Zostałam nawiedzona...Nie to, żeby mi się coś na mózgownicę cieniem położyło...Nawiedził mnie Ksiądz...
Pan N. po angielsku oddalił się na popołudniową zmianę, Dzieciaki już dawno z gniazda wyfrunęły, więc nawiedzenie miałam indywidualne...
Na dźwięk dzwonka poczłapałam do przedpokoju i otworzyłam drzwi...
Męskie towarzystwo chichotało radośnie...
No tak...
Nasz dzwonek, z reguły wywołuje chichoty...
Bywa, że Sąsiedzi dzwonią, żeby sobie humor poprawić...
Na progu stał nasz Wikary i dwóch Ministrantów...Jednego z nich znam od lat...
Zrobiło się jakoś swojsko, chociaż to premierowe "nawiedzenie" naszego Wikarego...
Wyglądał na smutnego, zmęczonego, a może na znudzonego ??
Krótka modlitwa..."Prysznic" z kropidła...
I coś, co z reguły bywa "przymusem bezpośrednim"...Rozmowa...
- Może się Ksiądz czegoś napije ?? Ciepłego, zimnego ?? - zapytałam, bo wyglądał rzeczywiście nietęgo...
- Chętnie...Może chociaż wody...- wymruczał nieśmiało...
Już miałam zapytać czy święconej, jak w tej reklamie, ale odpuściłam...
Nalałam po szklaneczce "Nesty" i siadłam na kanapie obok...
- Trudna taka pielgrzymka po obcych Ludziach ?? - zapytałam...
Przymrużone oczy Księdza jakby ożyły...
- Lekko nie jest...Wiele smutków...Bywa trudno...- wyliczał ośmielony...
- To można trochę odpocząć...- zaproponowałam...
Uśmiechnął się blado i zerknął do naszej "karty"...
- Oooo...To Wy z S. ?? - zapytał...
- Od urodzenia...- potwierdziłam...
- Ja z Zagórza !! Rodzice tam jeszcze mieszkają... - aż głos podniósł o ton...
Roześmiałam się na to wyznanie...
- Przedtem byłem Wikarym w Jerz... - oświadczył znacznie bardziej energicznie...
- W Jerz...?? Ja tam pracowałam przez dziesięć lat !! - przyznałam...
Tematy jakoś same się poukładały...
O Katedrze w S. ...O pięknych krajobrazach w Jerz... I specyficznej Społeczności...O dziwnych kolejach losu...
- Gdzie wchodzę tam smutek...- wyznał Wikary w pewnym momencie...- Dzieci powyjeżdżały...Życia jakoś poukładać sobie nie mogą...Rodzice samotni...
- Nasze mieszkają w Krakusowie...Powodzi Im się nieźle...Wnuka mamy wspaniałego...- pocieszałam znękane serducho Księdza...
- A tu jak Wam się żyje ??- zapytał...
- Ksiądz za młody jest...Ale proszę zapytać Rodziców jak Im się żyje na Zagórzu...Osiedle dla Zaścianka, to jak Zagórze dla S. - odpowiedziałam ze śmiechem...
Wikary zawtórował...
- Czyli bez skrzynki granatów wieczorem na spacer się nie wychodzi ?? - i chichotaliśmy oboje...
- Sporo nas łączy...- wyznał...
- Oprócz tego, że ja w spodniach, a Ksiądz w sukience...- "wypaliłam" jak z dwururki...
- Gender taki... - podłapał Wikary...
"Poklachaliśmy" jeszcze chwilę, jak na dwóch "Ziomali" przystało, i twarz Wikarego okryła się powagą...
- Muszę iść...- wyznał smutno...
- Jeszcze tylko siedem mieszkań !! - podtrzymywałam Go na duchu...
- I tej wersji będę się trzymał...- zadeklarował podnosząc się z fotela...
Kiedy przekraczał próg, odwrócił się jeszcze i zapytał...
- Mogę sobie zadzwonić ??
Na klatce schodowej rozległ się zbiorowy śmiech Ministrantów...
Nim zamknęłam drzwi, usłyszałam jeszcze ciche...
- Dziękuję...Za wszystko...
Orzesz...(ko)...
Czyżbyśmy znowu mieli "człowieczego" Wikarego ??
Dwa światy...
Bardzo Ważni Goście
sobota, 31 stycznia 2015
piątek, 30 stycznia 2015
czwartek, 29 stycznia 2015
W gordyjskim azylu...
Sto tysięcy wyświetleń...Pięknie...
I chociaż ten tekst mogłabym napisać w każdej chwili, bez względu na ten licznik, postanowiłam doczekać właśnie do niej...
Sto tysięcy...
Pisząc bloga na WP, taki wynik uzyskałam po jednym wpisie...
Dlatego przeniosłam się tutaj...
Taka jestem niedzisiejsza...
Ale, czy dusza powinna się "przelewać" publicznie, bez wpływu na to, do kogo owe "chlupoty" trafiają ??
Nie powinna...
Przynajmniej tak uważam...
Tutaj zagląda tylko ten, kto na prawdę ma na to ochotę...Czasem z nudów...Czasem, żeby się uśmiechnąć...A czasem tylko po to, żeby się przekonać czy jeszcze bazgrolę...
