Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

piątek, 29 lipca 2016

ŚDM z "boku"...

Wiecie co...
     Tak sobie pomyślałam, że jeśli Bogowie utrzymują ze sobą jakiś kontakt, to Allah powinien teraz zadzwonić do nasze Pana Boga, i szczerze powiedzieć...
     - Wiesz...Zazdroszczę Ci !! Moi Wyznawcy całkiem się pogubili, mordując na potęgę uczciwych, zwykłych Ludzi, a Twoi tańczą i śpiewają...Aż w niebie słychać...
     - Nie martw się Allah !! - odpowiedział by dobrotliwie nasz Ponbóczek...- moi też kiedyś błądzili...Palili na stosach...Prowadzili wojny - ponoć dla mnie...Nawet nawzajem się tępili...Może Twoi też się opamiętają ??
     Allah nic by nie odpowiedział...Smutno by pokiwał głową, a z oczu pociekły by Mu łzy...
     A nasz Bóg ??
     Odłoży słuchawkę, rozsiądzie się w Niebieskim Tronie, a pod sumiastymi wąsami zalśni boski uśmiech...
     Pochmurnie jest, burzowo, więc dmuchnie delikatnie na puchate obłoki i patrzy...
     Patrzy na tłumy młodych Ludzi, którzy co rano spieszą na miejsca zbiórki, żeby dotrzeć do celu wędrówki...Patrzy jak zbierają się tam, jak tańczą, jak śpiewają, i jak uśmiechają się do siebie, chociaż każdy z Nich mówi innym językiem...
     Widzieliście te tłumy ??
Ja widziałam...
     Oczywiście, że nie w Krakusowie, bo to nie miejsce dla matrony w moim wieku (przynajmniej przez kilka najbliższych dni), ale poruszając się w okolicach Zaścianka, widziałam...
     Widziałam, kiedy rano wyruszali pełni energii, maszerując raźnym krokiem na miejsca zbiórek...Widziałam, jak pełni werwy dyskutują ze sobą energicznie...
I widziałam, jak wieczorami, umęczeni całodziennym trudem wracają na miejsca noclegu...Może trochę mniej energicznie, ale równie uśmiechnięci jak o poranku...
I wiecie co...
     Nie dziwię się Panu Bogu, że uśmiecha się pod wąsem, bo i mnie uśmiech bezwiednie na usta wypływa...
     Mijane posesje udekorowane flagami...Okoliczne szkoły udekorowane flagami...
     Pan N. prowadził, a ja opisywałam Mu okolicę...
Brazylia...Włochy...Węgry...A tej flagi nie znam...
     Czasem musieliśmy stanąć w korku, żeby przepuścić barwny Tłum...
     Dopiero ma widok radiowozu towarzyszącego Pielgrzymom, twarze poważniały...
Smutny znak czasów...
Swobodna radość pod dozorem...
     Bardzo starałam się uśmiechać do Policjantów...Lekkiego życia przez ten tydzień nie mają...
     Z całych sił trzymam kciuki, żeby wszystko skończyło się bezpiecznie...Żeby Wszyscy wrócili szczęśliwie do swoich domów...
     Małopolska jest teraz jak Świat w pigułce...
     Kraków jest jak Wieża Babel...
     A kiedy patrzę na te radosne Tłumy i słyszę, ile to kasiory nas kosztowało, ile trudu, ile starań "niepotrzebnych", to mam ochotę porządnie walnąć pięścią w stół...
     Opanujcie się Ludziska !! Spójrzcie !! Uśmiechnijcie się !!
     Tak powinna wyglądać Młodzież !!
To z Nich kiedyś wyrosną przywódcy naszego Świata...
     I niech to będą radośni, życzliwi Ludzie, a nie marionetki przyczepione sznurkami do "dolara", "euroka", albo "baryłki ropy"...
     Mamy kilka dni bezinteresownej radości ?? 
     To się nimi cieszmy !!   

