło się nam w oczęta dziwnym dysonansem...

     Przy tak zwanej okazji, zahaczyliśmy o część spożywczą, a tam, wśród regałów, maszerował młody człowiek z piesełem na smyczy...

Odrobinę nas to zdziwiło...

     Młody człowiek maszerował dziarsko, pieseł zdezorientowany, kręcił się na tej smyczy totalnie zagubiony...Obwąchiwał regały...Obwąchiwał ludzi...Koszmar dla psiego nosa...

Na uwagę, zwróconą przez jedną z Klientek, młody człowiek zareagował butą i arogancją...

Wolno mu...

     Zdziwiło nas to niebywale...

     Stoiska z wędlinami i mięsem...Stoiska z rybami...Stoiska z pieczywem i ciastami...A w środku pies ??

     Piesolubna jestem do obłędu, ale tego zjawiska zrozumieć nie mogę...

     Wiem, że w czasie upałów, czy mrozów, markety "otworzyły" drzwi dla naszych czworonożnych przyjaciół, ale chyba poszli o krok za daleko...

     Zaczęliśmy się zjawisku przyglądać...

     Piesek-zakupowicz przeżywał kolejną traumę stojąc w kolejce przy kasie...

     Ale na galeryjnej alejce maszerował kolejny "dumny właściciel"...Z piesełkiem rasy uznawanej za niebezpieczną, oczywiście, bez kagańca...

     Na ławeczce siedziały dwie młode dziewoje z kolejnym pieskiem...

     Spacer z czworonogiem w galeriach stał się hitem sezonu ??

Naliczyłam cztery czworonogi...

Galeria spora...Cztery psy nie tłum...

Jeśli jednak stanie się to standardem, to następnym razem będzie czterdzieści...

     Właściciele nie mogą się obyć bez swoich przyjaciół nawet w czasie zakupów ??

     Siedzenie na ławeczce w galerii ma zastąpić psi spacer ??

     A co z klientami, którzy mają "psie alergie" ??

     Kolejny pomysł, który w założeniach miał być dobry, a skończy się totalną katastrofą...

I dla ludzi...I dla psów...  

środa, 7 października 2020

Urodzinowy misz-masz...cz.2

     Potwierdzenie vouchera było "pikusiem", chociaż telefonom i sms-om końca nie było...W końcu dostałam ostatni, najważniejszy numer...

     I teraz dopiero zaczęły się schody...

Na realizację mamy dwa tygodnie...

Do zsynchronizowania mamy kilka elementów...

1. Wolny dzień Pana N.

2. Wyjazd na Wrzosowisko

3. Wolny dzień posiadacza numeru

4. Prognoza pogody

     Nie będę opisywać perturbacji, bo pewnie ze dwa tomy encyklopedii bym zapełniła...Ale ten wpis i tak będzie długaśny...;o)

W końcu, głos w mojej "nokiśce" oznajmił...

     - Jestem na miejscu...Warunki dobre...Za ile możecie być ??

Ufff...

     Rzeczywistość ogarnialiśmy w takim tempie, że nawet Lucky starał się nie podkładać łap (a uwielbia to robić, żebyśmy o nim nie zapomnieli)...

     Godzinę później...

Za chwilkę rozpocznie się nasza przygoda...;o)

     A to jej główna bohaterka...

Będzie odlotowo !!

     Oczywiście, przygodę rozpoczyna Pan N., bo to w końcu, Jego urodzinowy prezent...(Ja bym Mu nigdy tego nie zrobiła)...;o)

     No to ziutttt...


I po kwadransie miękkie lądowanie...

     Pan N. był zachwycony !!

     A ja "pośliniona" do pasa...;o)

     Czyli, pora na "przyczepkę", a właściwie, instruktaż jak się kręcić w cudzy prezent...;o)

A potem było jeszcze lepiej...

     Przy tym seledynowatym kwadraciku (przy hangarach) stoi Pan N. z Luckim...;o)

Kazimierza Mała...

Kazimierza Wielka...

Na horyzoncie Beskid Sądecki...

W dole, pełnowymiarowe boisko (dowód na dyndanie w przestworzach)...;o)

I dowód, że to jednak ja majstruję te fotki...;o)

I że nikt nie maluje piękniej niż Matka Natura...;o)

A ja uhahana jak dzieciak...

I niestety...

Koniec przygody...

     Kierunek lotnisko...

Lądowanie...

I ten, który dodał nam skrzydeł...

     A potem długo musiałam się tłumaczyć Luckiemu, że zostawiłam go na lotnisku, a sama poleciałam sobie bez pieseła...