I nie ma znaczenia, czy jest Was kilkoro, - naścioro, czy - dziesięcioro...
Do każdego z Was wysyłam nieustannie uśmiech życzliwości, bo jesteście bardzo ważni...Tak ważni, jak każda z postawionych przeze mnie literek...
Po prostu, bez Was nie byłoby Gordyjki...
Czasem czytam w komentarzach, że powinnam moją bazgraninę wydać w jakimś opasłym tomisku...Czasem dostaję maila domagającego się wydania moich bazgrołów w książce...
Bardzo dziękuję Wam za tak niesamowite wyrazy uznania...
Ale, wybaczcie, nie widzę potrzeby tworzenia kolejnej "cegły", która zalegała by półki...
Aż tak wysoko moje ambicje nie sięgają...
A właściwie po co ??
Czy nie szkoda lasów na to, żeby ktoś mógł opisać to, kim jest ??
Przecież moje życie nie różni się niczym od Waszego...
Byłam dzieckiem, które przeżywało swoje wakacyjne przygody...Byłam "podfruwajką", która przeżywała swoje wzloty i upadki...Byłam mamą, dla której Dzieci przesłoniły cały Świat...
Przecież to nic nadzwyczajnego...
Potem brałam udział w "wyścigu szczurów", ale za ten wyścig medalu olimpijskiego nie przyznają...
Jestem sobie szarym, przeciętnym człowieczkiem...
Kiedy podsumowałam poprzedni rok, na kilku blogach pojawiło się odniesienie, do moich "szczęśliwych" wpisów...Uśmiechnęłam się wówczas...
Zrozumiałam, że mój "plan" się powiódł...
Zaglądacie do mnie, kiedy szukacie uśmiechu...
Większej radości nie mogliście mi sprawić...
Wiem, że nie zawsze aż tyle uśmiechu mogę Wam przynieść, że czasem moja duszyczka bulgocze żółcią, ale wybaczcie mi to...Proszę...
W życiu szarego człowieczka czasem trudno o uśmiech...
Razem ze mną przeczekujecie te cierpkie nastroje...
I licznik idzie w górę...
Niektórzy zaglądają codziennie, jak do gazety...Niektórzy otwierają stronę kiedy tego potrzebują...
Czy może być coś bardziej radosnego ??
Kiedy siadam do klawiatury, a w głowie powstaje kolejny wpis, wyobrażam sobie Wasze uśmiechy, albo łezki, które lśnią na rzęsach, albo jak z niecierpliwością przewijacie stronę, żeby przekonać się, że dzisiaj nic dla siebie nie znajdziecie...
To taka zaczarowana chwila...Jestem Wami...
Ale kiedy wrzucam tekst na bloga, ten wspominkowy, czasem głupkowaty, czasem żałosny, wiem, że to Wy za chwilę będziecie Gordyjką...
Dziewczyną, której duszyczka zawiązana jest w supełek...
Ta chwila też jest magiczna...
Dlatego dzisiaj, sobie i Wam, życzę wielu takich magicznych chwil...
Chwil, w których bez względu na płeć, wiek, odległość, czy jakiekolwiek inne różnice, spędzimy razem...
W gordyjskim azylu...
P.S. Skoro już jest "bazgracz" i są Czytacze, powinnam umieścić również jakieś dedykacje i podziękowania...
Moją bazgraninę dedykuję i podziękowania za codzienne podczytywanie, komentowanie (ustne) i mobilizowanie, ślę do Pana N., który ten azyl wynalazł, i robi strasznie pocieszną minkę, kiedy stwierdza: "a na Gordyjce nic nowego"... ♥♥♥
I chociaż ten tekst mogłabym napisać w każdej chwili, bez względu na ten licznik, postanowiłam doczekać właśnie do niej...
Sto tysięcy...
Pisząc bloga na WP, taki wynik uzyskałam po jednym wpisie...
Dlatego przeniosłam się tutaj...
Taka jestem niedzisiejsza...
Ale, czy dusza powinna się "przelewać" publicznie, bez wpływu na to, do kogo owe "chlupoty" trafiają ??
Nie powinna...
Przynajmniej tak uważam...
Tutaj zagląda tylko ten, kto na prawdę ma na to ochotę...Czasem z nudów...Czasem, żeby się uśmiechnąć...A czasem tylko po to, żeby się przekonać czy jeszcze bazgrolę...
I nie ma znaczenia, czy jest Was kilkoro, - naścioro, czy - dziesięcioro...
Do każdego z Was wysyłam nieustannie uśmiech życzliwości, bo jesteście bardzo ważni...Tak ważni, jak każda z postawionych przeze mnie literek...
Po prostu, bez Was nie byłoby Gordyjki...
Czasem czytam w komentarzach, że powinnam moją bazgraninę wydać w jakimś opasłym tomisku...Czasem dostaję maila domagającego się wydania moich bazgrołów w książce...
Bardzo dziękuję Wam za tak niesamowite wyrazy uznania...
Ale, wybaczcie, nie widzę potrzeby tworzenia kolejnej "cegły", która zalegała by półki...
