Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

sobota, 7 stycznia 2012

Zasługi wróbelka...

Dla wróbelka, kałuża
to ślizgawka jest duża,

to jak dla nas kochani ocean...

więc gdy zbierze swe siły,
szary ptaszek ten miły,

to zaczyna lodowy swój pean.

 
Najpierw pazurkiem skrobie,
potem dziobkiem podziobie

i odwagę swą ptasią pozbiera. 


Strzepnie piórka w ogonie
w oczkach iskra zapłonie

i pewności ptaszyna nabiera... 


Pierwszy kroczek niepewny
jak spojrzenie królewny,

pierwsze kroki to mają do siebie...

potem skrzydła rozwinie,
pierwszy strach gdzieś przeminie

i wróbelek zatańczy dla Ciebie.
 

Zawiruje, zakręci,
główkę śmiesznie przekręci

puści "oczko"..."a widzisz jak ładnie".
 

Patrzysz na owe cuda
w niebyt odchodzi nuda,

wtedy może i Tobie myśl wpadnie:

"Gdzieś są te oceany
mój wróbelku kochany,

których oko me jeszcze nie znało,

może czas ruszyć w drogę
przestać jęczeć "nie mogę"...

i to wróbla zasługą jest całą.


          

piątek, 6 stycznia 2012

Antykoncepcja po Maminemu...


     Ciszę jaka panowała w mieszkaniu przerwało energiczne wtargnięcie Mamy.
     Z pełnym rozmachem otworzyła drzwi mojego pokoju, i głosem jak na Nią podniesionym, zakomunikowała:   
     - Iwonka jest w ciąży !!
     Wyrwana z letargu popatrzyłam na Nią mało rozgarniętym wzrokiem…
     - Tak ??
     - No mówię Ci przecież, w ciąży jest !! – Mama stała w drzwiach z miną „oburzonej matrony”, a że widocznie owa nowina strasznie jej na duszy leżała, więc nawet butów nie zdjęła.
     - Widocznie przyszedł na Nią czas…- odpowiedziałam filozoficznie i zamierzałam wrócić do przerwanej lektury.
     - Jaki czas !! Ona nie ma jeszcze szesnastu lat !! – Mama aż pozieleniała na twarzy.
     Orzesz…chyba Iwonki mi się pomyliły.
     - Mamo…- zaczęłam dyplomatycznie – uspokój się i zacznij może jeszcze raz, tak bardziej czytelnie, o kim Ty mówisz ?? – próbowałam złapać równowagę myślową.
     - No jak o kim ?? O Iwonce !! Tej co mieszka koło Babci !! W ciąży jest !! – Mama wypluła informacje jednym ciągiem…
     - Przecież Ona w tym roku skończyła podstawówkę… - jakoś nie mogłam przyswoić informacji.
     - I więcej nie skończy…jest w ciąży – w skutek wyplucia z siebie takiej dawki emocji Mama przysiadła na brzeżku kanapy.
     - Nie denerwuj się tak…przecież to nie Twój problem…- starałam się uspokoić mamine nerwy…
     - Nooo…niby nie, ale przecież to straszne…tak sobie życie zmarnować…i Aśka babcią zostanie…- to już było mówione dużo spokojniej, ale jakoś tak Mama unikała mojego wzroku…
     - Pani Asia młodo wygląda jak na babcię…- podzieliłam wątpliwości mojej Mamy.
     - Nooo…ma dopiero trzydzieści dwa lata, jak dobrze liczę…- Mama prawie wyszeptała...