I był cały wieczór psiego miziania...

I koszmarki po zaśnięciu...

Dla Luckiego to było bardzo trudna popołudnie...

Dla nas odlotowe !!

     Było cudnie !!

     Wręcz, niebiańsko...;o)

poniedziałek, 5 października 2020

Ninja z fantazją...;o)

     Jestem fanką "Ninja Warrior", mogę nawet powiedzieć, że zagorzałą fanką...

Jeśli umknie mi odcinek wtorkowy, poluję na niedzielną powtórkę...

To jeden z nielicznych programów, które oglądam z dużą przyjemnością...

Tutaj nic nie zależy od "widzimisię"...

Pewnie, gdyby nie "wygórowany PESEL" to bym się skusiła...;o)

     Ale skoro tylko "dusza we mnie młoda", pozostaje oglądać, trzymać kciuki i czuć ten "nie mój" dreszczyk emocji...

     Chociaż, na pierwszy rzut oka jest to program dla "Mięśniaków", o "Mięśniakach", to wierzcie mi na słowo...Oprócz mięśni potrzebna jest również wiedza z anatomii, z fizyki, z matematyki, a i odrobina polszczyzny przydaje się w czasie wywiadów...;o)

     Można oczywiście próbować na zasadzie "fantazji ułańskiej" i "instynktu pierwotnego", ale to z reguły kończy się marnie...A właściwie...Kończy się tak jak powinno...Basenem zimnej wody...;o)

     Czy mam "swoich" pewniaków ??

     Nie mam...Mój podziw wzbudza każdy kto się decyduje na tą ekstremalną przygodę...Chociaż...

     Z całą pewnością mocniej kciuki trzymam za "Szczypiorki", które na tle "Mięśniaków" wyglądają bardziej niż skromnie...Jeśli startuje trzech Braci, to moim Faworytem jest Najmłodszy...;o) Jeśli to Małżeństwo, to oczywiście "zmowa jajników"...;o)

Lubię patrzeć jak nonszalancja bywa "karana"...

Lubię odczytywać koncentrację i skupienie, które procentują mimo niedoborów siłowych...

I na tę dumę, która wypisuje się na twarzach Uczestników po "wbiciu" bączka...

Cieszę się razem z nimi...;o)

     Proste reguły...Decydujesz Ty i Twój organizm...

     Bo jak nie podziwiać Uczestnika, który dźwiga swoje sto kilogramów na rękach i przekłada dźwignie "płyty głównej" ??

     Albo Chłopaka, któremu "odcina tlen", ale tak się w sobie zacina, że na bezdechu wdrapuje się w siedmiometrowym "kominie", dedykując swój wyczyn ukochanej Babci (dała by Ci Babcia burę za takie cudaczenie)...;o)

     Dla jednych - przygoda, dla innych - wyczyn życia...

     Dla mnie rozrywka, po której odrobinę bolą mięśnie, bo tak "pomagam" (szczególnie "Szczypiorkom")...

     Ale czekam na pierwszego w Polsce Wojownika Ninja...Na pierwszego, który zdobędzie Górę Midoriyama...

     I każdemu z Uczestników życzę tego z całego serducha !!

     Nie macie "dobrze pod sufitem", ale Wasza fantazja zasługuje na uznanie...;o) 

sobota, 3 października 2020

Urodzinowy misz-masz...

     - Będziesz musiała to ogarnąć...- Stwierdził smutno Pan N., a ja mimo tego, że nerwy mieliśmy na agrafkach, zaczęłam analizować problem...

No cóż...

     Pan N. otrzymał od swoich Współpracowników nietypowy prezent urodzinowy...

Chcieli oryginalnie...Chcieli dobrze...Wyszło...Hmmmm...

A teraz my usiłowaliśmy dopasować możliwości do realiów...

     - Musimy się z tym przespać...Może się coś poukłada...- wymruczałam, oglądając otrzymane wydruki...

     Kolacja dla czterech osób...

Cudności !!

Tyle, że kierunek nie ten...Misiowych Rodziców nie zaprosimy, bo tylko kłopot by z tym mieli...Branie na wynos to abstrakcja, bo koszt paliwa na dojazd byłby spory, a czasowo objazd trwał by pół dnia...

     - A może Mała da się zaprosić ?? - wyartykułował Ślubny, dokładnie w tym momencie, kiedy ta odkrywcza myśl zaświtała mi w mózgownicy...

     - Mała !! - potwierdziłam...

