Nie wiem jak to jest w innych rejonach Kraju...Nie mam też pojęcia jak liczne to "zjawisko"...
Wiem jedno...
W Zaścianku widać Ich na każdym kroku i z każdym "sezonem" jest Ich więcej...
Emigranci na luzie...
Fala emigracji, przynajmniej ta główna, podobno się skończyła...Przynajmniej takie są pobożne życzenia naszych Polityków...
Ale czy ktoś analizuje co dalej dzieje się w owymi Emigrantami ?? Jak wielu zamierza związać swą przyszłość z innymi Krajami ?? Jak wielu zamierza powrócić do Kraju z ciężko zarobionymi pieniędzmi ?? A ilu jest właśnie tych Emigrantów "na luzie"...??
Nie wydaje mi się...
Z Zaścianka wyjechały tłumy...Co i rusz dochodzą do mnie informacje o kolejnym przymusowym wyjeździe...Brak pracy...Brak mieszkania...Brak perspektyw...
Kiedy więc pierwszy raz spotkałam się ze zjawiskiem Emigranta "na luzie" słuchałam Jego relacji z mieszanymi uczuciami...
Teraz są Ich dziesiątki, więc przestało to na mnie robić wrażenie...
Mają po 20-30 lat, różne wykształcenie, różną płeć (chociaż przeważają Mężczyźni) i z uśmiechem opowiadają, że swojej emigracji nie wiążą z niczym, niczego nie planują, niczego nie pragną...
Wyjeżdżają do pracy na kilka miesięcy, po czym wracają do Kraju i imprezują...Czasem kwartał...Czasem pół roku...W zależności od tego na ile wystarcza kasy...
Zapytani o perspektywy przyglądają mi się zdziwieni...
"Mieszkanie ?? Przecież mam u Rodziców...Żona ?? Hahahahah...Dzieci ?? Chyba Pani żartuje...A co to mi teraz źle ??"
Hmmm...
Fakt...
Nic nie muszą...No poza tym wyjazdem na kilka miesięcy...
Potem to już totalny luz...
O niczym nie marzą...Nic Ich nie interesuje...
Nawet podpisanie stałego kontraktu za granicą nie jest Ich zamiarem...
Wieczorami słychać ich biesiadne pienia...Nad ranem wracają do domów z gromkimi okrzykami...
Emigranci na "luzie"...Ludzie z niebytu...
Dwa światy...
Bardzo Ważni Goście
poniedziałek, 16 czerwca 2014
piątek, 13 czerwca 2014
MŚ 2014...No to się zaczęło...
- Mistrzostwa się zaczynają... - rzuciłam kilka dni temu do Pana N.
- Rzeczywiście !! Trzeba ten wzmacniacz zamówić... - odrzucił mi Pan N.
Fakt...Bez wzmacniacza z Mistrzostw będzie lipa...
Mieszkając na "winklu" mieliśmy pewien problem...
Nasza antena nijak nie chciała "trzymać" sygnału...
Tasiemcowatych telenowel nie oglądamy...Hity TVP już dawno przestały być hitami...Wiadomości czytamy głównie w necie, więc "prorządowe", lub "antyrządowe" przekazy znamy na bieżąco...
Czyli wzmacniacz nie był nam do szczęścia potrzebny...
Ale Mistrzostwa ??
Wczoraj Pan N. "ustrojstwo" podłączył i zasiadłam w pełnym skupieniu...
Ogromnie byłam ciekawa "otwarcia", bo przecież Brazylijczycy słyną z fantazji...
A tu zonk...
"Otwarcia" nie będzie...Przynajmniej w TVP...Bo się coś na łączach spaskudziło...
Przez prawie dwie godziny raczono Kibiców pogadanką "na temat"...
"Prawie", bo przecież przerwy reklamowe być musiały...
O czym szacowne Grono dyskutowało, nie wiem...
Po kwadransie się wyłączyłam...
Do przytomności sprowadził mnie obraz Pani Maryli Rodowicz i słowa Reportera...
- Pani mundialowy przebój do dzisiaj wszyscy Kibice śpiewają biesiadnie...
Orzesz...(ko)...
Przebój ??
Pewnie, gdyby nie fakt, iż TVP nadała owo dzieło, nigdy bym się nie domyśliła...
Widać mnie amnezja jakaś dopadła od ostatniej "biesiady"...
Nie wiem co Pan Reporter miał na myśli, ale według mnie, to owa pieśń do śpiewania biesiadnego wcale się nie nadaje, bo żaden organizm nie jest w stanie przyswoić tylu promili, żeby się z ową melodią zmierzyć...
Na trzeźwo tym bardziej...
Ale niech będzie...
Już wolę produkcję Pani Maryli, niż jakiegoś "celebryty", bo Ona przynajmniej robi przedstawienia, a "celebryci" serwują nam głównie "popisy"...
Po dwóch godzinach doczekałam się "pierwszego gwizdka"...
Dla tych co piłkę nożną kochają inaczej, nadmienię tylko, że w meczu otwarcia Brazylia grała z Chorwacją...
Od razu mi się żal Chorwatów zrobiło, bo do równej walki warunki mieli kiepskie...Widownia szalała, a brazylijscy Piłkarze płynęli na tej fali szaleństwa...
Fakt, że zachowali się gościnnie, bo od razu Chorwatom gola sprezentowali (samobója), ale potem to już było "kiepsiutko"...
Komu kibicowałam ??
Oczywiście, że Chorwatom !!
Miałam przynajmniej trzy powody...
1. Europejczycy.
2. Polacy spędzają tam wakacje.
3. Chorwaci są "biało-czerwoni".
Pierwsza połowa była fascynująca...Nawet na zegar nie było czasu zerkać, bo ciągle coś się działo...
Na takie mecze to ja mogę patrzeć...Nawet bez prasowania...Chociaż przyznać się muszę, że mam piękną stertkę przyszykowaną w koszyku, żeby mi się te Mistrzostwa całkiem nie zmarnowały...
Ale wracajmy na boisko...
Nowością tych Mistrzostw ma być stosowanie elektroniki (do rozstrzygania sytuacji trudnych) i pianki dyscyplinującej Piłkarzy w rzutach wolnych i przy budowaniu murów...
Pan Sędzia robi linię i nijak już przesunąć się nie da na bardziej strategiczną pozycję...
Wszystko to ma służyć "większej sprawiedliwości"...
Hmmm...
No i już w tym meczu jasnym się stało, że jak Sędzia zechce to żadna elektronika, a tym bardziej "pianka" sprawiedliwości nie gwarantuje...