     Siedziałam wpatrzona w Mamę i analizowałam usłyszaną nowinę…Skoro Aśka ma trzydzieści dwa…a Iwonka szesnaście…
     - Mamo…
     - Idę się przebrać – Mama przerwała moją wypowiedź.
     Szarpana wątpliwościami, tym razem ja nie odpuściłam…podreptałam za Mamą do przedpokoju.
     - Skoro Aśka ma trzydzieści dwa lata to urodziła Iwonkę mając szesnaście ?? – z matmy zawsze byłam dobra.
     - Po pierwsze nie Aśka tylko Pani Asia, a po drugie…czasem tak bywa…- Mama jakoś straciła chęć do dyskusji.
     - To Iwonka genetycznie tak ma…- czasem jak coś palnę…
     - Ja Ci zaraz zrobię genetycznie !! To, że się matce przytrafiło to ona też miała sobie życie zmarnować ?? Co Aśkę dobrego w życiu spotkało ?? Szkoły żadnej nie ma !! Męża nie ma !! Biedę klepała całe życie, żeby tylko Iwonce lepiej było… – oburzenie mojej Mamy osiągało zenit.
     Dyskusja w takim stadium groziła śmiercią, bądź kalectwem…
     Wykonałam strategiczny odwrót do swojego pokoju i postanowiłam powrócić do przerwanej lektury. 
Jakoś nie mogłam ogarnąć co tak bardzo zdenerwowało moją Rodzicielkę…Macierzyństwo Iwonki, czy babciowanie Aśki… 
     Głowa nabita nowinami jakoś nie bardzo miała ochotę wrócić do przerwanej lektury…
     Wyobraźnia z kopyta ruszyła…
     Przed oczami jawił mi się obraz drobniutkiej, niewysokiej szatynki z ogromnym brzuchem, toczącej się z trudem zatłoczonymi ulicami naszego miasta i pełne pogardy spojrzenia na „małolatę z brzuchem”…obok niej kroczyła, niewiele wyższa młoda kobieta z figlarnym spojrzeniem i jak zawsze „roztrzepaną” fryzurką…
     Z zamyślenia wyrwał mnie komunikat Mamy:
     - Obiad !!
     Kiedy siadałam do stołu Mama nie wytrzymała i nowinę o ciąży Iwonki przekazała Ojcu.
     - Człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi…- rzucił Ojciec z nosem prawie zanurzonym w talerz z zupą.
     Nieopatrznie parsknęłam śmiechem…
     Mama nie znalazłszy w nas zrozumienia wstała od stołu bez słowa i wyszła do kuchni. 
Tata puścił do mnie perskie oko…
     Zrozumiałam…
     Kiedy wchodziłam do kuchni Mama siedziała na taborecie wpatrzona w okno…
     - Mamo…- nie bardzo wiedziałam jak ubrać w słowa to co chciałam powiedzieć.
     - Mamo…- spojrzała na mnie swoimi szarymi oczami – nie martw się Mamo, nie zamierzam zachodzić w ciążę…a poza tym nie mam szesnaście lat i niedługo kończę szkołę…nie martw się…
     Z szarych oczu potoczyły się łzy…jedna za drugą...Jak kamyki leżące na maminym sercu…
     Przytuliłam Ją i wyszeptałam:
     - Nie martw się…
     W drzwiach kuchni pojawiła się głowa Taty.
     - A drugie danie dzisiaj będzie ?? – przyziemne pytanie Ojca wyrwało Mamę z rozpaczliwego amoku.
     - Zupa Ci stygnie…- rzuciła już normalnym tonem, wytarła nos i zaczęła odcedzać ziemniaki...