     Mała, to Mała...Na kartach tego bloga czasem zwana Panią B., jest naszą Przyjaciółką z dzieciństwa...Takiego bardzo dziecięcego dzieciństwa...

     Taplałyśmy się w jednych kałużach...Grzebałyśmy patykami w jednej stercie piachu...Wisiałyśmy na tym samym trzepaku...

     Jak się poznałyśmy ??

Ją, Mama wystawiała w wózku przed dom...

Mnie, Dziadkowie wystawiali w wózku na balkon...

Potem było buszowanie po złomowisku i okolicznych ruderach, parasolki z liści łopianu, włażenie na drzewa, płoty i dachy...

W szóstej klasie przyszła do naszej szkoły...Siadłyśmy w jednej ławce...

     Jeśli się mówi, że przeciwieństwa się przyciągają, to nasz przykład powinni opisać w Encyklopediach...

A że Pan N. chodził do tej samej klasy, więc i dla Niego jest to kawał dzieciństwa...

     Mała podawała nasze pierwsze liściki, pisane alfabetem Morse`a...Tylko Ona wiedziała, że mamy się ku sobie, a z czasem, że tworzymy parę...Była Świadkiem na naszym ślubie...

Mała...

     Tylko z Nią, kiedy rozmawiamy, nie muszę kończyć zdania...

     Tylko Ona pamięta, jaką ksywkę miałam w czasach "sportowych"...

Ale wracajmy do prezentu...

     Lekko nie było, bo Pan N. pracuje w innym systemie, Pani B. w innym...Trzeba dogadać sprawy transportowe...Zarezerwować stolik...A czasu na realizację pozostało mało...

     Po dwóch dniach wydzwaniania i sms-owania...Ufffff...

Pierwszy sukces !! 

     No to na Zachód !! Stolica województwa śląskiego czeka...

     Dotarliśmy przed czasem...Zgodnie z zasadą: lepiej pół godziny wcześniej, niż minutę za późno...

Dzwonimy do Małej...Poza zasięgiem...W domu pusto...

     No dobra...Według planu powinna być pod prysznicem...Pod prysznicem komórki nie odbierze...;o)

Jeden telefon, drugi, trzeci...Sygnał i poczta...

Ku czort ??

     Teraz próbuje Pan N. ...

Mamy rezerwę czasową, więc bez paniki...;o)

Ale kiedy czas się kurczy, próbujemy ponownie "wbić się" na chatę...

     Jest Syn Małej !!

     Teraz On, zaniepokojony milczeniem Mamy, zaczyna wydzwaniać...

     Decyduje się nawet, zasięgnąć "języka" u Siostry...Może Ona wie coś, o tajemniczym zniknięciu ??

     Zaczynamy już nawet podejrzewać jakąś "stłuczkę", bo Mała jak my, genetycznie nie lubi się spóźniać...

     Kiedy jesteśmy sekundy od paniki, dzwoni moja komórka...

Mała !! Ufff !!

     Okazało się, że jeden z Rektorów, jednej z Uczelni, przemawiał znacznie dłużej, niż było planowane...Echhh...

     Te kilka minut spowodowało, że Mała ruszyła w drogę, w totalnej godzinie szczytu, a jak to wygląda, wie tylko ten, kto jeździ o tej porze na śląskich drogach...Korki do korków...;o)

Komórka wyciszona, bo ani na inauguracji, ani w samochodzie sygnał dzwonka nie był wskazany...;o)

     Bez kolejnych emocji (nawet miejsce parkingowe udało się upolować), zasiedliśmy w sympatycznie urządzonej knajpce (Chata z Zalipia) i mogliśmy dać się rozpieszczać...

     A rozpieszczali nas tak...

     Kelnerzy życzyli nam powodzenia, a my przystąpiliśmy do konsumpcji...

     - Zdradzicie mi w końcu, co to za okazja ?? - zapytała Mała...

     - Świętujemy wspólne urodziny Dobrego Rocznika...;o) - odpowiedziałam, i streściłam prezentową "zadymę"...

     I tak właśnie powinno się świętować !!

     Wyśmienite towarzystwo...Dobre jedzenie...Tylko szkoda, że tak krótko !!

     Chociaż sam pomysł i dzisiaj uważamy za dziwny...;o)

     A po powrocie do domu, zaczęłam dogłębnie analizować prognozy pogodny...

     Urodzinowy prezent Pana N. ma jeszcze drugą część...;o)

     Szczerze mogę wyznać, że jeszcze "dziwniejszy"...;o)

     Tym razem, oprócz organizacji "ludzkiej", potrzebujemy łaskawości Matki Natury...