Brazylia dostała "karnego"...
Widać Pan Sędzia doszedł do wniosku, że sobie sama z Chorwatami nie poradzi, a że ponoć w meczach otwarcia nigdy Gospodarze nie polegli, więc...
Kiedy było 28 minut do końca naszła mnie refleksja, że jeśli ktoś miał wątpliwości, dlaczego Nasi się nie zakwalifikowali, to po tym meczu powinien odnaleźć swój rozum...
Wyobrażacie sobie naszych "Kopaczy" biegających 90 minut w tempie ??
Moja wyobraźnia tak daleko nie sięga...
I wówczas właśnie...
Pstryk...
Czas zacytować Klasyka...
"Ciemność widzę...Widzę ciemność..."
Orzesz...(ko)... - wyrwało mi się...
Odczekałam minutę, żeby dać czas Panom z elektrowni, a potem ruszyłam w ów mrok...
Oczywiście najpierw do kompa, który zawodził piskliwym głosem UPS-a...Potem wlazłam w stertę papierów "do obróbki" zalegających podłogę...Potem walnęłam biodrem w deskę do prasowania, która w ramach Mistrzostw trwa na posterunku...Potem zaliczyłam worek na śmieci, naszykowany na wyrzucenia...Miotłę i szufelkę złapałam w locie...Wsadziłam rękę do garnka z wodą...I w końcu namierzyłam pudełeczko z zapałkami...
Chyba mi się ten mecz całkiem na szare komórki rzucił, bo przecież siedząc na kanapie miałam w zasięgu ręki zapalniczkę...
Echhh...
Odszukanie świecy to już był "pikuś", bo od lat trzymamy jedną w stałym miejscy...
No i miałam już te zapałki...
I wówczas właśnie usłyszałam...Trzask...Trzask...Trzask...
Drzwi wejściowe od klatki schodowej równomiernie trzaskały...
"Oho...Chłopaki lecą do Sąsiadów końcówkę zobaczyć..." - pomyślałam...
No do zmonitorowałam na balkonie, czy mają daleko...
To trzeba mieć farta...
Całe Osiedle świeci cudnym blaskiem, tylko nasze bloczydło tonie w ciemnościach...
Jak nic musieliśmy podpaść...
Wróciłam do mieszkania, odszukałam latarkę, której do montażu zasilacza potrzebował Pan N., więc mogła być wszędzie, i ze skwaszoną miną poszłam do sypialki...
Nie ma gorszego przekleństwa niż nie zobaczyć końcówki meczu...
Przynajmniej takiego meczu...
Wiedziałam, że Chorwaci szans prawie nie mieli, ale grali z zaangażowaniem i polotem...
Szkoda...
Kiedy już udało mi się zgromadzić wszystkie, niezbędne do snu dobra i umościłam się w pościeli...
Pstryk...
Mieszkanie się rozjarzyło, a z telewizorka popłynął ochrypnięty głos Komentatora...
No to poleciałam obejrzeć te kilka ostatnich sekund...
No i tą bramkę ostatnią...
Echhh...
Czyli jednak Gospodarze porażek w meczach otwarcia nie zaliczają...
- Rzeczywiście !! Trzeba ten wzmacniacz zamówić... - odrzucił mi Pan N.
Fakt...Bez wzmacniacza z Mistrzostw będzie lipa...
Mieszkając na "winklu" mieliśmy pewien problem...
Nasza antena nijak nie chciała "trzymać" sygnału...
Tasiemcowatych telenowel nie oglądamy...Hity TVP już dawno przestały być hitami...Wiadomości czytamy głównie w necie, więc "prorządowe", lub "antyrządowe" przekazy znamy na bieżąco...
Czyli wzmacniacz nie był nam do szczęścia potrzebny...
Ale Mistrzostwa ??
Wczoraj Pan N. "ustrojstwo" podłączył i zasiadłam w pełnym skupieniu...
Ogromnie byłam ciekawa "otwarcia", bo przecież Brazylijczycy słyną z fantazji...
A tu zonk...
"Otwarcia" nie będzie...Przynajmniej w TVP...Bo się coś na łączach spaskudziło...
Przez prawie dwie godziny raczono Kibiców pogadanką "na temat"...
"Prawie", bo przecież przerwy reklamowe być musiały...
O czym szacowne Grono dyskutowało, nie wiem...
Po kwadransie się wyłączyłam...
Do przytomności sprowadził mnie obraz Pani Maryli Rodowicz i słowa Reportera...
- Pani mundialowy przebój do dzisiaj wszyscy Kibice śpiewają biesiadnie...
Orzesz...(ko)...
Przebój ??
Pewnie, gdyby nie fakt, iż TVP nadała owo dzieło, nigdy bym się nie domyśliła...
Widać mnie amnezja jakaś dopadła od ostatniej "biesiady"...
Nie wiem co Pan Reporter miał na myśli, ale według mnie, to owa pieśń do śpiewania biesiadnego wcale się nie nadaje, bo żaden organizm nie jest w stanie przyswoić tylu promili, żeby się z ową melodią zmierzyć...
Na trzeźwo tym bardziej...
Ale niech będzie...
Już wolę produkcję Pani Maryli, niż jakiegoś "celebryty", bo Ona przynajmniej robi przedstawienia, a "celebryci" serwują nam głównie "popisy"...
Po dwóch godzinach doczekałam się "pierwszego gwizdka"...
Dla tych co piłkę nożną kochają inaczej, nadmienię tylko, że w meczu otwarcia Brazylia grała z Chorwacją...
Od razu mi się żal Chorwatów zrobiło, bo do równej walki warunki mieli kiepskie...Widownia szalała, a brazylijscy Piłkarze płynęli na tej fali szaleństwa...
Fakt, że zachowali się gościnnie, bo od razu Chorwatom gola sprezentowali (samobója), ale potem to już było "kiepsiutko"...
Komu kibicowałam ??
Oczywiście, że Chorwatom !!
Miałam przynajmniej trzy powody...
1. Europejczycy.
2. Polacy spędzają tam wakacje.
3. Chorwaci są "biało-czerwoni".
Pierwsza połowa była fascynująca...Nawet na zegar nie było czasu zerkać, bo ciągle coś się działo...
Na takie mecze to ja mogę patrzeć...Nawet bez prasowania...Chociaż przyznać się muszę, że mam piękną stertkę przyszykowaną w koszyku, żeby mi się te Mistrzostwa całkiem nie zmarnowały...