czwartek, 5 stycznia 2012

Na Allegro nie mają...

     Co prawda, jedna z bezkrytycznych moich Czytaczek, dopominała się ostatnio tekstu o „praniu”, ale po przemyśleniu sprawy to ja się zastanawiam, czy mnie o tak przyziemnych tematach bazgrać wypada ??
Bo ja mili moi od kilku dni czuję się niczym ta Mucha, czy inny Mroczek…Nie to, żebym jakieś owadzie geny w sobie odkryła…bynajmniej…
Ja się czuję jako by ta celebrytka, a celebrę moją rozpoczął odwiedzony kilka dni temu Doktor…
     Jak to się stało, że mam zadatki na gwiazdę ponad zaściankową ??
     Otóż, ów Doktor, w swej medycznej mądrości wypisał mi skierowanie na rtg kręgosłupa…rzecz, można by rzec przyziemna, gdyby nie fakt, iż zlecone zostało nie jedno jakieś tam skromne zdjątko, ale cała fotograficzna sesja !!
     Ja, oczywiście jako człek raczej w chmurach błądzący, z bumaga ową zapoznałam się pobieżnie i bez okularów, więc logicznym się staje, że pojęcia nie miałam co też tam stało nabazgrane…
Radiolog był bardziej dociekliwy i znacznie lepiej ode mnie wyposażony w narząd wzroku…
Bumagę przeczytał dokładnie, głową pokiwał ze zrozumieniem i o rozebranie się poprosił…
Orzesz…(ko)…
Co ten Doktor ?? Nagie te fotki mają mi robić ??
     Kiedy już chciałam w dyrdy pod opiekuńcze skrzydła mojego Pana Męża się udać, żeby sromoty uniknąć, okazało się, że walorów wcale wywalać nie muszę…
Mam być taka „prawie goła”…
Prawie goła mogę być !!
No i się zaczęło…Na stojąco…Na prawo…Na lewo…Oddychać…Nie oddychać…
(Nie wiem, czy zauważyliście, ale jak ktoś tylko mówi „proszę nie oddychać” to od razy płuca dokonują jakiś dziwnych działań podświadomych i człek resztką rozsądku się powstrzymuje od zakazanego „ziucha”…)
Uff…
Myślę sobie: „nareszcie”…
Ale gdzie tam…
Przebiegła ta radiologiczna Bestyjka każe mi się kłaść…
Spojrzałam na „wyrko”…Wypisz wymaluj takie samo pokazują jako wyposażenie prosektorium w „Kryminalnych zagadkach”…Musi, że kiepsko ze mną jest, skoro mi teraz każą umrzyka udawać…ale potulnie się kładę…
A niech tam…
No i znowu…Na lewym boku…Na prawym boku…Oddychać …Nie oddychać…Udusić mnie ta radiologiczna zołza chce, czy jak ??
     - Dziękuję… - słyszę w końcu z kabiny…
     No ja myślę !! – przez łepetynę mi przemyka – w końcu taki egzemplarz wam się często nie trafia…
I poczłapałam do przebieralni, tą swoją półnagość owlec w jakieś tekstylia…
Uff…
     Na drugi dzień pojechaliśmy odebrać te fotograficzne dzieła…
     Kopertka długachna (nie ma co przecie do maluchów nie należę, to i kręgosłupa mam jakiś metr przynajmniej), zdjęć w środku sztuk cztery i bumaga…
Oho…Listy do siebie piszą, a ja mam za doręczyciela, za „friko” robić…
Pewnie bym zaraz oczęta w drobny druczek wbiła, bo zapobiegawczo "patrzałki" już w kieszeni miałam, ale że lało niemiłosiernie, więc galopkiem do „naguska” pognałam…
     - Czytaj… - nakazał mi Pan N. z zatroskanym wyrazem na liczku (ma ten mój Ślubny ze mną sto nieszczęść i dwieście utrapień)..
     No to czytam…
     Trzy zdania to się specjalnie nie wysiliłam…
     Nie wiem, czy to przez to czytanie „na głos”, ale ni w ząb nie kapuję co tam napisane stało…
Spojrzałam na Męża…Toż z Niego Stworzenie wielce kumate…
     - Nie wiem jak Ty… - mówi mi Ślubny – ale ja nawet nie wiem, czy mam się bać…
Orzesz…(ko)
Nijak nam nie wychodzi co też autor miał na myśli…
Bez pomocy Wujaszka Googla się nie obejdzie…
Wujaszek nie zawiódł…
     Po naszemu to wyszło, że jakbyście słyszeli, że ktoś ma na zbyciu jakiś kręgosłup…może być używany, byle w dobrym stanie, to ja chętnie kupię…za jakieś przyzwoite pieniądze…Na Allegro nie mają...    

wtorek, 3 stycznia 2012

Tam mieszkały Bieszczadzkie Anioły...