Na pohybel !!

Musi się udać...;o)

     Czego urodzinowo życzę Panu N. !! (Oprócz zdrowia, powodzenia, radości, szczęści, sił, itp, itd...)

Buziole !! ;o)

piątek, 2 października 2020

Dziwny jest ten rok...

     Właściwie bardzo dziwny...

     Po majowych mrozach, które spadły na rolników i ogrodników jak "grom z jasnego nieba" nikt nie spodziewał się plonów...Przemarzło wszystko...

Ale Matka Natura i tym razem pokazała nam "figę"...

     Może, gdyby przewidywania meteorologów się sprawdziły, i przynajmniej w Polsce, susza dokończyła zniszczenia, to rzeczywiście teraz zbieralibyśmy "korzonki" w lasach...Ale woda spadła...W sumie spadło jej sporo, a wiem co mówię, bo mamy działkę w wyjątkowo suchym regionie, na dodatek między dwoma prądami powietrznymi, więc pada wkoło, tylko nie u nas...

Ale popadało...

Jesteśmy miesiąc podlewania do "przodu"...

     Nie zmienia to faktu, że świat się zmienia, klimat się zmienia i przyroda też się zmienia...

     Zioła w tym roku kwitły w sobie tylko znanym terminie, cztery-sześć tygodni "obsuwy"...

     Owoce dojrzewały dziwnie, napęczniałe od wody, pękały od niemiłosiernego nagrzewania słonecznego...

     Warzywka też sobie nie krzywdowały...;o)

Gdzie ta dziwność ??

     Początek października i kwitną rumianki, jaskółcze ziele i dziurawiec (po raz drugi)...

     Kwitną i owocują truskawki...

     I to nie tylko odmiany, które robią to do mrozów...


     "Ostara" owocuje w tym roku jak szalona...Do tej pory zbieraliśmy o tej porze dwa-trzy owocki...Teraz zbieram i robię dżemiki w ruchu ciągłym...


     To jest dziwne...Senga Sengana...

     Truskawka owocująca raz, głównie w czerwcu, rozkwita coraz obficiej...


I owocuje...

Jeśli zapowiadane przymrozki nie przyjdą, to zdążą dojrzeć !!

     Ale to zaskoczyło mnie jeszcze bardziej...



     Leszczyna zakwitła !!

     Nasza ma ciężkie życie, wody niewiele, słońca nadmiar, w koło masa "sąsiadów"...

Trudno się nie rozczulić...;o)

     Matka Natura sprezentowała nam maj we wrześniu...Miło...

     Trzeba będzie krócej czekać na wiosnę...;o)

wtorek, 29 września 2020

Ludzie ludziom...

     - Niech mi Pani powie, jest ten wirus, czy go nie ma ?? - zapytała mnie pewna wiekowa Niewiasta, uśmiechając się jak zawsze życzliwie...

     - Jest...- odpowiedziałam...

Twarz Jej poszarzała, uśmiech znikł...

     - Ile razy w życiu chorowała Pani na grypę ?? - zapytałam, kontynuując...

     - Dwa, może trzy...- wyliczała Niewiasta sięgając we wspomnienia...

     - A na grypę co roku umiera od 1,5 do 2 tysięcy ludzi, i nikt nie chrzani o chorobach współistniejących...Raczej się słyszy o powikłaniach pogrypowych...- starałam się mówić spokojnie...

     - Te komunikaty w TV mnie dobijają...- wyznała...

     - Wyłączyć TV, słuchać muzyczki, i to takiej, przy której nogi same podrygują !! Te komunikaty o niczym nie informują !! Ilość zakażonych zależy od ilości przeprowadzanych testów, które na dodatek są wadliwe i pokazują co chcą...Politycy potrzebują uspokoić nastroje to testów jest mniej, jak potrzebują postraszyć, to jest więcej...A na Covida, moim zdaniem umiera co piąty wykazany w statystykach...(Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że co siódmy...To było takie moje "na oko"...)

     - Po co oni to robią ?? - zapytała Niewiasta...

     - Bo mogą...- odpowiedziałam...

     - Orzesz...- wyrwało się Starszej Pani...

I przeszłyśmy do tematów bardziej "towarzyskich" na poprawę nastroju...

Bo właściwie, cóż my wiemy o Covidzie, pół roku po ogłoszeniu alertu ??

Wiemy, że jest wirus...

     Skąd jest ??

     Pierwszymi Ofiarami byli Chińczycy, co o niczym nie świadczy, bo na terenie Chin laboratoria mają wszyscy "wielcy" tego Świata...A w teorię "zmowy" nietoperzy już chyba nikt nie wierzy...