Ale wracajmy na boisko...
Nowością tych Mistrzostw ma być stosowanie elektroniki (do rozstrzygania sytuacji trudnych) i pianki dyscyplinującej Piłkarzy w rzutach wolnych i przy budowaniu murów...
Pan Sędzia robi linię i nijak już przesunąć się nie da na bardziej strategiczną pozycję...
Wszystko to ma służyć "większej sprawiedliwości"...
Hmmm...
No i już w tym meczu jasnym się stało, że jak Sędzia zechce to żadna elektronika, a tym bardziej "pianka" sprawiedliwości nie gwarantuje...
Brazylia dostała "karnego"...
Widać Pan Sędzia doszedł do wniosku, że sobie sama z Chorwatami nie poradzi, a że ponoć w meczach otwarcia nigdy Gospodarze nie polegli, więc...
Kiedy było 28 minut do końca naszła mnie refleksja, że jeśli ktoś miał wątpliwości, dlaczego Nasi się nie zakwalifikowali, to po tym meczu powinien odnaleźć swój rozum...
Wyobrażacie sobie naszych "Kopaczy" biegających 90 minut w tempie ??
Moja wyobraźnia tak daleko nie sięga...
I wówczas właśnie...
Pstryk...
Czas zacytować Klasyka...
"Ciemność widzę...Widzę ciemność..."
Orzesz...(ko)... - wyrwało mi się...
Odczekałam minutę, żeby dać czas Panom z elektrowni, a potem ruszyłam w ów mrok...
Oczywiście najpierw do kompa, który zawodził piskliwym głosem UPS-a...Potem wlazłam w stertę papierów "do obróbki" zalegających podłogę...Potem walnęłam biodrem w deskę do prasowania, która w ramach Mistrzostw trwa na posterunku...Potem zaliczyłam worek na śmieci, naszykowany na wyrzucenia...Miotłę i szufelkę złapałam w locie...Wsadziłam rękę do garnka z wodą...I w końcu namierzyłam pudełeczko z zapałkami...
Chyba mi się ten mecz całkiem na szare komórki rzucił, bo przecież siedząc na kanapie miałam w zasięgu ręki zapalniczkę...
Echhh...
Odszukanie świecy to już był "pikuś", bo od lat trzymamy jedną w stałym miejscy...
No i miałam już te zapałki...
I wówczas właśnie usłyszałam...Trzask...Trzask...Trzask...
Drzwi wejściowe od klatki schodowej równomiernie trzaskały...
"Oho...Chłopaki lecą do Sąsiadów końcówkę zobaczyć..." - pomyślałam...
No do zmonitorowałam na balkonie, czy mają daleko...
To trzeba mieć farta...
Całe Osiedle świeci cudnym blaskiem, tylko nasze bloczydło tonie w ciemnościach...
Jak nic musieliśmy podpaść...
Wróciłam do mieszkania, odszukałam latarkę, której do montażu zasilacza potrzebował Pan N., więc mogła być wszędzie, i ze skwaszoną miną poszłam do sypialki...
Nie ma gorszego przekleństwa niż nie zobaczyć końcówki meczu...
Przynajmniej takiego meczu...
Wiedziałam, że Chorwaci szans prawie nie mieli, ale grali z zaangażowaniem i polotem...
Szkoda...
Kiedy już udało mi się zgromadzić wszystkie, niezbędne do snu dobra i umościłam się w pościeli...
Pstryk...
Mieszkanie się rozjarzyło, a z telewizorka popłynął ochrypnięty głos Komentatora...
No to poleciałam obejrzeć te kilka ostatnich sekund...
No i tą bramkę ostatnią...
Echhh...
Czyli jednak Gospodarze porażek w meczach otwarcia nie zaliczają...
czwartek, 12 czerwca 2014
Marchewkowego Święta część II...
Wśród klimatycznych uliczek Leuk odnaleźliśmy w końcu zaułek, do którego kierowali się wszyscy...To tutaj małe rączki ciągnęły swoich Opiekunów...To tutaj właśnie panował największy gwar...
Po wymianie standardowych grzeczności z pewnym Skrzatem i my wkroczyliśmy do Zaułka Stonogi...
Z każdym krokiem mój podziw dla Twórców "stonogi" wzrastał...
Ileż oczek ?? Ile półsłupków ?? Ile słupków ??
Ile starań, żeby wywołać dziecięcy uśmiech ??
Nie sposób tego wyliczyć...
Ale to, że się opłaciło, widziałam na własne oczy...
Uśmiechów były tysiące, i to nie tylko dziecięcych...
Ale nie tylko stonoga królowała w zaułku...
Był tajemniczy biały króliczek...
Było magiczne drzewo...
Był ogromny Dinuś...
I w końcu znaleźliśmy Znajomego !!
Krecik-Spadochroniarz zamierzał chyba zostać nielegalnym Imigrantem...
Zrobiło się jakoś tak "podomowo"...;o)
A potem "stonoga" się skończył...
Hmmm...
Chyba coś żeśmy przegapili...
A może ta stonoga przyjechała koleją i nie zdążyła jeszcze całkiem wysiąść ??
W każdym razie był to bardzo malowniczy dzień...
Po wymianie standardowych grzeczności z pewnym Skrzatem i my wkroczyliśmy do Zaułka Stonogi...
Z każdym krokiem mój podziw dla Twórców "stonogi" wzrastał...
Ileż oczek ?? Ile półsłupków ?? Ile słupków ??
Ile starań, żeby wywołać dziecięcy uśmiech ??
Nie sposób tego wyliczyć...
Ale to, że się opłaciło, widziałam na własne oczy...
Uśmiechów były tysiące, i to nie tylko dziecięcych...
Ale nie tylko stonoga królowała w zaułku...
Był tajemniczy biały króliczek...
Było magiczne drzewo...
Był ogromny Dinuś...
I w końcu znaleźliśmy Znajomego !!
Krecik-Spadochroniarz zamierzał chyba zostać nielegalnym Imigrantem...
Zrobiło się jakoś tak "podomowo"...;o)
A potem "stonoga" się skończył...
Hmmm...
Chyba coś żeśmy przegapili...
A może ta stonoga przyjechała koleją i nie zdążyła jeszcze całkiem wysiąść ??
W każdym razie był to bardzo malowniczy dzień...
wtorek, 10 czerwca 2014
Miała być stonoga, wyszły kozy "na opak"...
Dzisiaj nie będzie stonogi...