     Kamienisto-piaszczysta droga wiodła wśród rzadkich zabudowań…
Rozgrzany piasek palił stopy i wpadał do sandałków…
Niczym wiewiórka przeskakiwałam z kamienia na kamień usiłując ominąć piaszczyste łachy…
Besztana przez Rodziców nie umiałam powstrzymać emocji…
     Jeszcze chwilka…Mała chwilka…
     Mijamy ostatnie zabudowania dziadkowych Sąsiadów…Dwa kroki…Jeszcze dwa kroki i będę wiedzieć czy Babcia jest w domu…
     Błękitna smużka dymu sączy się leniwie na tle zieleni bukowego lasu…
     Jest !!
     Jest i zaraz będę mogła wtulić się w miękkie babcine ramiona, zaraz zniknę w fałdach kwiecistej babcinej spódnicy…
Dziadek poczochra moje, pieczołowicie przez Mamę splecione warkocze i powie:
     - Niech Was Bóg błogosławi, żeście przyjechali…
     Jeszcze chwilunia…
     Stara wiśnia z roztrzaskanym przez piorun konarem…Szumiący zagon „czegoś”…Krzew jaśminu ubrany w biel jak panna młoda…
     Przebieram chudymi nóżkami najszybciej jak umiem…
     Słomiana strzecha…błękit „powapnionych” ścian…małe okienko z ogromną donicą pelargonii… 
Dębowe, ciężkie drzwi…klamka z zapadką misternie wykuta w muszelkę, szorstka i rozgrzana Słońcem…
Jaka byłam dumna, gdy pierwszy raz udało mi się zamknąć drzwi na ową zapadkę…tajemniczą „kozią nóżkę”…
     Zanim Rodzice zdążą zaprotestować zrzucam sandałki i przeskakując próg wbiegam do kuchni…
     Klap…klap…klap…
     Bose stopy „klapią” po glinianej polepie…
     Uwielbiam to „klapanie”…
     Babcia…!!
     Znikam…
     - Jesteś jeszcze większa „przylepa” niż rok temu… - słyszę miękki, lekko „śpiewający” głos.
     - Bo urosłam… - odpowiadam z dumą, sięgając Babci ledwie do piersi.
     Zapach rosołu… 
     Stary kredens zrobiony przez Dziadka, z magicznymi wycinankami Babci w szybkach…Dębowy stół…Ławy…
     Nic się nie zmieniło…
     Ukradkiem zerkam na drzwi „pokoju” Dziadków…Tajemnicza, zakazana kraina…
     - A Dziadek gdzie ?? – pytam.
     - W sadzie…po trześnie poszedł… - i Babcia puszcza do mnie „oko”.
     - Buty !! – słyszę jeszcze krzyk Mamy.
Nie mam czasu…
     Wąska ścieżynka wśród pokrzyw…Królicze klatki…Miękka niczym dywan szmaragdowa trawa…Trześnia…
Zwalniam bieg skradając się cichutko do drabiny…Uważnie stawiam stopy na szczeblach…
     ”Żeby tylko nie zaskrzypiała”…- myślę.
     Wyciągam rękę i delikatnie szarpię nogawicę dziadkowych portek…
     - O masz Srokę !! Miejsca na ziemi mało ?? Jak Cię Matka zobaczy to mi się oberwie !! – radośnie wrzeszczy na mnie Dziadek i rozkłada ramiona do powitania…
On wie, że po drzewach łażę jak nikt…
     Siedzimy sobie na „naszym” konarze…Dziadek mnie obejmuje…Słuchamy lasu…Jemy czereśnie…
     Między ptasim świergotem dobiega nas metaliczny dźwięk „kowadła”…
     - Babka nas woła…Czas brzuchy nakarmić… - mówi Dziadek.
     Dziadek kroczy z drabiną…Ja drepczę z kobiałką pachnących, soczystych czereśni…
Zapach siana…Kukułka odlicza lata szczęścia…
     - Jak Ty wyglądasz !! – wita mnie w sieni karcący głos Mamy…
     - Mówiłem, żeby się na przystanku przebrała !! Dziki już Ją opętał !! – Tata staje w mojej obronie…
     Obiad…Rosół…Ziemniaczki…Kura…
     - Babciu… - rzucam błagalnie.
Dziadkowie wybuchają śmiechem…
      - Jednak się nie zmieniłaś… - mówi Babcia i wyciąga z „pieca” talerz pierogów z jagodami…
Cisza…
     Dziadkowie znikają w „drugiej izbie”…Tata pali „sporta” siedząc na stercie desek…Mama rozłożyła koc pod jaśminem…
     - Połóż się… - woła do mnie.
Nie mam czasu…
     Drewniane schodki…wydeptane do „marmurowej” gładkości…Strych…Zapach słomy…Pył unoszący się w rozgrzanym powietrzu…Smugi światła przebijające się przez szpary w deskach…Wyblakły obrazek „Najświętszej Panienki” wsunięty między słomiane poszycie…Ciociny…
Pamiętam jak go tam wkładała…potem uczyła mnie modlitwy…
     ”Pani Boziu idę spać, daj mi rano zdrowo wstać”…
     Kiedy zbiegam po schodkach, lekko skrzypią…
     Dziadkowy schowek…Zamknięty…Jak zawsze…Klucz leży w kredensie…Tata zawsze pyta czy może go wziąć…
Po latach dowiem się, że Dziadek trzymał tam „księżycówkę z miodem”…
     Obórka…
     ”Dwa krowie ogony i Rudy”…- Tak mówi Dziadek…
     Krowy leniwie odwracają głowy…Rudy rży radośnie…Lubi odwiedziny...
     - Jedziesz z nami po siano ?? – cichy szept za plecami.
     - Pewnie…
     - To cichutko…póki Matka śpi… - mruczy Tata szeptem i idzie przez sień na palcach, mimo iż Mama śpi pod jaśminem…
Robię to samo…
     Wieczorem Dziadek siądzie w kącie i będzie „coś” majstrował…Babcia przez chwilę będzie próbowała nawlec igłę w świetle lampy naftowej…Rodzice na strychu szykują posłanie…
     Siedzę w półmroku z policzkiem opartym o ścianę…Zapach domu…teraz pachnie inaczej niż w południe…
Chłodniejszy…Lekko wilgotny…Senny taki…

Kopertowy biznes...