Aż tak wysoko moje ambicje nie sięgają...
A właściwie po co ??
Czy nie szkoda lasów na to, żeby ktoś mógł opisać to, kim jest ??
Przecież moje życie nie różni się niczym od Waszego...
Byłam dzieckiem, które przeżywało swoje wakacyjne przygody...Byłam "podfruwajką", która przeżywała swoje wzloty i upadki...Byłam mamą, dla której Dzieci przesłoniły cały Świat...
Przecież to nic nadzwyczajnego...
Potem brałam udział w "wyścigu szczurów", ale za ten wyścig medalu olimpijskiego nie przyznają...
Jestem sobie szarym, przeciętnym człowieczkiem...
Kiedy podsumowałam poprzedni rok, na kilku blogach pojawiło się odniesienie, do moich "szczęśliwych" wpisów...Uśmiechnęłam się wówczas...
Zrozumiałam, że mój "plan" się powiódł...
Zaglądacie do mnie, kiedy szukacie uśmiechu...
Większej radości nie mogliście mi sprawić...
Wiem, że nie zawsze aż tyle uśmiechu mogę Wam przynieść, że czasem moja duszyczka bulgocze żółcią, ale wybaczcie mi to...Proszę...
W życiu szarego człowieczka czasem trudno o uśmiech...
Razem ze mną przeczekujecie te cierpkie nastroje...
I licznik idzie w górę...
Niektórzy zaglądają codziennie, jak do gazety...Niektórzy otwierają stronę kiedy tego potrzebują...
Czy może być coś bardziej radosnego ??
Kiedy siadam do klawiatury, a w głowie powstaje kolejny wpis, wyobrażam sobie Wasze uśmiechy, albo łezki, które lśnią na rzęsach, albo jak z niecierpliwością przewijacie stronę, żeby przekonać się, że dzisiaj nic dla siebie nie znajdziecie...
To taka zaczarowana chwila...Jestem Wami...
Ale kiedy wrzucam tekst na bloga, ten wspominkowy, czasem głupkowaty, czasem żałosny, wiem, że to Wy za chwilę będziecie Gordyjką...
Dziewczyną, której duszyczka zawiązana jest w supełek...
Ta chwila też jest magiczna...
Dlatego dzisiaj, sobie i Wam, życzę wielu takich magicznych chwil...
Chwil, w których bez względu na płeć, wiek, odległość, czy jakiekolwiek inne różnice, spędzimy razem...
W gordyjskim azylu...
P.S. Skoro już jest "bazgracz" i są Czytacze, powinnam umieścić również jakieś dedykacje i podziękowania...
Moją bazgraninę dedykuję i podziękowania za codzienne podczytywanie, komentowanie (ustne) i mobilizowanie, ślę do Pana N., który ten azyl wynalazł, i robi strasznie pocieszną minkę, kiedy stwierdza: "a na Gordyjce nic nowego"... ♥♥♥
środa, 28 stycznia 2015
Niespodziewane...
(z dedykacją dla "Frankowiczów")
Niepowetowana strata,
gdy za kredyt
przyjdzie spłata...
wtorek, 27 stycznia 2015
Nudziarskie wspominki...
Tematyka pasuje, zima sprzyja, więc sięgam ponownie do tekstu, który już kiedyś na blogu zagościł...
Chociaż narodził się całkiem gdzie indziej...
Jak wiecie, czasem rymowanki całkiem pochłaniają gordyjską duszyczkę i tematykę, która pod rymy wcale nie podchodzi, bazgrzę zawzięcie...
Skąd się to wzięło ??
Ano...
Z domu moich Bieszczadzkich Dziadków...
Tam, kiedy pogoda nie sprzyjała, a znudzona Rodzinka zbierała się w kuchni, rzucał ktoś rymowankę i potem już potok wartko płynął...
Musiało być z sensem i z rymem...Choćby "częstochowskim"...
Jako Dzięcielina, nie mogłam się owych wieczorów magicznych doczekać...Jako Podfruwajka brałam w nich czynny udział...
I tak, rymcioklepki zaczęły mnie pochłaniać...
Żywioł odżył, kiedy na jednym z czatów weszłam nieopatrznie do "pokoju" założonego przez Dagusię...
Podstawową zasadą owego przybytku było, pisanie rymem...
Tematyka była dowolna...Towarzystwo mieszane bardzo...Ale rym sączyć się musiał wartko..
Dagusia w tych rymowankach prym wiodła...
Ale zdarzały się i tam wieczory dziwne...
Tekst zachował mi się jeden, więc "nudnych" powtórek nie będzie...
Rymowanka pisana jest przez dwie niezależne osoby, płci przeciwnej, wieku i miejsca pobytu nieznanego...
Hmmm...
