Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

piątek, 31 marca 2017

Babol ruszył do SPA...

     Podobno prawdziwa Kobieta nie marzy o niczym bardziej, niż o wypadzie do SPA...Hmmm...Podobno marzy też o zakupach...
     Przestaje mnie dziwić fakt, że UE zaczęła "grzebać" przy płciach...
     "Mieszańców" powstała prawie trzydziestka...
     Zapragnęłam, po tylu latach bytowania, poznać osobistą płeć...
"Niby baba" ??
     Za "baba" przemawiają niewątpliwie dwa szczęśliwie odbyte porody...
     Za "niby" fakt, że zakupy są dla mnie dopustem bożym najwyższej kategorii (no chyba, że odwiedzamy market budowlany, albo salon samochodowy)...
     Postanowiłam więc, podkreślić swoją "kobiecość", i udałam się do SPA...
     Sprawnie Pracuj Ancymonie...
     Zakres oferowanych usług zadowoliłby nawet najbardziej wybredne Kobiety...
     Pobyt rozpoczął Naturalny Piling Wody...Czyli mżawka...
     Co prawda, można by go zakwalifikować jako Krioterapię Naturalną, bo lodowate igły aż "paliły" w zetknięciu ze skórą, ale samego słowa "krioterapia" nie lubię...
Brrrr...
     Kolejną atrakcją była Gimnastyka Wszystkich Kończyn, że o grzbiecie nie wspomnę...Czyli sadzenie żywopłotu w trzech rzędach, z roślinności różnorakiej...


     W pakiecie z "gimnastyką" były Okłady z Przyszłej Borowiny, albo Innego Torfu...Czyli zabezpieczanie wiórami drewnianymi korzeni, w celu zatrzymania wody...


     Ten zabieg będę jeszcze kontynuować, bo w SPA brakło wiórów, a zaprzyjaźniony tartak jest po drodze "w tą", a nie "w tamtą"...;o)
     Wszystkiemu towarzyszyła równie Aromaterapia Złożona...Złożona dokładnie z trzech delikatnych kwiecistych zapachów...

Przebiśniegi jeszcze kwitną, krokusy szaleją, puszkinia wystawiła błękitne dzwoneczki...

     W międzyczasie zapewniono mi możliwość uprawiania turystyki pieszej, czyli Spacery Górskie i Nizinne...

     Przy okazji można było skorzystać z Solarium, w nieograniczonych ilościach, bo Szefowa SPA miała wyśmienity nastrój przez te kilka dni...Promocja taka...Do każdego "zabiegu" Solarium w gratisie !!
Zadbano o wszytko...
     Było miejsce "kultu", czyli nasza palma wielkanocna z zeszłorocznych Świąt, która niespodziewanie wypuściła korzonki, a zasadzona w kąciku wybujała wręcz imponująco...


     Było również egzotycznie...
     Masaż Rozgrzanymi Kamieniami !!
     Co prawda rozgrzewają się dopiero teraz, wykopywane systematycznie, segregowane i znoszone na "makatkę", ale zabieg to zabieg, i wybrzydzać nie ma co...
     Pan N. oszacował nasz "urobek" na jakieś 300 kilo...

     A jakie było wyżywienie !!
Śniadanie: Kanapki jedzone w samochodzie, żeby czasu nie marnować w SPA;
Obiad:

Kiełbaska z kija nie ma sobie równych !!
Kolacja: Po tylu "zabiegach" to nawet trudno było zapamiętać co się jadło, i czy się jadło...;o)
     Ale, kiedy "Szefowa" żegnała nas wieczorami w taki sposób:

     Wiedzieliśmy, że o poranku będziemy pałaszować kanapki w samochodzie, jadąc na kolejne "zabiegi"...
     Gdzież jest jeszcze SPA, zapewniające taką obsługę i tak różnorodną gamę zabiegów ??
     A samopoczucie !!
Młoda Bogini !!
No może nie taka młoda...Może nie bogini...
     Ale fakt jest faktem...Kondycję mam coraz lepszą, a byle "bolki" to pikuś z tymi, które miewam po "maratonie"...;o)

P.S. Dagusiu !! Groszek posiany !! (To była prywata...Dagusia uwielbia zielony groszek prosto ze strąka)...;o)

środa, 29 marca 2017

Jak ją rozbierali...Czyli o cebuli słów kilka...