     Kilka dni temu w naszej skrzynce na listy zajaśniała bielą gazetka...gazetka niecodzienna,bo wydawana przez naszego Proboszcza, a mająca na celu przybliżyć nam sprawy Parafii. 
Owo dzieło przez jedenaście miesięcy pojawia się na świecie cichutko i niepostrzeżenie znika w plikach makulatury, by raz do roku być wydawnictwem wielce oczekiwanym, żeby nie powiedzieć pożądanym. 
W owej gazetce Proboszcz drukuje plan wizyt duszpasterskich.
     Sprawdziłam datę, odetchęłam z ulgą, pomruczałam z dezaprobatą...

     U nas będzie za tydzień, więc szykuje się nam "dzień świra"...będziemy z Firmy pędzić dzikim galopkiem...
No cóż...trudno.
     Od dzisiaj rozpoczął się "bum" na koperty...

     Klienci wchodzili, pytali czy są i speszeni jakoś tak nieprzeciętnie płacili drobne kwoty...
Echhh...będzie się korupcja szerzyła w Narodzie...
     Wśród tłumu "obcych" twarzy zajaśniało w końcu jakieś zaprzyjaźnione liczko...
     - Cześć...- powitała mnie Znajoma.
     - Witaj...chcesz kopertę ?? - zapytałam, bo w jakiś trans kopertowy wpadłam.
     - Hahahahaha... - odpowiedział mi dźwięczny śmiech - skąd wiesz ?? - dopytywała się Znajoma.
     - Dzisiaj już wariacji dostaję z tymi kopertami to mi tak z rozpędu wyszło... - odpowiedziałam wybijając należność na kasie.
     - Daj spokój, głupszego wynalazku chyba świat nie widział !! Strasznie nie lubię tych "nawiedzeń" - wyznała Znajoma.
     - No cóż...tradycja taka, fakt, że i ja nie przepadam, bo trudno znależć jakiś temat, a te Ich pytania zawsze wytrącają mnie z równowagi - przyznałam otwarcie.
     - Też tak masz ?? - zapytała Znajoma.
     - A jak mam mieć ?? - aż mnie ruszyło - przedtem przynajmniej się starali, teraz modlitwa, dwa, trzy pytania z serii "żyjecie w szacunku?" i "z Bogiem".
     - Oooo...to to...u nas jest tak samo !! I jeszcze to wyliczanie ile to pieniędzy na Kościół potrzeba !! Jakoś się Ksiądz nie pyta czy nam wypłaty na chleb nie brakuje... - wylała swoje żale Znajoma.
     - Co ma pytać jak wie ?? Pracujesz to masz, On nie pracuje to nie ma...- podsumowałam.
     - Szkoda, że odszedł Krzysiek (nasz były Wikary)...z tym to przynajmniej było po ludzku...- westchnęła Znajoma.
     - Wyjątek potwierdza regułę, pakuj kopertę i nie marudź... - odpowiedziałam Jej z uśmiechem.
     Jeszcze chwilkę pogadałyśmy o "dupie Maryny" i debatę przerwał następny "kopertowy Klient"...
     Hmmm...

     W sumie każdy "daje" bo "wszyscy dają", a ilu daje "z serca" ?? 
     No cóż i nam przyjdzie kopertkę zapakować...Nie damy my, to Młody zapłaci haracz jak będzie dawał na zapowiedzi, więc cóż...damy jak wszyscy.

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Mam zwarcie...

     Ja to jednak powinnam być komandosem albo innym "kamikadzem"...Tak, tak!! Doznania ekstremalne to moje drugie imię !!
     Nie myślcie czasem, że znowu dałam się powiesić na jakiejś linie, albo wpełzałam do kopalni...to nie są żadne "ekstrema", to są najwyżej
jakieś detale do rozgrzewki, a nie ekstremalne wyczyny !!

     Mój dzisiajszy wyczyn został zapisany złotymi zgłoskami w historii Świata !!
Hmmm...
     No może niekoniecznie te zgłoski były złote i z tym Światem też chyba odrobinkę przesadziłam, ale cóż znaczy nawet Świat cały w porównaniu do przepastnych archiwów NFZ-tu ?? 
     Nic nie znaczy!! Toż Świat ma się do naszego NFZ-tu jak pyłek marny do Herosa !! (Przynajmniej pod względem biurokracji.) 
Ło Matko i Córko...znowu zaczęłam jakoś tak bardziej od końca...
    