Właściwie przez trzy Osoby...
szelest_szadzi: szelest i skrzypienie to dźwięk zimy mroźnej, dla niektórych bardzo groźnej,
Lav_Inka: szmer prawie...gdy drobne kropelki czynią w człowieku zachwyt nazbyt wielki...
szelest_szadzi: zamrożone igiełki spadające i swym dźwiękiem nie tylko uszy kojące,
Lav_Inka: jak dzwoneczki srebrnej pani zimy...my w zachwycie tylko się dziwimy...
szelest_szadzi: mróz nie tylko szczypie twarze, ale i piękne kwiaty maże,
Lav_Inka: pędzlem w srebrzystej farbie zamoczonym, delikatnym, ulotnym i natchnionym...
szelest_szadzi: choć nie lubią tego ludzie, można zakochać się w mroźnej ułudzie,
Lav_Inka: można nie lubić, złorzeczyć, marudzić, lecz urok blasku słonecznej poświaty, daje nam obraz przepiękny, bogaty...
szelest_szadzi: i srebrzyste gwiazdki się w słońcu mienią, nie jedno serce swym widokiem rozpromienią, chrapy konia buchające parą, wspaniałą sannę zapowiadają,
Lav_Inka: serce przepełnione radością dla istnienia, w oku łza błyszczy, twarz się rozpromienia..., kulig, dzwoneczki, pęd wiatru na twarzy, to wszystko co może się marzyć...
szelest_szadzi: wśród drzew strojnych w czapy białe też są wspaniałe,
Lav_Inka: ścieżka wąska, głęboko wyryta w śnieżnej otulinie, gdzie człowiek samotny w bieli korytarza ginie...
szelest_szadzi: pęd koni, wiatru powiew na twarzy, nie jedno liczko rozpromieni, i serduszko nie jedno odmieni,
Lav_Inka: miłość zimą...no cóż, i tak bywa, niech będzie zimowa, byleby szczęśliwa...
szelest_szadzi: białość brudy okrywa i niewinności światu nadaje, ruszajmy więc naprzód w te zimowe raje,
Lav_Inka: niech biel nas otoczy, niech ukoi oczy, niech serca rozgrzeje, niechaj da nadzieję...
szelest_szadzi: w zachwycie zimowym jest coś mistycznego, dziwnie serce kojącego,
Lav_Inka: spokój, i cisza, serca ukojenie, dźwięk dzwonków, a kiedyś wspomnienie...
szelest_szadzi: wieczorna cisza w mrozie, prawie że dudniąca, jest zawsze zmysły kojąca, księżyc zaś temu uroku nadaje i oświetla białe gaje,
Lav_Inka: dalekie blaski świateł, gdzieś na horyzoncie, dalekie, choć przyzywające...
szelest_szadzi: czarne deski nieba, światełka z innego świata przepuszczają, nam radości dodają,
Lav_Inka: wokół skrzy się i świeci, i drga blasków kaskada, serce cieszy, i dusza mu rada...chata stara, choć strzechą kryta, utrudzonych wędrowców przywita...
szelest_szadzi: zaś mróz sypie łzami srebrnymi na cienkie włosie brzozowe, na gałązki osikowe,
Lav_Inka: niech odsuną swe gałązki szadzią osypane, niech wędrowiec bezpiecznie na spoczynek stanie...
szelest_szadzi: i w cichym zachwycie odpocznie należycie,
Lav_Inka: niech rozpali ogień...trzeszczą suche szczapy, niech ogrzeje dłonie, rozprostuje gnaty...
szelest_szadzi: sople skrzą się na mym dachu w rtęciowej poświacie,
Lav_Inka: spójrzcie uważniej trochę...czy je podziwiacie ??
szelest_szadzi: suche szczapy w kominku figlarnie pękają, gdy je języczki ognia omiatają, i nam radość sprawiają,
Lav_Inka: ciepło leniwie wypełza nam z pieca, głaszcze twarze przez mróz wyszczypane, gasną blaski gwiaździsto-śnieżane...
szelest_szadzi: chyba wszyscy je podziwiają, tylko nie ujawniają, i siedzą cicho oniemiali, zamiast przyłączyć się do rozmowy na tej sali,
Lav_Inka: każdy marzy, z wypiekami na twarzy, i co się stanie, kiedy ogień tlić się przestanie...
szelest_szadzi: i figlarne płomyki sprawią, że będziemy zachowywać się jak smyki ?
Lav_Inka: nie płomyki, to zima, to ona jest winna wszystkiemu, i zimnemu, i gorącemu...
berberys: ja w kwestii formalnej, gdy tlić się przestanie do jasnej cholery, odkręćcie sobie...kaloryfery !!
P.S. Przesyłając serdeczne pozdrowienia dla czytających mnie "Nudziarzy", ten tekst dedykuję Dagusi...Jako zadośćuczynienie za uśmiercenie Tuptusia...Wybacz !! ;o)
Chociaż narodził się całkiem gdzie indziej...
Jak wiecie, czasem rymowanki całkiem pochłaniają gordyjską duszyczkę i tematykę, która pod rymy wcale nie podchodzi, bazgrzę zawzięcie...
Skąd się to wzięło ??
Ano...
Z domu moich Bieszczadzkich Dziadków...
Tam, kiedy pogoda nie sprzyjała, a znudzona Rodzinka zbierała się w kuchni, rzucał ktoś rymowankę i potem już potok wartko płynął...
Musiało być z sensem i z rymem...Choćby "częstochowskim"...
Jako Dzięcielina, nie mogłam się owych wieczorów magicznych doczekać...Jako Podfruwajka brałam w nich czynny udział...