     Pisałam Wam już o kolekcjonerskich porywach w zbieraniu skorupek jaj kurzych, to dzisiaj będzie o kolejnej "pasji"...
     Od dziecięctwa każdy wie, że cebula jest zdrowa...To, że podnosi walory smakowe wielu potraw wspominać nie będę, bo trzeba by łzę uronić nad moim brakiem rozsądku...
     Obieramy, kroimy, płaczemy i jemy...
     W starych zeszytach zawsze znajdzie się przepis na zdrowotny syrop z cebuli, którym pokolenia całe były wyciągane z infekcji i przeziębień...
Ale...
No właśnie...
     Czy Matka Natura kiedykolwiek coś marnowała ??
     A my przecież marnujemy łupinki cebulowe, bo jako odpad lądują najczęściej w śmieciach...Chyba, że zbliża się Wielkanoc, wtedy łupiny zbieramy i wykorzystujemy barwiąc skorupki...
I tyle z nich pożytku...
Nie słusznie !!
     Ja zbieram łupiny cebulowe cały rok...Rozmiar Wrzosowiska obliguje mnie do tego...A potem...
Potem używam ich do naparów ziołowych...
     Po pierwsze, wyciąg z łupin świetnie odstrasza robale...
     Po drugie, w łupinach znajduje się prawdziwe bogactwo...
     Stosując wywary z łupin cebulowych dostarczamy siarkę i kwarcetynę, czyli wzmacniamy i przedłużamy żywotność...
     A skoro pomaga roślinom, to co z człowiekiem ??
Kto korzystał z maści cebulowej na rozstępy ??
Ha !!
     A to dopiero początek...Skoro siarka, to wsparcie dla układu krążenia i serca, to osłona przed zdradliwym działaniem alergii...A jeśli kwarcetyna, to walka z chorobami kostnymi i skórnymi...
     Płukanki na włosy ??
Proszę bardzo...
     Przemywanie twarzy ??
Proszę bardzo...
     A jeśli zrobimy sobie wywar i będziemy go pić co najmniej dwa razy dziennie (choćby po łyczku), to po kilku tygodniach zauważymy poprawę stanu zdrowia...Albo nie zauważymy, bo zaczniemy po prostu żyć...
     Taki niby zbędny "wiórek", a ile w tym dobrego...
 

niedziela, 26 marca 2017

Pierwszy "maraton"...

Czekałam...Czekałam...Czekałam...
I się doczekałam !!
Ufff...


     Dały radę i oznajmiły nadejście wiosny...Idealnie na czas...;o)
     Co prawda śniegu na Wrzosowisku nie ma już dawno, ale chłód nieźle daje się we znaki...
Ale co tam chłód !!
     Zaczynamy pierwszy w tym roku "maraton"...
     Sadzonki dotarły na czas, więc pozostało umieścić je tam gdzie ich nowy dom...
240 sztuk...
Pryszczyk...
Prawdziwi detaliści...
I pewnie gdyby nie "kibice"...


To byśmy padli zimnymi trupami...
     Dzień pierwszy: 60 forsycji...
     Dzień drugi: 20 forsycji i 50 głogów...
     Dzień trzeci: 50 rokitników...
Że nam się rachunek nie zgodził ??
Spoko...
Mamy tylko "pit stopa" niedzielnego...
     Czeka jeszcze 60 dzikich róż...
     A że nie można bytować na Wrzosowisku nie rzucając "gospodarskim okiem", to zerkałam...Że tak powiem...Do alkowy...