P.S. Grupa Pielgrzymów z Niemiec przywiozła ze sobą "suchy prowiant", ponieważ u nas rządzi reżim, w sklepach obowiązuje reglamentacja i są problemy z zaopatrzeniem...:o) A jedna z francuskich grup nie chciała skorzystać z wieczornego spaceru (na samą propozycję zareagowała szokiem ciężkim), bo obowiązuje u nas godzina policyjna, a my tysiącami lądujemy w więzieniach...:o)
     "Gratuluję" zachodnim mediom !! Takiego prania mózgów to u nas nie było nawet w "komunie"... 

środa, 27 lipca 2016

Jak Penelopa...

     O tak...
     Wiernam jak ta mitologiczna Postać...
I nie o wierności małżeńskiej dzisiaj będzie, bo to samo przez sie się rozumie, ale o wierności pewnej Firmie...
Od lat...
Żeby nie powiedzieć, że od dziesięcioleci...
W tym względzie, skostniała jestem jak "beton"...
     Zmieniali się Właściciele tej Firmy, zmieniały się realia rynkowe, a ja trwam...
     Powinnam nawet napisać, że Nokia to moja "miłość", bo przecież po tylu latach, to coś z "miłości" być w naszym związku musi...
Dlaczego ??
     Bo od lat jestem idealnie "kompatybilna" z oprogramowaniem telefonicznym tej statecznej Firmy...
Współpracuje się nam idealnie...
I chociaż miewałam "incydenty" z innymi markami, jak bumerang wracałam do swojej "miłości"...A ostatnio to już chyba lekko przegięłam...
     Od lat blisko dziesięciu pracowałam na modelu E51...
     Do tego stopnia, że kiedy mi się już aparat rozpadał, zażądałam od Pana N., żeby mi z dwóch zrobił jeden...
Robił !!
Przekładał !!
Podmieniał !!
Aż Mu się części zamienne skończyły...
     - Telefon trzeba Ci kupić !! - komunikował Pan N.
     - Nokiśka jeszcze działa !! - oponowałam...
Ślubny z ubolewaniem kiwał głową...
Działa ??
     Włączników już nie ma, bo się gumki ze starości rozsypały...Wyświetlacz uszkodzony...Zawiesza się kiedy chce...Wyłącza się nagle i włączyć ją niepodobna (patrz wyżej- brak przycisków)...Uruchamianie wykałaczką...;o)
     - Działa !!
I żałośnie spoglądałam na Nokiśkę...
No to Pan N. wziął sprawy w swoje ręce i kilka dni temu oznajmił:
     - Wybrałem Ci telefon !! Możesz obejrzeć...
Łaskawca !! ;o)
Trzy dni się "targowałam"...
     A potem ruszyłam do rodzinnego Miasta, bo tylko tam wybrany model mieli na stanie...
1. Nokia - V
2. Podobny rozmiar - V
3. Klawisze przyzwoitych rozmiarów (bom ślepa) - V
4. Czcionka przyzwoitych rozmiarów (patrz wyżej) - V
5. Aparat bez "ustawiania" (patrz pkt.3) -V
6. Kolor czarny lub grafitowy - V
7. Cena "do przełknięcia" - V
     No i, jak wszystkie kryteria sprawdzić mogłam na miejscu (spojrzenie Pani Sprzedawczyni kiedy władowałam aparat do tylnej kieszeni dżinsów, żeby przymierzyć rozmiar - bezcenne), tak aparat postanowiłam sprawdzić gdzie ??
Na Wrzosowisku !!
No i wyszło "lipowato"...
     Nokia radę dała...Zawiodła obsługa !!
     Korzystając przez wiele lat z aparatu w ten sam sposób, okazałam się dla nowego urządzenia "za szybka"...Nokia robiła zdjęcie, a ja już majtałam nią bez opamiętania...
     Tak wyszły róże...



     A tak dalie...


     Potem się trochę opamiętałam, więc truskawki da się rozpoznać...


Smakowały dokładnie tak, jak wyglądają...Cudnie !!
Poziomek nie fotografowałam, bo to się już staje nudne...
     Ale, że sezon wakacyjny sprzyja, więc ruszyłam na zagon ogórkowy...


     I niestety na sesji fotograficznej skończyć się nie mogło, bo nasze "bambaryły" kategorycznie wrzeszczały o zebranie plonu...