I tak, rymcioklepki zaczęły mnie pochłaniać...
Żywioł odżył, kiedy na jednym z czatów weszłam nieopatrznie do "pokoju" założonego przez Dagusię...
Podstawową zasadą owego przybytku było, pisanie rymem...
Tematyka była dowolna...Towarzystwo mieszane bardzo...Ale rym sączyć się musiał wartko..
Dagusia w tych rymowankach prym wiodła...
Ale zdarzały się i tam wieczory dziwne...
Tekst zachował mi się jeden, więc "nudnych" powtórek nie będzie...
Rymowanka pisana jest przez dwie niezależne osoby, płci przeciwnej, wieku i miejsca pobytu nieznanego...
Hmmm...
Właściwie przez trzy Osoby...
szelest_szadzi: szelest i skrzypienie to dźwięk zimy mroźnej, dla niektórych bardzo groźnej,
Lav_Inka: szmer prawie...gdy drobne kropelki czynią w człowieku zachwyt nazbyt wielki...
szelest_szadzi: zamrożone igiełki spadające i swym dźwiękiem nie tylko uszy kojące,
Lav_Inka: jak dzwoneczki srebrnej pani zimy...my w zachwycie tylko się dziwimy...
szelest_szadzi: mróz nie tylko szczypie twarze, ale i piękne kwiaty maże,
Lav_Inka: pędzlem w srebrzystej farbie zamoczonym, delikatnym, ulotnym i natchnionym...
szelest_szadzi: choć nie lubią tego ludzie, można zakochać się w mroźnej ułudzie,
Lav_Inka: można nie lubić, złorzeczyć, marudzić, lecz urok blasku słonecznej poświaty, daje nam obraz przepiękny, bogaty...
szelest_szadzi: i srebrzyste gwiazdki się w słońcu mienią, nie jedno serce swym widokiem rozpromienią, chrapy konia buchające parą, wspaniałą sannę zapowiadają,
Lav_Inka: serce przepełnione radością dla istnienia, w oku łza błyszczy, twarz się rozpromienia..., kulig, dzwoneczki, pęd wiatru na twarzy, to wszystko co może się marzyć...
szelest_szadzi: wśród drzew strojnych w czapy białe też są wspaniałe,
Lav_Inka: ścieżka wąska, głęboko wyryta w śnieżnej otulinie, gdzie człowiek samotny w bieli korytarza ginie...
szelest_szadzi: pęd koni, wiatru powiew na twarzy, nie jedno liczko rozpromieni, i serduszko nie jedno odmieni,
Lav_Inka: miłość zimą...no cóż, i tak bywa, niech będzie zimowa, byleby szczęśliwa...
szelest_szadzi: białość brudy okrywa i niewinności światu nadaje, ruszajmy więc naprzód w te zimowe raje,
Lav_Inka: niech biel nas otoczy, niech ukoi oczy, niech serca rozgrzeje, niechaj da nadzieję...
szelest_szadzi: w zachwycie zimowym jest coś mistycznego, dziwnie serce kojącego,
Lav_Inka: spokój, i cisza, serca ukojenie, dźwięk dzwonków, a kiedyś wspomnienie...
szelest_szadzi: wieczorna cisza w mrozie, prawie że dudniąca, jest zawsze zmysły kojąca, księżyc zaś temu uroku nadaje i oświetla białe gaje,
Lav_Inka: dalekie blaski świateł, gdzieś na horyzoncie, dalekie, choć przyzywające...
szelest_szadzi: czarne deski nieba, światełka z innego świata przepuszczają, nam radości dodają,
Lav_Inka: wokół skrzy się i świeci, i drga blasków kaskada, serce cieszy, i dusza mu rada...chata stara, choć strzechą kryta, utrudzonych wędrowców przywita...
szelest_szadzi: zaś mróz sypie łzami srebrnymi na cienkie włosie brzozowe, na gałązki osikowe,
Lav_Inka: niech odsuną swe gałązki szadzią osypane, niech wędrowiec bezpiecznie na spoczynek stanie...
szelest_szadzi: i w cichym zachwycie odpocznie należycie,
Lav_Inka: niech rozpali ogień...trzeszczą suche szczapy, niech ogrzeje dłonie, rozprostuje gnaty...
szelest_szadzi: sople skrzą się na mym dachu w rtęciowej poświacie,
Lav_Inka: spójrzcie uważniej trochę...czy je podziwiacie ??
szelest_szadzi: suche szczapy w kominku figlarnie pękają, gdy je języczki ognia omiatają, i nam radość sprawiają,
Lav_Inka: ciepło leniwie wypełza nam z pieca, głaszcze twarze przez mróz wyszczypane, gasną blaski gwiaździsto-śnieżane...
szelest_szadzi: chyba wszyscy je podziwiają, tylko nie ujawniają, i siedzą cicho oniemiali, zamiast przyłączyć się do rozmowy na tej sali,
Lav_Inka: każdy marzy, z wypiekami na twarzy, i co się stanie, kiedy ogień tlić się przestanie...
szelest_szadzi: i figlarne płomyki sprawią, że będziemy zachowywać się jak smyki ?