     Z agrestem nie pogadamy...Co roku szaleje...
Chociaż "wszyscy" zgłaszają gotowość...
     No i "prymusi"...


Zobaczyłam, i zaraz poczułam smak ciasta z rabarbarem...
Może zające nie zjedzą wszystkiego ??
No nic...
     Trzeba kosteczki do jutra uporządkować, mięsieńkom dać wytchnienie i w pole...
     Pogódkę nam Matka Natura szykuje w sam raz...;o)

środa, 22 marca 2017

O Dziadku Czarodzieju, wrednej Babci i Bastusiu Mądrali...

     Myślicie, że będę opisywać doznania z "babciowania" godzina po godzinie ??
Figa !!
     Przyspieszenie ziemskie nastąpiło zaraz po tym jak Księciunio wylądował w Zaścianku, a w niedzielę nagle nastąpiła cisza...
Nie ma Bastusia !!
Zabrali !!
Porwali !!
Uwieźli !!
     Podobno człowiek uzależnia się z miesiąca na miesiąc, z roku na rok...A tu mgnienie oka i uzależnienie gotowe...
Bo Księciunio...
Echhh...
Cudny jest po całości !!
I w detalach też...
     Był spacerek do lasu, gdzie Dziadziuś wyczarowywał krecika z norki...Więc krecik stał się głównym bohaterem kolejnych dni...

Wyczarowany krecik w zacnym, ptasim towarzystwie.
      Wszystkie kupki piasku były domkami krecika...A na rysunkach musiał być i krecik, i piasek...

Ta plama to własnoręcznie namalowana przez Bastusia kupka piasku dla krecika.
Dziadek to umie czarować !!
     W sobotę Dziadziuś wyczarował burzę !!

Dzieło Dziadziusia.
Najpierw narysował błyskawicę, a dosłownie kilka kwadransów później, przez Zaścianek przeszła pierwsza, wiosenna burza...Jak na zamówienie...Tfu, tfu, tfu...Jak na zaczarowanie...
Dziadziuś był po prostu niezastąpiony !!
     Umiał zbudować wspaniały garaż, umiał złożyć warsztat samochodowy z windą, która jeździła, świetnie naśladował dźwięki ciężarówki i helikoptera, a przede wszystkim, dziadziuś miał klucze do garażu, w którym mieszkał rowerek...
     Dziadziuś, ogólnie rzecz ujmując służył do zabawy, no i do jedzenia...Ale to już tradycja, bo z Dziadziem Bastuś lubi jeść od urodzenia...;o)
A Babcia ??
     Babcia podpadła !!
     W piątek wieczorem Dziadziuś włączył bajeczki (na domęczenie), a Babcia naszykowała leżącą miejscówkę na kanapie i jasieczek z aplikacją Kłapouchego (osobisty jasieczek babciny, z jej "idolem")...
     Bastuś był bardzo dumny z tej miejscówki, bo na sąsiedniej kanapie leżał Dziadziuś i można było nogi trzymać "jak Dziadziuś", ręce trzymać "jak Dziadziuś" i śpiewać piosenki razem z Dziadziusiem...
Babcia poszła robić kolację...Do kuchni...
     Na drugi dzień, Bastuś bawił się pięknie klockami, więc Pan N. zaproponował...
     - Odsapnij chwilkę, bo do wieczora daleko...
Hmmm...
Kuszące !!
Dwa razy powtarzać nie musiał...
     To się Babcia na kanapie ułożyła, jasieczek z Kłapouchym pod głowę wsunęła i...
     Dosłownie w "mgnieniu oka" Bastuś stał nad Babcią z pretensjami, że się na kanapie rozłożyła !! A o jasieczek to już była prawdziwa batalia !!
     - Babcia do kuchni !!
Oznajmił mały "Szowinista"...
Orzesz...Ty...
Babcia pola nie ustąpiła...Dziadek dołożył reprymendę...
I Księciunio wylądował w sypialni na popołudniowej drzemce...
     Po pięciu minutach z sypialni doszedł nas szloch okrutny i użalanie...
     "Babcia jasiecka nie dała...Chlip. chlip, chlip...Babcia bajecki nie pocytała...Chlip, chlip, chlip...Biedny Sebuś...Chlip, chlip, chlip..."
     "Mantrę" zawodził przez kwadrans, a my dusząc śmiech komentowaliśmy owo rozżalenie...
     Pierwszy konflikt pokoleniowy mamy za sobą...
Ciężko było na te "krokodyle" łzy patrzeć...Bardzo ciężko...
     Ale my "takie" łzy już znamy...Z autopsji...Pierworodny dokładnie w ten sam sposób wyrażał swoje "rozpacze"...
     Sen zdziałał "cuda", Księciunio był jak landryneczka przez całe popołudnie, a Babcia wieczorem poczytała dłużej niż zwykle...I to o "abecadle" !!
     To były piękne "prawie trzy dni"...
     Dni pełne radości, śmiechu i tego bezgranicznego zaufania, które okazują tylko Dzieci...
     A że nikt nie jest bardziej kreatywny niż Dzieci, to w ramach ćwiczeń mam zagadkę...
Co to jest ??