Nie będzie i już...
Zauważyłam, że czym częściej wracam wspomnieniami do naszego urlopku, tym trudniej znoszę polską rzeczywistość...
W związku z tym stonoga dostała kosza...
Ot co...
I chociaż ogromnie się starałam znaleźć jakiś przyzwoity temacik z rodzimego "Ogródka", to koncepcja owa poległa z kretesem...
No bo o czym pisać, żeby nie popaść w depresję ??
O Politykach, którzy co innego mówią, a co innego robią ?? O jakimś szalonym Kierowcy z Warszawy, którego wyskoki komentuje nawet Pan Premier ?? O Mistrzostwach Świata, które są dla nas jakimś egzotycznym wydarzeniem ?? A może o tym, że kilka tysięcy Nauczycieli straci pracę, bo nikt nie przewidział konsekwencji niżu demograficznego ??
Nie ma mowy...
Taka tematyka grozi zbiorowym obłędem...
W takim zestawieniu obłęd jednostki się nie liczy...
Z resztą...Nawet Dagusia twierdzi, że jestem szaloną, więc jakoś przeboleję...
Wracamy do Szwajcarii...
A że na wstępie zaznaczyłam, iż stonogi nie będzie...
Wracaliśmy z naszej pierwszej niespodziewanej wyprawy, tej która miała trwać chwilkę i zaowocować odkryciem wiszącego mostu...
Jak wiecie, wyprawa jakoś tak nam się dziwnie przeciągnęła, ale cel został osiągnięty...
Naładowani pozytywną energią i kanapkami z żółtym serem, wracaliśmy do Ośrodka, kiedy do naszych uszu doleciał dziwny dźwięk dzwoneczków...
- Zwierz jakiś... - oświadczył Pan N. i zaczęliśmy uważnie zaglądać w okoliczne zarośla...
- Ło Matko i Córko...- wyrwało mi się... - Ale żeście się Matce Naturze udały... - i zamarłam w pozie "na fotografa", czyli z komórką w ręku...
- Jakieś takie na opak są...- wymruczał Pierworodny...
- Rób zdjęcia !! Bo mi Rodzice nigdy nie uwierzą !! - dopominała się Synowa, której Rodzice są najprawdziwszymi Rolnikami...
Cóż nas tak zadziwiło ??
Hmmmm...
One...
Czarno-białe kozy...I to czarno-białe na odwrót...
Nijak nie mogłam zrozumieć co Matka Natura miała na myśli barwiąc je właśnie w taki sposób...
Czarne zady jeszcze bym zrozumiała, ale czarne łby ??
Dopiero po powrocie dowiedziałam się, iż jest to rasa "Chevre a col noir du Valais", czyli "walliserska koza czarnoszyja", która w zależności od rejonu w którym występuje taką ma nazwę, ale najważniejszy w tej nazwie jest "Valais"...
To Region, z którego pochodzi i w którym została wyhodowana...
Przy okazji, dowiedziałam się również, że to właśnie w Szwajcarii dokonano najstarszych w Europie wykopalisk świadczących o udamawianiu kóz...Datuje się je na 6500 lat...
I pomyśleć, że u nas koza to raczej symbol płochości i niezbyt dojrzałych zachowań...
Kozy z Valais nie wyglądają na płoche...
Chociaż młode całkiem zdyscyplinowane nie były, a i starszym zdarzały się wyskoki...
Nad wszystkim jednak czuwał "przywódca"...Nawet mnie zdyscyplinował kiedy podkarmiałam kózki soczystymi listeczkami...
A jak one pięknie dzwoniły !!
Echhh...
Chyba czas kończyć, bo mnie znowu dopada "szwajcarski" obłęd...
P.S. Dziękuję Właścicielom ZOO Safari w Borysewie, dzięki którym poznałam tajemnicę walliserskich kózek...;o)
Nie będzie i już...
Zauważyłam, że czym częściej wracam wspomnieniami do naszego urlopku, tym trudniej znoszę polską rzeczywistość...
W związku z tym stonoga dostała kosza...
Ot co...
I chociaż ogromnie się starałam znaleźć jakiś przyzwoity temacik z rodzimego "Ogródka", to koncepcja owa poległa z kretesem...
No bo o czym pisać, żeby nie popaść w depresję ??
O Politykach, którzy co innego mówią, a co innego robią ?? O jakimś szalonym Kierowcy z Warszawy, którego wyskoki komentuje nawet Pan Premier ?? O Mistrzostwach Świata, które są dla nas jakimś egzotycznym wydarzeniem ?? A może o tym, że kilka tysięcy Nauczycieli straci pracę, bo nikt nie przewidział konsekwencji niżu demograficznego ??
Nie ma mowy...
Taka tematyka grozi zbiorowym obłędem...
W takim zestawieniu obłęd jednostki się nie liczy...
Z resztą...Nawet Dagusia twierdzi, że jestem szaloną, więc jakoś przeboleję...
Wracamy do Szwajcarii...
A że na wstępie zaznaczyłam, iż stonogi nie będzie...
Wracaliśmy z naszej pierwszej niespodziewanej wyprawy, tej która miała trwać chwilkę i zaowocować odkryciem wiszącego mostu...
Jak wiecie, wyprawa jakoś tak nam się dziwnie przeciągnęła, ale cel został osiągnięty...
Naładowani pozytywną energią i kanapkami z żółtym serem, wracaliśmy do Ośrodka, kiedy do naszych uszu doleciał dziwny dźwięk dzwoneczków...
- Zwierz jakiś... - oświadczył Pan N. i zaczęliśmy uważnie zaglądać w okoliczne zarośla...
- Ło Matko i Córko...- wyrwało mi się... - Ale żeście się Matce Naturze udały... - i zamarłam w pozie "na fotografa", czyli z komórką w ręku...
- Jakieś takie na opak są...- wymruczał Pierworodny...
- Rób zdjęcia !! Bo mi Rodzice nigdy nie uwierzą !! - dopominała się Synowa, której Rodzice są najprawdziwszymi Rolnikami...
Cóż nas tak zadziwiło ??
Hmmmm...
One...
Czarno-białe kozy...I to czarno-białe na odwrót...
Nijak nie mogłam zrozumieć co Matka Natura miała na myśli barwiąc je właśnie w taki sposób...
Czarne zady jeszcze bym zrozumiała, ale czarne łby ??