     Od roku nękają mnie różnego typu dolegliwości, które sama sobie zafundowałam parkując w bagażniku pewnego nerwowego Jegomościa, więc znoszę je pokornie usiłując jakoś się "pozbierać"...
     Co prawda, najgorsze mam już chyba za sobą, bo "bolek" odszedł w niebyt jakieś pół roku temu, ale pozostawił "rodzeństwo", które co i rusz urozmaica mi marazm codzienności...
Przerobiłam już bóle krzyża, które akceptowały jedynie słuszną pozycję "horyzontalną" buntując się na moją pionizację...Było też niemiłosierne drętwienie nogi, tyle, że akurat tą przypadłość zauważyłam dopiero po milione sińców i strupków, które pojawiły się "z nikąd"...To znaczy pojawiały się w skutek kontaków bezpośrednich z naszymi meblami, tyle że ja owych kolizji wcale świadoma nie była, chyba że pozostawiałam na podłodze malownicze strużki posoki...
Ważne, że sobie mój kikutek jakoś radził z chodzeniem...
     Od kilku tygodni prymat w "dokuczliwości" objął najmłodszy brat "bolka"..."bartek", czyli bark. Bartek dodam lewy...
Jako człek optymistycznie nastawiony do przyrody (czyli do siebie) diagnozę postawiłam natychmiastową: "Krzywo spałam to mi wlazło"...
I wyszło czarno na białym, że ja prosto spać nie umiem, bo mnie
to cholerstwo nie odpusza...

Musi, że coś na rzeczy jest...
     No to dokonałam dzisiaj czynu heroicznego, czynu wielkiego, czynu za który podziwiać się będę przez kilka najbliższych tygodni!! 
     Gordyjka wysłuchawszy porannych wiadomości i newsów, że w całym Kraju zapanawała "kipisz" w służbie zdrowia, postanowiła w swej wielkiej roztropności, na samej sobie ową następną reformę przetestować...

     W sumie to postanowiłam dzisiaj, jak na komandosa przystało, rozejrzeć się w terenie i ewentualnie zacząć kompletować niezbędną dokumentację, żeby się w osiedlowej Przychodni zasłużyć, i w trybie doraźnym otrzymać skierowanie na jakiś rentgen, albo "cuś"...

     Wchodzę, witam się grzecznie i o najbardziej "kumatego" Doktora pytam...
     - Będzie dzisiaj do osiemnastej. - informuje mnie Pani z rejestracji - ale kart już nie wyciągamy, trzeba pytać czy Doktor przyjmie.
Ocho !! Jest wyzwanie...
     - A do rejestracji czego mi potrzeba ?? - pytam potulniutko, żeby czasem owej ważnej Persony z recepcji nie zdenerwować.
     - Jakiegoś dowodu odprowadzania składek...legitymacji, "paska", "RMUA"... - odpowiada mi Pani z recepcji uśmiechając się do mnie serdecznie.
     Orzesz (ko)...musowo, że to jakaś podpucha...
     - A potwierdzenie przelewu może być ?? - pytam, żeby się już w końcu znalazł powód, aby mi się ta moja półgóralska krew zagotowała.
     - Oczywiście !! Potwierdzenie przelewu będzie bardzo dobre... - szczerzy się do mnie owo recepcyjne Cudo.
     Wracam do Firmy i caluśką drogę dedukuję, gdzie na mnie służba zdrowia pułapkę szykuje...przecież na łatwiznę nie pójdę...
     O siedemnastej pracę skończyłam przepisowo, "bartek" jakby się uwziął...łupał caluśki dzień nieprzeciętnie. 

Wchodzę do Przychodni...czarno od Luda.
     "Jakim cudem Doktor ma zamiar te ludzkie hektary obrobić do osiemnastej??" - przez głowę mi przemyka, ale przywdziewam łagodniutki wyraz twarzy, żeby się do gabinetu wcisnąć z zapytaniem o "obsłużenie"...