Lav_Inka: nie płomyki, to zima, to ona jest winna wszystkiemu, i zimnemu, i gorącemu...
berberys: ja w kwestii formalnej, gdy tlić się przestanie do jasnej cholery, odkręćcie sobie...kaloryfery !!
P.S. Przesyłając serdeczne pozdrowienia dla czytających mnie "Nudziarzy", ten tekst dedykuję Dagusi...Jako zadośćuczynienie za uśmiercenie Tuptusia...Wybacz !! ;o)
niedziela, 25 stycznia 2015
Zostałam Westalką...
Każdy wie, że to Kobiety dbają o tak zwane ognisko domowe...Że to Ich właśnie rolą jest, dbanie o rodzinne ciepło...Że to One głównie, sterczą przy kuchenkach, aby Ich Stada napełniły brzuszki ciepłą strawą...
Czyli ??
Wieki mijają, zmienia się Świat, zmieniają się technologie, zmieniają się wyznania, a Kobiety, niczym w starożytnym Rzymie, w dalszym ciągu, jakby awansem, pozostają Westalkami...
No cóż...
Bogini Westa jest bardzo wymagająca...
Dobrze, że przynajmniej tej cnoty do czterdziestki zachowywać nie trzeba...No i z tymi przewiewnymi, białymi szatkami trudno by było wytrzymać w naszym klimacie...
Ale, że dbałość o ognisko domowe jest naszym zadaniem, to fakt...
Dlaczego akurat Westalki mi się wspomniały ??
Podobno niezbadane są ścieżki gordyjskich bajdurzeń...
Tym razem jednak, mam podparcie w praktyce...
Pan N., wiedziony jakimś niewyobrażalnym instynktem, zapytał mnie kilka dni temu...
- A może takie coś kupimy ??
Serducho zadrżało mi na widok przesłanego obrazka...
Echhh...
Ileż ja się nakombinowałam, żeby "ten" kawałek ściany udekorować wyraziście...
Wypisz, wymaluj, tylko takie rozwiązanie ciągle mi się na duszy kładło...
Tyle, że techniczny zmysł podpowiadał...
W M3 ??
Zapomnij !!
No to duszyczka łkała, a pamięć starała się zapomnieć...
Dokąd znowu nieopatrznie, na tą ścianę nie spojrzałam...
Orzesz...(ko)...
Chyba mnie ta ściana prześladować będzie do końca żywota...
Jakąś nadzieję realizacji ukrytego pragnienia, dawało zakupione w październiku Wrzosowisko, ale kilkuletni plan zagospodarowania nie pocieszał...
Toż Westalka powinna być dziewczęciem płochym, dziarskim i przynajmniej teoretycznie urodziwym...
Każdy dzień przemawiał na moją niekorzyść...
Co prawda "płochością" i "urodą" nigdy nie grzeszyłam...Ale dziarskości miałam zawsze nadmiar...
To może na Westalkę wystarczy ??
No to gapiłam się w ten obrazek z roziskrzonymi, niczym dwa domowe ognisko oczami...
Kilka dni później...Kilka maili później...I kilka rozmów telefonicznych później...
Ja rozpakowywałam pudła, a Pan N. dzierżył w dłoniach ukochaną swoją wiertareczkę...Nieodmiennie powtarzając, iż był to nasz najlepszy zakup w życiu...
Nie zaprzeczałam, bo wiertarka była rzeczywiście bardzo słusznym nabytkiem...Niezawodna jako wiertadełko i jako "młot"...
A że prace remontowe kochamy pasjami...
Po godzinie nasze oblicza rozpromieniały się żywym ogień...
Pan N. sięgnął po paliwo, a ja po zapalarkę...
Piromani...
Ogarnęła nas nieodparta żądza posiadania ognia...
Ogniska...
Kominka...
I ta właśnie westalska żądza spowodowała kolejną, domową rewolucję...
Mamy kominek !!
Mamy ogień...
Teraz jestem Westalką pełną gębą...:o)
Czyli ??
Wieki mijają, zmienia się Świat, zmieniają się technologie, zmieniają się wyznania, a Kobiety, niczym w starożytnym Rzymie, w dalszym ciągu, jakby awansem, pozostają Westalkami...
No cóż...
Bogini Westa jest bardzo wymagająca...
Dobrze, że przynajmniej tej cnoty do czterdziestki zachowywać nie trzeba...No i z tymi przewiewnymi, białymi szatkami trudno by było wytrzymać w naszym klimacie...
Ale, że dbałość o ognisko domowe jest naszym zadaniem, to fakt...
Dlaczego akurat Westalki mi się wspomniały ??
Podobno niezbadane są ścieżki gordyjskich bajdurzeń...
Tym razem jednak, mam podparcie w praktyce...
Pan N., wiedziony jakimś niewyobrażalnym instynktem, zapytał mnie kilka dni temu...
- A może takie coś kupimy ??
Serducho zadrżało mi na widok przesłanego obrazka...
Echhh...
Ileż ja się nakombinowałam, żeby "ten" kawałek ściany udekorować wyraziście...
Wypisz, wymaluj, tylko takie rozwiązanie ciągle mi się na duszy kładło...