Dopiero po powrocie dowiedziałam się, iż jest to rasa "Chevre a col noir du Valais", czyli "walliserska koza czarnoszyja", która w zależności od rejonu w którym występuje taką ma nazwę, ale najważniejszy w tej nazwie jest "Valais"...
To Region, z którego pochodzi i w którym została wyhodowana...
Przy okazji, dowiedziałam się również, że to właśnie w Szwajcarii dokonano najstarszych w Europie wykopalisk świadczących o udamawianiu kóz...Datuje się je na 6500 lat...
I pomyśleć, że u nas koza to raczej symbol płochości i niezbyt dojrzałych zachowań...
Kozy z Valais nie wyglądają na płoche...
Chociaż młode całkiem zdyscyplinowane nie były, a i starszym zdarzały się wyskoki...
Nad wszystkim jednak czuwał "przywódca"...Nawet mnie zdyscyplinował kiedy podkarmiałam kózki soczystymi listeczkami...
A jak one pięknie dzwoniły !!
Echhh...
Chyba czas kończyć, bo mnie znowu dopada "szwajcarski" obłęd...
P.S. Dziękuję Właścicielom ZOO Safari w Borysewie, dzięki którym poznałam tajemnicę walliserskich kózek...;o)
niedziela, 8 czerwca 2014
Święto w Leuk, czyli znowu mamy po dziesięć lat...
W 515 roku nazywano to miejsce Villa de Leuca, i mogę ręczyć słowem, że Przodkowie nie mieli pojęcia, jaką zmyślnością i dowcipem wykazywać się będą Ich Potomkowie...
Fakt, że jest Ich niewielu, bo około 3500 Dusz, z czego ponad dziesięć procent to Rezydenci, ale ewidentnie nadrabiają jakością...
Kiedy po raz pierwszy odwiedziliśmy miejscowość Leuk (niewątpliwie zagości Ona na moim "poletku" jeszcze nie raz), naszym oczom ukazał się widok niecodzienny i jednogłośnie zgłosiliśmy wielką ochotę na uczestnictwo w owej imprezie...
Mieć takiego farta i nie skorzystać ??
Niepodobna !!
Co roku w Leuk odbywa się niesamowite święto, które mobilizuje wszystkich Mieszkańców, a Turystów przyprawia o prawdziwy zawrót głowy...I to bez względu na wiek...
Miasteczko staje się bajkową Krainą, w której wszystko jest skierowane do Dzieci...
Od transportu...
Po toalety...
Po prostu nie wypadało mieć więcej niż dziesięć lat...
Zamknięto dla ruchu dwie główne uliczki Miasteczka, a miejsce poważnych przybytków zajęły miejsca niecodzienne...
W sklepie obuwniczym pilnie poszukiwano Kopciuszka i tłumy Kandydatek przymierzały zaczarowany trzewiczek...W sklepie kosmetycznym wykonywano na poczekaniu magiczne makijaże...W cukierence Dzieciaczki przygotowywały deserki, które potem pałaszowały z radością...
Każda sklepowa wystawa była tematycznie dopasowana do całości...
Dorośli usiłowali wtopić się w tło...
W pracowni malarskiej tworzono dzieła "wiekopojmne"...U okolicznych Rzeźbiarzy naszykowane były kawałki skał, małe młoteczki i małe dłutka...A Pani Plastyczka uczyła jak zrobić przesympatyczną myszkę z jakiś resztek...
W każdym zaułku było coś nowego...W każdej bramie było coś ciekawe...
U podnóży zabytkowego Kościoła osiedliły się Krasnoludki...
A że pora była wczesna, więc szykowały śniadanie...
I jakoś wcale nie zwracały uwagi, że tuż obok spoczywała...
Tak, tak...
Śnieżka niestety znowu ugryzła to przeklęte jabłko...
No cóż...Nawet w Leuk czary złej Macochy działają...
Wystraszeni złowrogim obliczem nie ośmieliliśmy się spróbować jabłek leżących w koszyku...
Ruszyliśmy za to śladem pewnej sympatycznej stonogi...
Ale to już będzie następnym razem...;o)
Fakt, że jest Ich niewielu, bo około 3500 Dusz, z czego ponad dziesięć procent to Rezydenci, ale ewidentnie nadrabiają jakością...
Kiedy po raz pierwszy odwiedziliśmy miejscowość Leuk (niewątpliwie zagości Ona na moim "poletku" jeszcze nie raz), naszym oczom ukazał się widok niecodzienny i jednogłośnie zgłosiliśmy wielką ochotę na uczestnictwo w owej imprezie...
Mieć takiego farta i nie skorzystać ??
Niepodobna !!
Co roku w Leuk odbywa się niesamowite święto, które mobilizuje wszystkich Mieszkańców, a Turystów przyprawia o prawdziwy zawrót głowy...I to bez względu na wiek...
Miasteczko staje się bajkową Krainą, w której wszystko jest skierowane do Dzieci...
Od transportu...
Po toalety...
Po prostu nie wypadało mieć więcej niż dziesięć lat...
Zamknięto dla ruchu dwie główne uliczki Miasteczka, a miejsce poważnych przybytków zajęły miejsca niecodzienne...
W sklepie obuwniczym pilnie poszukiwano Kopciuszka i tłumy Kandydatek przymierzały zaczarowany trzewiczek...W sklepie kosmetycznym wykonywano na poczekaniu magiczne makijaże...W cukierence Dzieciaczki przygotowywały deserki, które potem pałaszowały z radością...
Każda sklepowa wystawa była tematycznie dopasowana do całości...
Dorośli usiłowali wtopić się w tło...
W pracowni malarskiej tworzono dzieła "wiekopojmne"...U okolicznych Rzeźbiarzy naszykowane były kawałki skał, małe młoteczki i małe dłutka...A Pani Plastyczka uczyła jak zrobić przesympatyczną myszkę z jakiś resztek...
W każdym zaułku było coś nowego...W każdej bramie było coś ciekawe...
U podnóży zabytkowego Kościoła osiedliły się Krasnoludki...
A że pora była wczesna, więc szykowały śniadanie...
I jakoś wcale nie zwracały uwagi, że tuż obok spoczywała...
Tak, tak...
Śnieżka niestety znowu ugryzła to przeklęte jabłko...
No cóż...Nawet w Leuk czary złej Macochy działają...
Wystraszeni złowrogim obliczem nie ośmieliliśmy się spróbować jabłek leżących w koszyku...
Ruszyliśmy za to śladem pewnej sympatycznej stonogi...
Ale to już będzie następnym razem...;o)
czwartek, 5 czerwca 2014
Super gratyfikacja, czyli o pewnym artyście...
