Miasto budziło się powoli...Wenecjanie niespiesznie maszerowali do pracy, albo popijali kawusie w maleńkich kawiarenkach ukrytych w labiryncie uliczek...Turyści zaczęli zagęszczać tłum...W ciszę poranka wdzierały się coraz donośniejsze okrzyki...
Budziły się kanały...
W Wenecji "wszystko" pływa...
Karetki...Policja...Kurierzy...Dostawcy...Służby remontowe...
Tramwaje...Taksówki...
A przed każdą kamieniczką prywatne środki transportu...
Ale jarzyniak ??
Musiałam obejrzeć go z bliska...
Handel "opływowy"...;o)
Pan Przewodnik dzielnie maszerował dalej...
A ja co chwilkę wykrzykiwałam" "Idę !!"...I robiłam oczy kota ze Shreka, bo się mój Przewodnik ogromnie denerwował, że przepadnę w tej Wenecji z kretesem...
Hmmm...
Kuszące...;o)
Rozpoczęliśmy zwiedzanie weneckich Kościołów...W tym celu Gordyjka ubrała "spodnie na spodnie", bo w Świątyniach nie wypada świecić golizną...
Teraz to mi dopiero było gorąco !!
Po godzinie miałam w głowie totalny mętlik...
Wenecja to miejsce hurtowego dostarczania doznań estetycznych...Wspaniałe Ołtarze...Niesamowite rzeźby...Setki obrazów...Plafony...Kopuły...Witraże...
I wtedy...Niespodziewanie...Zostałam napadnięta !!
Przechodziliśmy właśnie jedną z ustronnych uliczek, na rogu znajdował się maleńki bar, a na jego wystawie - ona...
Wyglądała niesamowicie...
Kolorowa, soczysta, ogromna...
Kanapka !!
I wołała do mnie z tej wystawy...
"Zjedz mnie !! Zjedz !!"...
No to zrobiliśmy przerwę...
Siedliśmy na schodach kolejnego Kościoła, i jak dwójka Bezdomnych wcinaliśmy kanapki (łamiąc przy okazji dwa weneckie paragrafy)...
Ależ to było pyszne !!
I jedzenie i łamanie paragrafów...;o)
Taką "napaść" mogę zaakceptować...
- Zauważyłaś ?? - zapytał nagle Pierworodny...
- Że nie ma "zielonego" ?? - upewniałam się...
Syn się roześmiał...
Fakt...
Wenecja cierpi na brak zieleni...
Jedyny znaleziony przez nas park wygląda jak nasz osiedlowy skwerek...Rozmiar mini...
I Wenecjanie muszą być z niego ogromnie dumni, bo tuż przy bramie umieścili pomnik Człowieka, któremu zawdzięczają wiele...
To Pietro Paleocapa...
Naukowiec, Polityk i Inżynier, który przez wiele lat był Ministrem Robót Publicznych...
Jego wiedza była wykorzystywana przy wielu inwestycja melioracyjnych i hydroinstalacjach na całym Świecie...Wiedział jak osuszać mokradła mimo, że wkoło była woda...Jak połączyć kanały...Jak wyprofilować nabrzeża...
Właściwie kształt współczesnej Wenecji to właśnie Jego zasługa...
Dostał więc coś, co jest dla Wenecji bardzo cenne...Park...
Znaleźliśmy jeszcze jedną uliczkę w miarę zieloną...
Reszta zieloności to miejsca prywatne, głównie za wysokimi murami...
Ryneczki ("setki" ich tutaj jest), wyglądają tak...
Popołudniami dzieciaki grywają tutaj w piłkę, albo bawią się w ganianego...
Bo miejsc do zabawy też w Wenecji nie ma...
A że mowa o dzieciach, to spójrzcie kogo spotkałam !!
Najprawdziwszy !! Drewniany !!
I nieźle już musiał narozrabiać, bo nochal wystawał sporo...
Z Wenecją nie ma nic wspólnego, bo Carlo Collodi pochodził z Florencji, tam żył i tam umarł, ale Jego bohater stał się własnością ogólnoświatową...
Obok spotkałam kolejnego bohatera...
Do płaczu mu się nie zbierało (łzy jednorożca są antidotum na wszystko), a że po dwóch porodach to raczej dziewicą nie jestem (jednorożce potulniały tylko w obecności dziewic), więc wolałam dyskretnie się oddalić...
Dokąd ??
Tam gdzie japońskie wycieczki gnały od świtu...
Na trasy turystyczne, bo naszego celu zaułkami nie osiągniemy...
Basilica di Santa Maria della Salute...
I to właśnie to miejsce uznaję za Numer 1 Wenecji...
Co uwieczniam tym...
Gordyjski but na schodach Bazyliki, nad Grande Canale...
Dlaczego ??
Pomijam fakt, że było to chyba jedyne chłodniejsze miejsce z odrobiną cienia...;o)
Ona jest po prostu...Piękna...
Plan był taki:
W poniedziałek Miśki płyną na romantyczną randkę do Wenecji popołudniu, we wtorek Pierworodny poświęca się dla Mamuni i płynie jako Przewodnik rano...Całą podróż ogarniamy za pomocą dwóch całodobowych biletów na stateczek...Bardzo praktyczne te bilety całodobowe...Ale...
W poniedziałek rano, okazało się, że służby transportowe w Wenecji zastrajkowały...Strajkują co roku o tej porze, jak nasi Górnicy przed sezonem grzewczym...
Taki zonk...
Plany legły w gruzach...
Jeśli we wtorek się opamiętają to wyrobimy się przed wyjazdem, jeśli nie...