     Strasznie mnie duma rozpierała, że z maleńkich nasionek udało mi się cokolwiek wyhodować...A sądząc po rozkwieceniu, to jeszcze niejedną mizerię wsuniemy...
     Obok ogórków prężą się patisony...

 Ufff...
Nawet zalążki już są...
Czyli udało się nam zachować jakąś populację "zapylaczy", bo w zeszłym roku po kwitnieniu, patisonów na Wrzosowisku nie stwierdzono...
     Powoli zaczynam się dogadywać z nowym fonkiem...
Fakt...Czasem spoglądam jeszcze tęsknie na starą Nokiśkę...
     Ale kiedy prześlę na "nową" to...

Leon Zawodowiec
     Leosia, który od wielu lat stanowi znak rozpoznawczy moich fonów, to pewnie poczuję się "jak w domu"...;o)

poniedziałek, 25 lipca 2016

O plaży na Wrzosowisku i panelu jeżynowym...

     To, że Wrzosowisko nie ma dostępu do morza, jest sprawą drugorzędną...Bo kto zabroni posiadać własną "plażę" kilkaset kilometrów od "słonego bajora" ??
No to Pan N. wybudował prawdziwe "Palm Beach" ...


     Fakt, że to dopiero zaczątek bardziej skomplikowanej konstrukcji, która ma na celu podniesienie walorów estetycznych naszego ugoru, ale teraz prezentuje się dokładnie tak...
     Trzy tony rozwłóczonego wokół Orzeszka piasku...
I już zrobiło się "piękniej"...
     Co prawda...Pan N. boleśnie w krzyżach ten pomysł odczuł, ale akurat ten objaw naszego szaleństwa poznaliśmy dokładnie...Każdy pomysł to ból...Czym pomysł bardziej szalony, tym ból większy...
Taki urok...
A że cierpieć lubimy w duecie, to i mnie coś do łepetyny wpadło...
     Zaczęło się od tego, że na południowym stoku jeżyny nijak nie chciały rosnąć...
     Namawiałam...Podsypywałam...Nawoziłam gnojóweczką z pokrzywy...Przycinałam...
Lipa...
     Niektóre nie powiem, jakiś listeczek puściły, jakiś kwiatuszek się ukazał, nawet ze dwa owocki były, a potem lipa...
     Ewidentnie z tymi jeżynami dogadać się nie sposób...
     A że Człowieki z nas wiekowe, więc potrzebowaliśmy impulsu...
     - Jak ciąłem trawę przed Orzeszkiem to takie coś kłujące było...- informował Pan N.
     - Jeżyna !! - wrzasnęłam...
     - Przesadzamy ?? - dociekał Ślubny...
Moje szare komórki były już wówczas daleko...
     Powinnam coś pamiętać...
     Powinnam o czymś wiedzieć...
Momento !!
     Jak kupowaliśmy Wrzosowisko, to wśród tych chaszczorów znalazłam owocki i karmiłam nimi Pana N. ...
     Maliny ?? Poziomki ?? Jagody ?? Jeżyny ??
Gdzie ja się wtedy plątałam ??
     Chyba jakoś koło Rosarium...
I niczym Sherlock Holms, z oczami wbitymi w trawę, ruszyłam szukać...
     - Ty nie pamiętasz czym Cię karmiłam półtora roku temu ?? - pytałam z wyrzutem Ślubnego...
Jego spojrzenie bezcenne...;o)
     - Był październik...To musiały być jeżyny !! A może spóźnione maliny ?? - debatowałam ze sobą na "najwyższym szczeblu"...
     Są !!


Nawet kwitną bezczelnie !!
Tyle, że rosną w totalnie nieodpowiednim miejscu...
     Właściwie, to jakby się nam kosa nie zepsuła, to pewnie w życiu bym maleńkich odrostów nie namierzyła...
     - To co robimy ?? - Pan N. oczekiwał na doprecyzowanie zadań...
     - Muszę je najpierw z tych chaszczorów wydziabać...- oświadczyłam...
No to dziabałam...Dziabałam...Dziabałam...
     I w sumie, jeszcze sporo mi tego dziabania zostało, ale pierwsze efekty już widać...
     Panel jeżynowy...