Dzień wstawał niespiesznie, więc i my powolutku budziliśmy się do życia...Kawa...Śniadanie...Przygotowania do wyprawy...
I nagle...
Mamy gościa !!
Gość zlustrował nas przez szybę i oczekiwał na jakieś dowody sympatii...
A my co ??
My oczywiście ruszyliśmy biegiem po komórki i aparaty fotograficzne...
"Echhh...Ludzie..."- prychnął nasz gość i zaprezentował się z drugiej strony...
Sympatyczny "sierściuch" wprawił nas w wyśmienite nastroje, a że na dodatek udało mi się wywalczyć stanowisko przy zmywaku ( walki toczyliśmy nieustannie, bo przez okienko przy zlewozmywaku był nieziemski wręcz widok), podśpiewywałam sobie radośnie...
"Trzynastego maja w piątek, urodziła pięć kociątek"...
Co prawda to akurat był wtorek, ale przecież Autor tekstu nie mógł wiedzieć lata temu, że będzie to jakimś dysonansem...
Nasz gość po kilku próbach wtargnięcia do środka odszedł w nieznane, więc i my ruszyliśmy przed siebie...
Naszym celem miała być zapora...
Zapora nie byle jaka...
Grande Dixence...
Najwyższa zapora na Świecie !!
285 m betonu na wysokości 2683m n.p.m.
To cudo hydro-architektury powstało w latach kiedy nasz Kraj z trudem dźwigał się z ruin (1950-1964)...
Do jeziora Lac des Dix spływają wody z 36 lodowców...
Nawet nie starałam się wyobrazić sobie tego kolosa...
No to ruszamy !!
Jest !!
Jest Tama !!
Jest i zamknięta droga...
Orzesz...(ko)...
Fakt, że warunki nie są najlepsze...Fakt, że po drodze mieliśmy spotkanie z pewną śnieżną chmurą...Fakt, że śnieg zalega już od linii drzew...
Ale żeby zamykać drogę jak my zapragnęliśmy zwiedzić Tamę ??
Świństwo !!
Pan N. nawet podejrzewał, że zrobili to specjalnie, jak tylko zobaczyli samochód na horyzoncie...
Pozostało nam podziwianie z poziomu...
Czując ogromny niedosyt wrażeń poczłapaliśmy szlakiem w kierunku jednej z grani...Przynajmniej poprzebywamy sobie w towarzystwie owego giganta...
I kiedy Rodzinka mi się rozpełzła po zboczu, a ja szłam z miną naburmuszonej nastolatki złorzecząc na złośliwość losu...
Zamarłam...
Mijana właśnie łąka ruszyła dzikim kłusem w stronę drzew...
Nooo...Właściwie to wcale nie łąka ruszyła...
Ruszyli mieszkańcy owej łąki...
Tak mnie zamurowało, że nawet nie pamiętam, iż z gardła mi się wyrwał donośny i podobno przeraźliwy okrzyk...
"Świstaki !! Panie Boże !! Świstaki !!!"
Były ich dziesiątki !!
Miałam wrażenie, że to cała łąka zafalowała i ruszyła biegiem...
Stałam jak zaczarowana...
Tyle lat...Tyle czekania...Tyle zaglądania do wszelakich otworków w ziemi...
Tak marzyłam, żeby kiedyś zobaczyć jednego, małego świstaczka...
Echhhh...
Przeczytałam o nich chyba wszystkie publikacje...
A one nawet nie przypuszczały, że są tak platonicznie kochane...
I wtedy się okazało, że nie jest to pełnia szczęścia, bo i wśród świstaków trafiają się jednostki nieprzeciętne, żeby nie powiedzieć "nadświstaki"...
Kiedy wszystkie czmychnęły kurcgalopkiem, jeden z nich postanowił przeprowadzić rekonesans i przyjrzeć się bliżej tym dziwnym stworom, które chodzą na dwóch nogach, pokrzykują radośnie i wywijają jakimiś pudełeczkami pomrukując przy tym z pasją...
"Nadświstak" najpierw udawał kawałek skały...
Potem wskoczył na głaz i ostentacyjnie wypiął na nas tą część z ogonkiem...
Po czym wbiegł do norki i monitorował sytuację z poziomu ziemi...
Jakiż on był pocieszny !!
Przekrzywiał łebek ciekawie, obserwując nas dokładnie...Chował się i wyglądał z norki, jakby bawił się z nami w chowanego...I przyznam szczerze, że miałam wrażenie jakby nawet pomrukiwał...
Świstak artysta !!
Byliśmy od niego ledwie dwa metry...
Prawie na wyciągnięcie ręki...
Rozejrzał się jeszcze raz i dał nura do norki...
Na migi porozumiewaliśmy się między sobą...Pan N. z Synową zostali przy pierwszym otworze...
Pierworodny wypatrzył drugi otwór...
A mnie nagle przypomniał się pewien artykuł...
"Świstaki z reguły zabezpieczają sobie drogę ucieczki z nory przygotowując co najmniej trzy otwory"...
Aha !!
I skupiona okrutnie ruszyłam na poszukiwanie trzeciego otworu...
Kiedy dotarłam na przeciwległą stronę głazy, nasz Artysta właśnie wychylał łebek...
Zmierzył mnie świstaczkowym spojrzeniem i wymruczał...
"A pójdziesz stąd babo przebrzydła"...
No to poszłam...
Ale już nie miałam żalu do Matki Natury, że przed nami Tamę ukryła...
W sumie nawet na Tamę nie spojrzałam...
Podskakiwałam radośnie i szeptałam...
"Tama stała tyle lat to pewnie jeszcze postoi, a taki świstak-artysta już mi się nie trafi"...;o)
I nagle...
Mamy gościa !!
Gość zlustrował nas przez szybę i oczekiwał na jakieś dowody sympatii...
A my co ??
My oczywiście ruszyliśmy biegiem po komórki i aparaty fotograficzne...
"Echhh...Ludzie..."- prychnął nasz gość i zaprezentował się z drugiej strony...
Sympatyczny "sierściuch" wprawił nas w wyśmienite nastroje, a że na dodatek udało mi się wywalczyć stanowisko przy zmywaku ( walki toczyliśmy nieustannie, bo przez okienko przy zlewozmywaku był nieziemski wręcz widok), podśpiewywałam sobie radośnie...
"Trzynastego maja w piątek, urodziła pięć kociątek"...