Tyle, że techniczny zmysł podpowiadał...
W M3 ??
Zapomnij !!
No to duszyczka łkała, a pamięć starała się zapomnieć...
Dokąd znowu nieopatrznie, na tą ścianę nie spojrzałam...
Orzesz...(ko)...
Chyba mnie ta ściana prześladować będzie do końca żywota...
Jakąś nadzieję realizacji ukrytego pragnienia, dawało zakupione w październiku Wrzosowisko, ale kilkuletni plan zagospodarowania nie pocieszał...
Toż Westalka powinna być dziewczęciem płochym, dziarskim i przynajmniej teoretycznie urodziwym...
Każdy dzień przemawiał na moją niekorzyść...
Co prawda "płochością" i "urodą" nigdy nie grzeszyłam...Ale dziarskości miałam zawsze nadmiar...
To może na Westalkę wystarczy ??
No to gapiłam się w ten obrazek z roziskrzonymi, niczym dwa domowe ognisko oczami...
Kilka dni później...Kilka maili później...I kilka rozmów telefonicznych później...
Ja rozpakowywałam pudła, a Pan N. dzierżył w dłoniach ukochaną swoją wiertareczkę...Nieodmiennie powtarzając, iż był to nasz najlepszy zakup w życiu...
Nie zaprzeczałam, bo wiertarka była rzeczywiście bardzo słusznym nabytkiem...Niezawodna jako wiertadełko i jako "młot"...
A że prace remontowe kochamy pasjami...
Po godzinie nasze oblicza rozpromieniały się żywym ogień...
Pan N. sięgnął po paliwo, a ja po zapalarkę...
Piromani...
Ogarnęła nas nieodparta żądza posiadania ognia...
Ogniska...
Kominka...
I ta właśnie westalska żądza spowodowała kolejną, domową rewolucję...
Mamy kominek !!
Mamy ogień...
Teraz jestem Westalką pełną gębą...:o)
piątek, 23 stycznia 2015
Z pamiętnika chomika...Zakończenie...
Dzień zapowiadał się jak każdy inny do tej pory...Marcheweczka pachniała...Karuzelka czekała...Tylko jakoś tak cicho było...
Nochale powinny już sterczeć przy pawlaczu, a nie było nawet Gulinki...
Czyżbym coś przegapił ??
Zjadłem...Napiłem się...Umyłem się...Pokręciłem się w karuzeli...
Ale jakieś to wszystko było ciche i nijakie...
Może trzeba tych nochali poszukać ??
Zacząłem powoli przesuwać zabawki do ściany pawlacza...
Ależ to była robota !!
Nim konstrukcja została zbudowana, ze trzy razy przysnąłem w trocinach...
Wszędzie panowała cisza...
Obszedłem cały pokój...
Zajrzałem do przedpokoju...
Po nochalach ani śladu...
Czyżby mnie porzuciły ??
I co teraz ze mną będzie ??
Kto mi przyniesie świeżej marcheweczki ??
I wtedy sobie przypomniałem, że Mama nochal zawsze wynosi marcheweczkę z tego małego pokoju...
Powoli skradałem się przy ścianie...
Kto to wie, co czyha tam na mnie ??
Nic nie czyhało...
Ani nochali...Ani marcheweczki...
Ale pachniało ładnie...
Zacząłem obchód po nowym terytorium...Ciasno tam było...Zakamarkowato...
Zamierzałem właśnie zawrócić za szafkami, kiedy nagle usłyszałem straszliwy trzask i coś przygniotło mnie do podłogi...
Aż mi w oczach pociemniało...
Ałaaaa !!
Zabolało...
Bardzo...
Przez chwilę próbowałem się wydostać, ale moje łapeczki nie mogły wbić się w podłogę...Nie miałem siły się wyszarpnąć...Coś trzymało mnie za pupę...
Ałaaaa !!
Cisza...
Puść mnie !! - wrzeszczałem resztką sił do tego trzymacza...
Nie puszczał...
W oczach znowu mi pociemniało...
Zbudził mnie hałas w przedpokoju...
Nochale !! Moje nochale wracają !!
Tata nochal zaraz mnie oswobodzi...Mama nochal da marcheweczkę...Gulinka z Jarcysiem znowu będą do mnie przemawiać...
A ja pokręcę się w karuzelce...
- Nie ma Tuptusia !! - usłyszałem znajomy głos nochala Gulinki...
- Jak to nie ma ?? - pytał nochal Mama...- przecież pawlacz był zabezpieczony...
"Tu jestem !!" - wrzasnąłem...
"Tutaj"...
Ale nochale mnie chyba nie słyszały...
A jeśli wcale mnie nie znajdą...??
Znowu mi w oczach pociemniało...
- Jest !! - usłyszałem Mamę nochala... - stolnica go przytrzasnęła...
A potem powiedziała coś bardzo dziwnego...
- Oj głupiutki Tuptusiu...Coś ty narobił ?? - i wzięła mnie delikatnie w dłonie...W dłonie bez rękawic...
Coś mną wstrząsnęło...Jakiś dreszcz...Ból przeszył mnie na wylot...
"Ratuj !! Mamo nochalu..." - wyszeptałem...