     Takie stanowisko mają pierwsze cztery wydziabane jeżynki...
A kolejka jest spora...
     Na pohybel oportunistkom z południowego stoku !!
Teraz pozostaje czekać na pierwsze owocki...;o)

sobota, 23 lipca 2016

Inny sort...

Gładka buźka, płynna gadka,
ciepły fotel i posadka,
zawsze rację ma w dysputach,
czasem w cudzych chodzi butach.
Choć właściwie nic nie umie,
wie co dobre i "rozumie",
idzie tam gdzie wiatr zawieje,
bo na profit ma nadzieję.
Chce szacunku, chce poklasku,
grzeje się we fleszy blasku.
Nim się wdrapie na salony,
jest uprzejmy, ugładzony,
obiecuje, nęci, mami,
uczynkami i słowami.
Potem pęka bańka pusta,
jadem się kalają usta,
kłamstwo się za kłamstwem toczy,
mówi je, choć patrzy w oczy.
Nic z opisu nie wynika,
bo to obraz...Polityka.

czwartek, 21 lipca 2016

Dziwna technika zbierania wiśni...

     Prace ziemne, których Autorem jest Pan N. zaowocowały sporych rozmiarów stertą ziemi...
     - Ależ kopiec zbudowałem...- obwieścił Ślubny...- Prawie jak ten Kościuszki...
Fakt...Spory...
     Tyle, że my cierpimy ciągle na brak ziemi, więc ta wejdzie we Wrzosowisko, jak w masło...
     - Kościuszko już kopiec ma...- protestowałam...- Ja bym ten kopiec Antoniemu poświęciła, bo bez Jego wsparcia to byśmy już dawno, marnie zginęli...
Pan N. zaakceptował wybór Świętego...

Kopiec Świętego Antoniego

     A że zbliżał się koniec urlopowania, więc Pan N. przystąpił do porządków, a ja poszłam zbierać płody, żeby po powrocie do Zaścianka zapakować dary Matki Natury w słoiki...
Na popołudnie zaplanowane było zbieranie wiśni...
     Pan N. po zeszłorocznym wypadku wzmocnił drabinę...Zmieniliśmy technikę wspinaczkową...Ale na kruchy pień drzewka i jego wypaczoną budowę wpływ mieliśmy niewielki...
     Pan N. jednocześnie trzymał drzewko (przy pomocy przewieszonej taśmy) i równoważył mój ciężar na drabinie...
Mimo tego drabina chybotała niebezpiecznie, a mnie z napięcia aż stopy drętwiały...
     - Odpocznij !! - zdecydował Pan N., kiedy w wiaderku ledwie przykryłam dno...
     - Żeby chociaż łubiankę zebrać...- rozważałam żałośnie...- Tych z czuba i tak nie zbierzemy...
     Na czubie było 3/4 naszych wiśniowych zasobów, ale drzewko wygięte było pod kątem 60 stopni i nie było szans zebrać ani jednego owocka...
Chyba, że się było szpakiem...
     - Skoro i tak mamy ją ściąć, to może teraz ?? Owoce odzyskamy...- analizował Pan N.- Przemyśl...
Echhh...
     Szkoda mi było tej naszej wisienki...
Ale takie były fakty...
To była raczej stołówka dla szpaków niż źródło owoców dla nas...
     - Nie wyrobimy do zmroku...- rozważałam na głos...
     - Ciąć ?? - czekał na decyzję Ślubny...
     - Tnij !!

     Powykrzywiana korona legła na ścieżce, a ja ruszyłam zabezpieczyć okaleczony pniak...
     - Teraz nie będzie już tobą tak szarpało wisienko...Przypilnujemy odrostów...Uformujemy...- obiecywałam okaleczonemu pniakowi...
     A potem zaczęliśmy obrywać wiśnie na czas...
Ścigaliście się kiedyś z mrokiem ??
Nie było szans na wygraną...
     Sytuację uratował nasz solarek...
Pan N. wyniósł lampkę przed Orzeszka i wyszukiwaliśmy owoców w świetle żarówki...
Zebraliśmy ponad 6 kg ...
     I kompociki będą...I wiśnióweczka...I sok...I konfitury...
     Długo będziemy wspominać naszą pokrzywioną wisienkę...