Czekałam prawie godzinę zanim się jakaś równie obolała "Dusza" nade mną ulitowała...
(W tym czasie zadzwonił Pan N. po nowiny, więc mu się rykoszetem oberwało, za tą poniekąd nieudolną reformę służby zdrowia)...
     Pan Doktor musi pasjami koty lubić, bo jak tylko zrobiłam "oczy kota ze Shreka" to zaraz mu serducha zmiękło, i chociaż wymruczał "przyjdzie mi tutaj nocować" przyzwolenie na "wyciągnięcie" karty dla "żebraka" dał...
     Panienka z recepcji (inna już niż ta rano) na wydruk "wpłaty" spojrzała tak trochę mało kumato, więc jej po krótce streściłam dwunastoletnią historię firmy...
Ufff...

Inteligentna Gadzina była okrutnie...
Ledwie kwadrans i już wiedziała, że to przelewy do ZUS-u były...
     O dziwo Doktor chyba jakieś "turbo" włączył bo po kolejnym kwadransie byłam pierwsza w kolejce (o tym, że byłam ostatnia, nie wspomnę)...
     Mimo, że nie oczekiwałam żadnych działań diagnostycznych, zostałam zbadana, obejrzana, osłuchana...

Pan Doktor uważnie wysłuchał moich osobistych wynurzeń...
Głową ze zrozumieniem (albo ubolewaniem) pokiwał i orzekł, że na "samouleczacza" to ja zadatków nie mam, a postawiona osobista moja
diagnoza rozmija się znacznie z jego osobistą diagnozą, więc usilnie mnie prosi, abym w swej łaskawości lekko skorygowała moje medyczne poglądy...
     Hmmm...no dobra...mogę tą moją łaskawość odrobinę nadwyrężyć...
     Dostałam skierowanie na rentgena, dostałam jakieś medykamenty i zalecenie, że widzimy się za tydzień...tyle, że przyrzec musiałam solennie przybycie na owo spotkanie o jakiejś bardziej cywilizowanej porze...
     - Proszę recepty wykupić w naszej aptece, bo w mieście może być różnie, a nasze Dziewczyny już pracują w nowym systemie... - rzucił mi Doktor na pożegnanie...
     Spojrzałam na recepty...Równy laserowy druczek obwieszczał różne stawki refundacji przy każdym z medykamentów...
     Panie w Aptece przywitały mnie radośnie (część z Nich to moje Klientki)...Rozczytały recepty...Zaproponowały wymianę jednego z leków na inny o takim samym składzie tylko innym nazewnictwie...
     - U Was nie ma zadymy receptowej ?? - zapytałam, bo nastawiona byłam na "walkę o ogień" a tu mi się szykował wieczór "bez doznań"...
     - Była !! Cały dzień była... - zaczęła opowiadanie Aptekarka - o świcie odpaliłyśmy nowy system, potem było szkolenie, potem się tłumy zwaliły z całego Miasta, bo tylko my miałyśmy "po nowemu", a fama w Zaścianku to się szybko rozchodzi...
     Uśmiechnęłam się do Rozmówczyni, spakowałam piguły i poczłapałam do domeczku...

Hmmm...
     Czyli jednak można było załatwić to wszystko bez szkody dla Pacjenta,
bez zamieszania, bez mediów, bez obarczania się wzajemnie winami, bez przerzucania odpowiedzialności...

Ufff...
     Czy ja już Wam mówiłam, jak bardzo kocham ten mój Zaścianek ??


P.S. Zapomniałam Wam nadmienić, iż Pan Doktor zaszczycił mnie wstępną diagnozą...w medyczne szczegóły to ja się wgłębiać nie będą, ale z polskiego na nasze to mi się zwarcie na obwodach zrobiło ;o)

niedziela, 1 stycznia 2012

Po nowemu...