     Od razu mówię, że to trudna zagadka !! Ruszać głową !! Uruchamiać wyobraźnię !! Księciunio ma 2,5 roku...Co to może być ??

poniedziałek, 20 marca 2017

Godzina "K", jak Księciunio...

     Księciunio rok zaczął ciężko...Najpierw jakaś infekcja jelitowa, która ciągnęła się od Bożego Narodzenia, potem "łyknął" jakieś przeziębienie w żłobku, a na koniec zęby trzonowe postanowiły wyjść, wszystkie na raz...
Echhh...
Żeby to chociaż parami chodziło, nie !! Jak się już miało ku lepszemu, to dopadała go kolejna przypadłość...
Dwa miesiące "karceru"...
Ani na saneczkach nie pobrykał, ani bałwanka nie ulepił, o kontakcie z rówieśnikami mógł zapomnieć...
Świat przez szybkę...
Bidulek...
Ale w tych Jego cierpieniach udział nie mały miała nasza Synowa...
Znoszenie ciągłego marudzenia...Ciągła troska i zdenerwowanie...Nie przespane noce...Całodobowe dyżury przez prawie dwa miesiące...
I bonus...
Wszelkie możliwe dolegliwości związane z początkiem ciąży...
     W końcu i Ją zmogły zarazy i zaniemogła całkowicie, rozkładając się zaraz po tym jak Księciuniowi przeszło (a Księciuniowi przeszło zaraz po tym jak "sprzedał" zarazę Babci Gordyjce)...
Postanowiliśmy w ramach rekompensaty zawiązać spisek...
     Pierworodny miał wykombinować jakiś fajny wyjazd w plener, a my mieliśmy ogarnąć temat opieki nad Księciuniem...
Wybór miejsca Pierworodny postanowił pozostawić Żonie...
Padło na SPA dla Ciężarnych...
Nawet nie wiedziałam, że są takie turnusy z "dedykacją"...
Pierworodny miał pojechać jako "osoba towarzysząca"...
Obstawialiśmy z Panem N., że będzie jedynym Facetem w promieniu kilku kilometrów od Ośrodka (w środku lasu)...
A my ??
     Zaczęło się od generalnych porządków...Poniedziałek...
     Babcia ogarniała obowiązki "papierzane", żeby mózgu byle czym nie zaprzątać...Wtorek...
     Bezwarunkowo konieczne zakupy, czyli wizyta w sklepie z zabawkami, bo to co wystarcza na kilka godzin wizyty doraźnej, na kilka dni będzie "miernotą"...Środa...
     Uzupełnienie zapasów pyszności i przemeblowanie mieszkania...Czwartek...
     Pełna gotowość i pichcenie "babcinego obiadku"...Piątek...
I zaczęliśmy weekend z Wnukiem !!

czwartek, 16 marca 2017

Od paniki do euforii...I odwrotnie...