     Po co go wypuszczono ??

     Teorii spiskowych jest wiele...Depopulacja..."Oczyszczenie" ludzkości z jednostek słabych (starszych i schorowanych)...NPŚ, czyli Nowy Porządek Świata - cokolwiek to znaczy...

     Ja bym raczej zapytała: Po co nad nim pracowano ??

I to pytanie mrozi krew w żyłach...

     Od kiedy ta zaraza nam zagraża ?? 

Analizując sytuację chińską, przynajmniej od jesieni 2019 roku...

Do nas przybyła z prezentami świątecznymi (zamawianymi na chińskich portalach)...

     Autor "pomysłu" chyba nie przewidział Włochów i Hiszpanów...A jeśli przewidział ??

     Kilka tygodni temu pojawiła się pewna publikacja, wywiadu udzielił Szef jednego z amerykańskich oddziałów pulmonologicznych, który stwierdził, że w Europie (i nie tylko), źle opracowano procedury leczenia...Że uśmiercano Ludzi respiratorami...

     Mam, jak wiecie, specyficzny stosunek do odkryć amerykańskich Naukowców, ale Facetowi logiki odmówić nie można...Na swoim oddziale prowadził leczenie przy pomocy tlenoterapii i nie zmarł nikt...A przecież Amerykanie też nieźle od Covida oberwali...

     Jak diagnozować wirusa ??

Właściwie wszystko jest jego objawem...Sądząc po informacjach w necie, to (w naszych szpitalach) nawet rozbita głowa, albo rwa kulszowa...

Niedofinansowana służba zdrowia zaczyna robić "covidowe interesy"...

     Testy o niczym nie świadczą...Objawy o niczym nie świadczą...

Dzieciak wraca z przedszkola z katarem, rodzina ląduje na kwarantannie...

Do SANEPIDu dzwoni człowiek ze "wszystkimi" objawami, każą brać leki antygrypowe i nawet numeru telefonu nie zapisują...

     Czym leczyć ??

Właściwie niczym...

Ilu lekarzy, tyle terapii...

     Codziennie jesteśmy bombardowani informacjami o szczepionkach, ale o leku na wirusa cicho...Nikt nie pracuje nad lekiem ?? Wypuszczono "broń biologiczną" bez antidotum ??

A jeśli chodzi o szczepionkę...

Nie jestem antyszczepionkowcem, wiem ile dobrego mogą zdziałać, ale...

Nigdy nie zaszczepię się na grypę...

     Raz w życiu Pan N. skorzystał z tego "dobrodziejstwa", bo postanowiono uraczyć nim Jego zakład pracy (walka z grypową absencją)...Absencja była jeszcze większa...Pan N. mało nie zszedł w trybie nagłym po szczepieniu...Odporność spadła mu drastycznie...Przywlekał do domu infekcje z całej okolicy i kilku ościennych powiatów...Notorycznie mi je "sprzedawał"...Przechorowaliśmy wówczas dwanaście miesięcy, zanim nasze organizmy poradziły sobie z tym "medycznym wynalazkiem"...Nigdy więcej !!

Mojego entuzjazmu nie wzbudza również szczepienie covidowe...

     Wirusy ewaluują...Zmieniają się znacznie szybciej niż mogą ogarnąć to laboratoria medyczne (co widać po szczepionkach na grypę)...

     Szczepionka ma powodować rozbudzenie odporności organizmu...Logiczne...

     Rozbudzenie odporności organizmu na coś co już jest czymś innym ??

Sami lekarze nie bardzo wiedzą jak z tą ewentualną szczepionką postępować...

Jedni chcą szczepić grupy ryzyka (Starszych i Chorych)...

Drudzy chcą szczepić młodych i zdrowych, jako potencjale źródło rozprzestrzeniania (bezobjawowcy)...

     A ja testowała bym szczepionkę na Politykach i Dziennikarzach...

Skoro wykazują się takim covidowym zaangażowaniem...

     Wirusa mamy i będziemy mieć wokół siebie...Jest piekielnie "zjadliwy"...Pozostawia "pamiątki" na miesiące (mam nadzieję, że nie na lata)...Nie umiemy go leczyć i właściwie nic o nim nie wiemy...Nie atakuje w marketach, ale jest bardzo groźny w przychodniach (zamkniętych od pół roku)...

Świat powoli przywyka...

Ludzie powoli przywykają...

     Bo to ludzie ludziom zgotowali ten los...