     Dzisiaj to nawet nie wypada pisać o jakiś wzniosłych, a nie daj Boże mądrych rzeczach. 
Wszak szaleństwa sylwestrowe w mniejszym, bądź większym stopniu dają się nam we znaki…
Dobrze, że to świąteczne zawirowanie powolutku odchodzi w niebyt…toż jeszcze z tydzień „diety świątecznej” a wątroby jak nic podniosły by bunt.
     Teraz jest czas na skoncentrowanie się „jak dobrze zacząć ten rok”…
     Trochę zazdroszczę Krzysiaczkowi, bo sobie najlepszą wróżbę zapewniła jeszcze w Sylwestra, więc teraz ma luzy…
Ja nad dobrodziejstwami będę musiała popracować…
Echhh…
     Nowy Rok to taka czysta kartka…
     To taki nowiuśki brulion, który dopiero czeka na atrament naszych wpisów…
     Życzenia…Przyrzeczenia…Nadzieje…
No dobra…
Ale taki Nowy Rok przynajmniej nie musi się martwić jak go będą nazywać.
     Przez kilka tygodni będzie Nowiutki, potem zostanie sobie zwyczajnym 2012…
Nie to co nadawać jakieś miano Potomkowi…
     Jako posiadaczka imienia niecodziennego, a wręcz egzotycznego jak na ówczesne czasy, moja Mamciaś nie miała żadnego pomysłu jak zatytułować swoją pierworodną potomkinię.
Dla chłopaka imię miała wybrane „od zawsze”, narodzin dziewczynki nie przewidywała…
Nie przewidywała do tego stopnia, że jak na Pielęgniarkę przystało narodziny moje nastąpiły w szpitalnej toalecie…
Można by to było uznać za dobrą wróżbę na resztę mojego rozpoczynającego się żywota, bo wiadomo powszechnie, że „wdepnięcie w gówno” wróżbą jest najlepszą na dostatek i bogactwo, ale nomen omen…przecież jako osesek nie dreptałam bosą stópką po owym przybytku. 
W każdym razie fakt się dokonał, fama po Narodzie poszła…
Dobrze, że mi tego w akcie urodzenia nie wpisali…
     Mamciaś musiał być w strasznym szoku poporodowym, albo pomroka jasna Ją dopadła, bo nadanie mi jakiegoś ludzkiego tytułu zleciła mojemu Rodzicielowi…Człekowi o fantazji ogromnej i genetycznemu wręcz lekkoduchowi.
     W sumie zakładała pewnie, że sprawa jest od początku przesądzona, bo Tata kochał tylko jedno imię…Beatka…
Beata była dla Niego wcieleniem ideału…Była jak niezapomniane wspomnienie…Była jak zachód Słońca nad mazurskimi jeziorami… („Siedem dziewcząt z Albatrosa” towarzyszyło mi od wczesnych czasów dziecięctwa)…
Echhh…
     Tata obarczony ową odpowiedzialnością udał się do USC w celu dokonania formalności…
Pech chciał, iż po drodze napotkał przeszkodę w postaci dawno niewidzianych kolegów, którzy po uzyskaniu informacji o narodzinach potomka, zapałali ogromną potrzebą świętowania owego faktu…
Tata do Urzędu nie dotarł…
     Po trzeciej nieudanej próbie „Zbrodniarz” potulnie wysłuchiwał utyskiwań Połowicy, przyrzekał poprawę, wstawał o świcie celem dopełnienia obowiązku…i znowu wpadał w sidła „świętowaczy”…że mu wątroba wytrzymała to cud !!
     W każdym razie po tygodniu, kiedy Mamciaś traciła cierpliwość, a Tata nie znajdował wykrętów na wytłumaczenie, ster w swoje ręce przejęła Baba Jaga.
     - Dłużej Dzieciak bezimienny nie będzie !! – wrzasnęła na Tatę głosem strasznym i poczłapała osobiście nadać mi jakieś miano.
     - No to dorobiłeś… - oberwało się Tacie od Mamy – jak nic dostaniemy w zapisie jakąś Petronele albo Teofile…w życiu nam dzieciak (niby ja) tego nie daruje…
     Baba Jaga okazała się jednak „na czasie” i mimo, iż „dziewczynek nie lubiła”, imię mi nadała cywilizowane, a nawet na ówczesnym „topie”.
     Ku rozpaczy Taty nie zostałam Beatą…
     Zemsta Teściowej była okrutna…
     Przez wiele lat, szczególnie swojego nastoletniego żywota, gdzieś w zakamarkach serducha był żal, że mnie tak potraktowano zaraz po urodzeniu, bo nie żeby mi się własne imię nie podobało…ale zachwytów to ono we mnie nie wzbudzało.
     Dopiero po latach zauważyłam jak jest przydatne…
     Dlaczego ??
     Bo owo imię dużo lepiej brzmi w zdrobnieniu i chociaż lata mijają wszyscy zwracają się do mnie jak do małej dziewczynki, a to, musicie przyznać świetnie robi na samopoczucie…Szczególnie w pewnym wieku !!
     Nękana od wczesnej młodości ową opowieścią, która zawsze wzbudzała w Tacie negatywne emocje, przy wyborze imion dla własnych Dzieci kierowałam się przemyśleniami i zdrowym rozsądkiem…dla Córci wybraliśmy imię już w ósmej klasie, dla Syna trochę później…ale wyrobiliśmy się w czasie.
     Póki co reklamacji nie składali…