     Wrzosowisko odkryło w nas coś nowego...Niestabilność odczuć...Do tej pory, kiedy dopadała nas faza "pomysłów", rozpoczynaliśmy od projektu, następował etap realizacji, no i oczywiście "euforia", że się udało...Panika nie gościła w tych realizacjach, albo gościła rzadko...
     Rozmiar Wrzosowiska zmienił to diametralnie...
     "Nie damy rady" - pojawiło się w naszym słowniku, i pozostało na dłużej...
     Rozpoczyna się to od pomysłu...
Hmmm...W pomysły to my jesteśmy bogaci...
     Potem następuje realizacja, która podnosi poziom adrenalinki i wyzwala endorfiny...
     A potem następuje panika...
Nie damy rady...
Nie zdążymy...
I niczym dwa "robokopy" zaiwaniamy, żeby prześcignąć czas i nie polec z kretesem...
     Kości zaczynają "skrzypieć", mięśnie zaczynają sztywnieć, ramiona bezwiednie zwisają, a pupsko domaga się leżakowania...
     Czasem tak "przegnę", że z zagonów wracam na "ślepaka", bo mi w oczach malownicze plamki latają...Co dziwne...Są różnokolorowe...
     Ale po piętnastu minutach na leżaczku, coś jakby mnie w pupsko kłuło, a "zły" do ucha szepcze...
     "Ty sobie leniuchujesz, a chwaściory rosną"...
     Kiedy już nawet "zły" z sił opada, a my opadamy bez sił na ławeczkę, zaczyna się "rozliczanie z teraźniejszością"...
- Nie zgrabiłem...
- Nie wypieliłam...
- Nie zebrałem...
- Nie zabezpieczyłam...
     To taki "rachunek sumienia", który już przełożenia na działanie nie ma, bo z trudem przebieramy się z roboczych łaszków...
     Po dwóch latach wiemy, że nie "wygramy" z Wrzosowiskiem...
Takiej opcji Matka Natura nie przewidziała...
Mamy tylko cztery ręce i PESEL, którego nie przerobimy...
     Ale czasem coś nam się udaje...;o)


     To nasz warzywniak w sadzie...
Konieczność, którą wymusiła natura...
     Na południowym stoku, wiele warzyw czuło się kiepsko...Za dużo słońca, za mało wody...No i fakt, że pielenie w lecie bywa zabójcze dla "pielarki"...
     No to zaczynamy eksperyment warzywny w sadzie...
Ogródeczek jest tymczasowy, bo jeśli się nie sprawdzi, to dostanie "nakaz eksmisji" w inny rejon...
     Na furtkę już sił nam brakło, więc zastosowałam doraźnie mało ekologiczne rozwiązanie, żeby się "towarzystwo grzebiące" nie rozpanoszyło...


     To euforia...
     A gdzie panika ??
- Nie skończyłam oleić "Orzeszka"...
- Nie wypieliłam grządki na zagonach...
- Nie poprawiłam kwietników w "rosarium"...
- Nie zagrabiłem resztek po wycince...
- Nie sprzątnąłem ściętych drzew...
- Nie przekopałem terenu pod warsztat...
etc...
     Lista jest długa...
     Tak długa, że wyklucza możliwość samozachwytu...
     W pojedynku "my - natura", natura jest zawsze kilka kroków przed nami...
     Ale kolejny kawałek Wrzosowiska jest "po naszemu"...
     Jeszcze kilkadziesiąt takich kawałków i może doprowadzimy do remisu ??