Ale Mama nie słyszała...
Trzymała mnie w tych dłoniach i patrzyła na mnie bardzo smutnymi oczami...
"Może ją też coś boli" - pomyślałem...
- Mały, głupiutki Tuptusiu... - powtarzała Mama nochal... - swobody ci się zachciało...
To była swoboda ??
"Nie chcę swobody !! Nie chcę !! Ratuj mnie!!" - powtarzałem...
Ale Mama nochal tylko delikatnie głaskała mnie palcem między uszkami...
- Mamusiu...- usłyszałem głos nochala Gulinki...
- On umiera, Kochanie...Nic nie poradzę...Ma przetrącony kręgosłup...- mówiła Mama nochal...
"Umiera ?? Kto ??" - chciałem zapytać...
Ale wtedy poczułem coś mokrego, co spadło na mój pyszczek...Mokrego i słonego...
Coś znowu mną wstrząsnęło...Zabolało bardzo...
I zrobiło się cicho...I ciepło...I ciemno...
I już nic mnie nie bolało...
Umarłem...
Nochale powinny już sterczeć przy pawlaczu, a nie było nawet Gulinki...
Czyżbym coś przegapił ??
Zjadłem...Napiłem się...Umyłem się...Pokręciłem się w karuzeli...
Ale jakieś to wszystko było ciche i nijakie...
Może trzeba tych nochali poszukać ??
Zacząłem powoli przesuwać zabawki do ściany pawlacza...
Ależ to była robota !!
Nim konstrukcja została zbudowana, ze trzy razy przysnąłem w trocinach...
Wszędzie panowała cisza...
Obszedłem cały pokój...
Zajrzałem do przedpokoju...
Po nochalach ani śladu...
Czyżby mnie porzuciły ??
I co teraz ze mną będzie ??
Kto mi przyniesie świeżej marcheweczki ??
I wtedy sobie przypomniałem, że Mama nochal zawsze wynosi marcheweczkę z tego małego pokoju...
Powoli skradałem się przy ścianie...
Kto to wie, co czyha tam na mnie ??
Nic nie czyhało...
Ani nochali...Ani marcheweczki...
Ale pachniało ładnie...
Zacząłem obchód po nowym terytorium...Ciasno tam było...Zakamarkowato...
Zamierzałem właśnie zawrócić za szafkami, kiedy nagle usłyszałem straszliwy trzask i coś przygniotło mnie do podłogi...
Aż mi w oczach pociemniało...
Ałaaaa !!
Zabolało...
Bardzo...
Przez chwilę próbowałem się wydostać, ale moje łapeczki nie mogły wbić się w podłogę...Nie miałem siły się wyszarpnąć...Coś trzymało mnie za pupę...
Ałaaaa !!
Cisza...
Puść mnie !! - wrzeszczałem resztką sił do tego trzymacza...
Nie puszczał...
W oczach znowu mi pociemniało...
Zbudził mnie hałas w przedpokoju...
Nochale !! Moje nochale wracają !!
Tata nochal zaraz mnie oswobodzi...Mama nochal da marcheweczkę...Gulinka z Jarcysiem znowu będą do mnie przemawiać...
A ja pokręcę się w karuzelce...
- Nie ma Tuptusia !! - usłyszałem znajomy głos nochala Gulinki...
- Jak to nie ma ?? - pytał nochal Mama...- przecież pawlacz był zabezpieczony...
"Tu jestem !!" - wrzasnąłem...
"Tutaj"...
Ale nochale mnie chyba nie słyszały...
A jeśli wcale mnie nie znajdą...??
Znowu mi w oczach pociemniało...
- Jest !! - usłyszałem Mamę nochala... - stolnica go przytrzasnęła...
A potem powiedziała coś bardzo dziwnego...
- Oj głupiutki Tuptusiu...Coś ty narobił ?? - i wzięła mnie delikatnie w dłonie...W dłonie bez rękawic...
Coś mną wstrząsnęło...Jakiś dreszcz...Ból przeszył mnie na wylot...
"Ratuj !! Mamo nochalu..." - wyszeptałem...
Ale Mama nie słyszała...
Trzymała mnie w tych dłoniach i patrzyła na mnie bardzo smutnymi oczami...
"Może ją też coś boli" - pomyślałem...
- Mały, głupiutki Tuptusiu... - powtarzała Mama nochal... - swobody ci się zachciało...
To była swoboda ??
"Nie chcę swobody !! Nie chcę !! Ratuj mnie!!" - powtarzałem...
Ale Mama nochal tylko delikatnie głaskała mnie palcem między uszkami...
- Mamusiu...- usłyszałem głos nochala Gulinki...
- On umiera, Kochanie...Nic nie poradzę...Ma przetrącony kręgosłup...- mówiła Mama nochal...
"Umiera ?? Kto ??" - chciałem zapytać...
Ale wtedy poczułem coś mokrego, co spadło na mój pyszczek...Mokrego i słonego...
Coś znowu mną wstrząsnęło...Zabolało bardzo...
I zrobiło się cicho...I ciepło...I ciemno...
I już nic mnie nie bolało...
Umarłem...
Subskrybuj:
Posty (Atom)