Co prawda to akurat był wtorek, ale przecież Autor tekstu nie mógł wiedzieć lata temu, że będzie to jakimś dysonansem...
Nasz gość po kilku próbach wtargnięcia do środka odszedł w nieznane, więc i my ruszyliśmy przed siebie...
Naszym celem miała być zapora...
Zapora nie byle jaka...
Grande Dixence...
Najwyższa zapora na Świecie !!
285 m betonu na wysokości 2683m n.p.m.
To cudo hydro-architektury powstało w latach kiedy nasz Kraj z trudem dźwigał się z ruin (1950-1964)...
Do jeziora Lac des Dix spływają wody z 36 lodowców...
Nawet nie starałam się wyobrazić sobie tego kolosa...
No to ruszamy !!
Jest !!
Jest Tama !!
Jest i zamknięta droga...
Orzesz...(ko)...
Fakt, że warunki nie są najlepsze...Fakt, że po drodze mieliśmy spotkanie z pewną śnieżną chmurą...Fakt, że śnieg zalega już od linii drzew...
Ale żeby zamykać drogę jak my zapragnęliśmy zwiedzić Tamę ??
Świństwo !!
Pan N. nawet podejrzewał, że zrobili to specjalnie, jak tylko zobaczyli samochód na horyzoncie...
Pozostało nam podziwianie z poziomu...
Czując ogromny niedosyt wrażeń poczłapaliśmy szlakiem w kierunku jednej z grani...Przynajmniej poprzebywamy sobie w towarzystwie owego giganta...
I kiedy Rodzinka mi się rozpełzła po zboczu, a ja szłam z miną naburmuszonej nastolatki złorzecząc na złośliwość losu...
Zamarłam...
Mijana właśnie łąka ruszyła dzikim kłusem w stronę drzew...
Nooo...Właściwie to wcale nie łąka ruszyła...
Ruszyli mieszkańcy owej łąki...
Tak mnie zamurowało, że nawet nie pamiętam, iż z gardła mi się wyrwał donośny i podobno przeraźliwy okrzyk...
"Świstaki !! Panie Boże !! Świstaki !!!"
Były ich dziesiątki !!
Miałam wrażenie, że to cała łąka zafalowała i ruszyła biegiem...
Stałam jak zaczarowana...
Tyle lat...Tyle czekania...Tyle zaglądania do wszelakich otworków w ziemi...
Tak marzyłam, żeby kiedyś zobaczyć jednego, małego świstaczka...
Echhhh...
Przeczytałam o nich chyba wszystkie publikacje...
A one nawet nie przypuszczały, że są tak platonicznie kochane...
Kiedy wszystkie czmychnęły kurcgalopkiem, jeden z nich postanowił przeprowadzić rekonesans i przyjrzeć się bliżej tym dziwnym stworom, które chodzą na dwóch nogach, pokrzykują radośnie i wywijają jakimiś pudełeczkami pomrukując przy tym z pasją...
"Nadświstak" najpierw udawał kawałek skały...
Potem wskoczył na głaz i ostentacyjnie wypiął na nas tą część z ogonkiem...
Po czym wbiegł do norki i monitorował sytuację z poziomu ziemi...
Jakiż on był pocieszny !!
Przekrzywiał łebek ciekawie, obserwując nas dokładnie...Chował się i wyglądał z norki, jakby bawił się z nami w chowanego...I przyznam szczerze, że miałam wrażenie jakby nawet pomrukiwał...
Świstak artysta !!
Byliśmy od niego ledwie dwa metry...
Prawie na wyciągnięcie ręki...
Rozejrzał się jeszcze raz i dał nura do norki...
Na migi porozumiewaliśmy się między sobą...Pan N. z Synową zostali przy pierwszym otworze...
Pierworodny wypatrzył drugi otwór...
A mnie nagle przypomniał się pewien artykuł...
"Świstaki z reguły zabezpieczają sobie drogę ucieczki z nory przygotowując co najmniej trzy otwory"...
Aha !!
I skupiona okrutnie ruszyłam na poszukiwanie trzeciego otworu...
Kiedy dotarłam na przeciwległą stronę głazy, nasz Artysta właśnie wychylał łebek...
Zmierzył mnie świstaczkowym spojrzeniem i wymruczał...
"A pójdziesz stąd babo przebrzydła"...
No to poszłam...
Ale już nie miałam żalu do Matki Natury, że przed nami Tamę ukryła...
W sumie nawet na Tamę nie spojrzałam...
Podskakiwałam radośnie i szeptałam...
"Tama stała tyle lat to pewnie jeszcze postoi, a taki świstak-artysta już mi się nie trafi"...;o)
poniedziałek, 2 czerwca 2014
Węzeł szwajcarski, czyli jak się "namieszało"...
Jest pewna Osoba, która nasze górskie wypady znosi bardzo źle, żeby nie powiedzieć, że ich nie znosi...
Kiedy w zeszłym roku obejrzała nasze zdjęcia z tatrzańskiej wędrówki, kategorycznie oświadczyła, że nigdy więcej nie chce wiedzieć o naszych wypadach...
Chyba, że dopiero po powrocie...
Bo Ona się denerwować za nas nie będzie...
Któż się taką troską wykazał ??
Dagusia !!
Oczywiście, że Dagusia...
Pomna złożonego przyrzeczenia miałam okrutny dylemat, czy skoro mam zachować w tajemnicy wyjazdy w Tatry, to Alp też to dotyczy ??
Hmmm...
Ale jeśli nie powiem, to jaka panika ogarnie Dagusię, kiedy przez kilka tygodni nie otrzyma żadnych śladów mojego żywota ??
Orzesz...(ko)...
Nijak było z tego wybrnąć...
No to powiedziałam...
Komentarz Dagusi nie nadaje się do publikacji...
Tym razem Dagusia domagała się informacji "w miarę możliwości"...
Kiedy więc po kilku dniach pobytu na szwajcarskiej ziemi, postanowiliśmy nasz pobyt przedłużyć, pierwszą Osobą, do której zamierzałam wysłać maila była Dagusia...
Połączenie internetowe było tak na zasadzie "jak wiatr zawieje", więc kiedy w czasie wysyłania poczty otrzymałam komunikat "usługa niemożliwa do realizacji" zachowałam stoicki spokój...
Wieczorem udało mi się wysłać maila do Siory...
A że było to na krótko przed pierwotnie planowanym powrotem do Polski, więc poprosiłam moją Siorę umiłowaną, żeby Dagusię powiadomiła...