A ona ma szansę na drugie życie...
Właściwie już je zaczęła...

     Gałęzie po wyschnięciu będą dodawać nam zapachu do ogniska, a może i do wędzarni, którą mamy w planach...
No i cóż...
     Przyszła pora i czas pakować manatki...
Echhh...


wtorek, 19 lipca 2016

Na ratunek dzikim różom...

     Żywotność "Dzikuski" zachwyca nas nieustannie od kilku miesięcy...Trzy suche pędy, które odkryliśmy niespodziewanie i postanowiliśmy dać im szansę...

"Dzikuska" tak się nam zrewanżowała za starania...
     - A co robimy z tą drugą ?? - zapytał Pan N.
Moja zgryzota...
     Drugą dziką różę odkryliśmy dopiero w tym roku i to przez czysty przypadek...
     Rosła dokładnie tam, gdzie rosnąć nie powinna, bo z tym kawałkiem sadu wiążemy poważne plany...
     - Mamy 50% szansy, że przeżyje...- rozważałam...
     - Tam ma 0%...- racjonalnie wyliczał Pan N. ...
     Cztery malusie, kolczaste gałązeczki...Odrosty od sporego pniaczka...
Poprzedni Właściciel rozprawił się z tą różą bez pardonu...
"Dzikuskę" też tak potraktował...
     Najpierw musiałam znaleźć kierunek pędów i rozważyć, w którą stronę idą korzenie...Pan N. wbijał szpadel we wskazywane miejsca...
Powoli odkrywaliśmy tajemnicę dzikiej róży...
     Prawie dwie godziny odkrywania korzeni w gąszczu odrostów śliw i plątaninie orzechowych korzeni...

Prawie metr głębokości...Prawie dwa metry średnicy okręgu...
     I "Dzikus" stanął z "Dzikuską" na straży Wrzosowiska...

Malusi taki...Bezbronny...
     Przy kolejnej wizycie będziemy wiedzieć, czy zbierze swoje wątłe siły...

niedziela, 17 lipca 2016

Prace remontowo-budowlane w trakcie...

     Kolejny tydzień bytności na Wrzosowisku rozpoczęliśmy od zakupów budowlanych...Pan N. postanowił, że czasu przez kosę marnował nie będzie i skupi się na pracach melioracyjno-odwadniających...
Czyli ??
Zakładamy rynny do Orzeszka...
Teraz to nasz domek narzędziowy bardzo spoważnieje !!
I spoważniał...

Dla Notki ujęcie z solarkiem...;o)
     Przy okazji przybyła nam sterta piachu (na budowlane podsypki), sterta bloczków betonowych (dla utwardzenia części warsztatowej) i płytki chodnikowe, których urok tak nas opętał, że zostały zakupione, mimo, iż na liście zakupowej nie figurowały...
Czyli roboty nam nie braknie...
     To znaczy, roboty nie braknie Panu N., bo ja to się do robót budowlano-ziemnych nadaję średnio...Chociaż...
     I ja swój wkład budowlany mam...

 
     To jest ścieżka w ogródku z krążków drewnianych...Kawałek ścieżki...
Efekt będzie widoczny, kiedy krążki trochę się ułożą w piaseczku...
No i kiedy uda się dołożyć kolejny kawałek...
     Tak mnie ta ścieżka "natychnęła", że z rozpędu powstały dwa kwietniki z drabinkami, dla pnących panienek różyczek...

 
     Kilka starych deseczek...Trzy paliki...Kilka poprzeczek z wierzby...Sznurek do snopowiązałek...
I róże wyglądają całkiem inaczej...
     A że Muzy jak człowieka dopadną, to bez opamiętania, więc powstał jeszcze kwietniczek na maciejkę...

Byłam bardzo ciekawa jak mi to plecenie wikliny wyjdzie...
Wyszło nieźle...
Może w tym roku to się maciejka już w tym kwietniku nie rozpachnie, ale na przyszły rok będzie jak znalazł...;o)
     I znowu trochę nam Wrzosowisko wypiękniało...