Otwieram drugie konto pocztowe, a tam już odpowiedź od Dagusi...
Zonk...!!
A to mi necik psikusa wyciął...Niby nie nadał, a poszło...
Ważne, że jakoś powiadomić się dało...
Ufff...
Siora, jako jednostka wyjątkowo życzliwa i znająca "dagusine zajawki", mailika przyswoiła i postanowiła do Dagusi zadzwonić, żeby ewentualne pytania wyjaśniać na bieżąco...
Dzwoni raz...Dzwoni drugi...
I w tym właśnie momencie sobie przypomniała, że przecież ranek jest piękny i Dagusia pewnie w pracy przebywa, a wiadomo, że Nauczyciel lekcji nie przerwie, żeby przez fonka ćwierkać...
Postanowiła Siora sms-ka wysłać, że to nic pilnego, i że zadzwoni wieczorkiem...
Tyle, że nie zdążyła, bo jak tylko zaczęła dziobać te literki, zadzwoniło Jej młodsze Dziecię, które właśnie wyemigrowało i newsy były okrutnie przez Matulę (czyli Siorę) oczekiwane...
Nowiny były bardzo pomyślne, więc się Siorze mojej całkiem o sms-ku zapomniało...
Dagusia lekcję prowadzi, a tu nagle telefon dzwoni...Nim dotarła do biurka by na wyświetlacz zerknąć, fonek się wyłącza...
Nieodebrane połączenia...
Numer Siory...
Nie dzwoniła od pięciu lat...
Wniosek ??
Leżę "rozplaszczona" pod jakąś skałą szwajcarską i ducha we mnie nie ma...
Dagusia mało zawału nie dostałą...
Lekcję przerwała...Do Siory dzwoni...A tam zajęte...
Jak nic zawiadamia wszystkich o nieszczęściu...
No bo cóż innego by to być miało ??
Te kilkanaście minut skróciło ponoć żywot Dagusi o kilka lat...
W końcu się jakoś zgadały...
Ja w tym czasie radowałam się kolejnymi eskapadami, a po powrocie do Kraju niezwłocznie zapukałam do dagusinej gaduły...
To co przeczytałam, to się nawet do czytania nie nadawało !!
Wszytko na mnie Dagusia jednym ciągiem "wylała"...
A ja czytałam i uśmiechałam się radośnie...
Mieć takich Przyjaciół to skarb nad skarbami !!
Nawet się człowiek sam o siebie martwić nie musi...:o)
Kiedy w zeszłym roku obejrzała nasze zdjęcia z tatrzańskiej wędrówki, kategorycznie oświadczyła, że nigdy więcej nie chce wiedzieć o naszych wypadach...
Chyba, że dopiero po powrocie...
Bo Ona się denerwować za nas nie będzie...
Któż się taką troską wykazał ??
Dagusia !!
Oczywiście, że Dagusia...
Pomna złożonego przyrzeczenia miałam okrutny dylemat, czy skoro mam zachować w tajemnicy wyjazdy w Tatry, to Alp też to dotyczy ??
Hmmm...
Ale jeśli nie powiem, to jaka panika ogarnie Dagusię, kiedy przez kilka tygodni nie otrzyma żadnych śladów mojego żywota ??
Orzesz...(ko)...
Nijak było z tego wybrnąć...
No to powiedziałam...
Komentarz Dagusi nie nadaje się do publikacji...
Tym razem Dagusia domagała się informacji "w miarę możliwości"...
Kiedy więc po kilku dniach pobytu na szwajcarskiej ziemi, postanowiliśmy nasz pobyt przedłużyć, pierwszą Osobą, do której zamierzałam wysłać maila była Dagusia...
Połączenie internetowe było tak na zasadzie "jak wiatr zawieje", więc kiedy w czasie wysyłania poczty otrzymałam komunikat "usługa niemożliwa do realizacji" zachowałam stoicki spokój...
Wieczorem udało mi się wysłać maila do Siory...
A że było to na krótko przed pierwotnie planowanym powrotem do Polski, więc poprosiłam moją Siorę umiłowaną, żeby Dagusię powiadomiła...
Otwieram drugie konto pocztowe, a tam już odpowiedź od Dagusi...
Zonk...!!
A to mi necik psikusa wyciął...Niby nie nadał, a poszło...
Ważne, że jakoś powiadomić się dało...
Ufff...
Siora, jako jednostka wyjątkowo życzliwa i znająca "dagusine zajawki", mailika przyswoiła i postanowiła do Dagusi zadzwonić, żeby ewentualne pytania wyjaśniać na bieżąco...
Dzwoni raz...Dzwoni drugi...
I w tym właśnie momencie sobie przypomniała, że przecież ranek jest piękny i Dagusia pewnie w pracy przebywa, a wiadomo, że Nauczyciel lekcji nie przerwie, żeby przez fonka ćwierkać...
Postanowiła Siora sms-ka wysłać, że to nic pilnego, i że zadzwoni wieczorkiem...
Tyle, że nie zdążyła, bo jak tylko zaczęła dziobać te literki, zadzwoniło Jej młodsze Dziecię, które właśnie wyemigrowało i newsy były okrutnie przez Matulę (czyli Siorę) oczekiwane...
Nowiny były bardzo pomyślne, więc się Siorze mojej całkiem o sms-ku zapomniało...
Dagusia lekcję prowadzi, a tu nagle telefon dzwoni...Nim dotarła do biurka by na wyświetlacz zerknąć, fonek się wyłącza...
Nieodebrane połączenia...
Numer Siory...
Nie dzwoniła od pięciu lat...
Wniosek ??
Leżę "rozplaszczona" pod jakąś skałą szwajcarską i ducha we mnie nie ma...
Dagusia mało zawału nie dostałą...
Lekcję przerwała...Do Siory dzwoni...A tam zajęte...
Jak nic zawiadamia wszystkich o nieszczęściu...
No bo cóż innego by to być miało ??
Te kilkanaście minut skróciło ponoć żywot Dagusi o kilka lat...
W końcu się jakoś zgadały...
Ja w tym czasie radowałam się kolejnymi eskapadami, a po powrocie do Kraju niezwłocznie zapukałam do dagusinej gaduły...
To co przeczytałam, to się nawet do czytania nie nadawało !!
Wszytko na mnie Dagusia jednym ciągiem "wylała"...
A ja czytałam i uśmiechałam się radośnie...
Mieć takich Przyjaciół to skarb nad skarbami !!
Nawet się człowiek sam o siebie martwić nie musi...:o)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)