No cóż...
Pozostanie w pamięci widok Wenecji na horyzoncie...
Ale się opamiętali...
Jak się udała randka Dzieciakom to nie wiem, ale moja randka z Księciuniem była bardzo udana...Mieliśmy na szaleństwa całe popołudnie i wieczór...
A kiedy Księciunio zasnął snem słodkim i sprawiedliwym, Babcia zabrała się za dekorowanie tarasu na urodzinowe przyjęcie...
Ale, ale...
Miało być o Wenecji...
Ledwie słońce podniosło swoje liczko znad horyzontu, Gordyjka ruszyła na podbój Miasta Dożów...
Hmmm...
Teraz muszę zdecydować, którą Wenecję Wam pokazać...
"Widokówkową" ??
Czy realistyczną ??
Bo ja, to wiecie...Lubię tak bardziej od "podszewki"...
Ale może najpierw tą wersję ładniejszą pokażę, żeby Was do tej włoskiej Perły nie zrażać...
Jest piękna !!
Szczególnie wczesnym rankiem, kiedy słońce jeszcze nie przysmaża, a Turyści wcinają śniadanie w hotelach...
Tak wita przybyłych...
Tuż przy porcie, Wenecji strzeże Wiktor Emanuella II, dłuta Fererriego...Bardzo ekspresyjny...Jakby postacie miały za moment wstać i ruszyć przed siebie...
Nie wstały, więc myśmy ruszyli...
Ten budynek znają wszyscy miłośnicy Bonda...Wiadomo...Tylko w tej klasy przybytkach można dostać Martini wstrząśnięte, a nie zmieszane...
Ja napiłam się wody z bidonu...;o) Była i wstrząśnięta i zmieszana...;o)
Za godzinę ten plac będzie tak zatłoczony, że człowiek nie oddycha tlenem, ale wyziewem "sąsiada"...A malownicza kopuła w oddali, to jeden z zamierzonych celów naszej wędrówki...
Ale to za jakieś dwie-trzy godziny...
Japońska wycieczka wzięła chyba śniadanie na wynos...
I wzdychają do Mostu Westchnień, zwanego również Mostem Skazańców...Kije do słodkich fotek majtają niebezpiecznie...Uchylam się z gracją, żeby nie oberwać "pod oko"...
No i jest..."Kotek" świętego Marka...
A za zakrętem czeka cały Plac...
Dzwonnica św.Marka jakby dopiero budziła się ze snu...Wygląda nieziemsko w tych porannych promieniach...
Tuż obok architektoniczne "koronki" Pałacu Dożów...
Nie mogę się zdecydować, w którą stronę kręcić głową...Szczególnie, że za kilka kwadransów zrobienie zdjęć w tym miejscu będzie graniczyło z cudem...
Więc pstrykam...
Na zwiedzanie wnętrz czasu nie mamy...Trudno...Jakoś to będę musiała przeżyć...
Na Placu pojawiają się pierwsi Kramarze, więc nasz czas topnieje bardzo...
Sprzeczam się z Pierworodnym, która mozaika jest najpiękniejsza...Syn ma przewagę, bo lepiej widzi...Przewrotnie robię zdjęcia tylko "moim"...
Ruszamy dalej...
Nie całkiem tam, gdzie wiodą turystyczne szlaki...
Wybieramy uliczki gdzie ruch jest najmniejszy, te, którymi Włosi drepczą do pracy, albo na zakupy...
cdn...
Zanim zabiorę Was na kolejną wycieczkę, muszę się do czegoś przyznać...
Jestem gapa !!
Totalna gapa...
Kiedy kilka tygodni temu otrzymałam powiadomienie, że zmieniają się kanały na Bloggerze, stwierdziłam...
"Jeszcze mam czas"...
Fakt...Czasu miałam sporo na przeorganizowanie bloga...
Po powrocie z wakacji, dostałam na konto powiadomienie, że czas się trochę skurczył, ale przecież kilka dni to też masa czasu...
"Jeszcze zdążę"...
I pewnego, pięknego dnia obudziłam się z "ręką w nocniku"...
Pal sześć pokazy slajdów, które się Wam już pewnie "opatrzyły"...
Straciłam listę blogów...
Waszych blogów...
Tych, którzy odwiedzają mnie regularnie odzyskałam w kilka dni...
Ale część Czytaczy pojawia się anonimowo, część ma blogi na innych serwisach...
Ratunku !!
Wesprzyjcie gapę !!
Może nie odwiedzam Was tak często jak na to zasługujecie, ale dopiero teraz wiem jak bardzo mi Waszych namiarów brakuje...
Znajdźcie chwilkę, sprawdźcie, czy Wasze blogi mam już na bocznym pasku, a jeśli nie, to pozostawcie namiary...
Blogger nie wszystkie ścieżki zapisuje, więc inaczej Was nie odzyskam...
Pomóżcie gapie !!
Wasza Gordyjka
Po naszej pierwszej wycieczce do Lido di Jesolo relacjonowałam wrażenia Panu N. ...
- I wyobraź sobie, że trafiliśmy na zawody w plażowej piłce nożnej !! I nawet nasi grają !!
Wywołało to odpowiednie emocje Ślubnego...
Po dwóch dniach dostałam sms-a...
"Nasi pokonali Włochów w półfinale 3:2. W niedzielę 17:45 finał ze Szwajcarią"
Taki sms to nie jest przynęta !!
Taki sms to rekin na haczyku !!
Zaczęliśmy kombinować z Pierworodnym jak się na ten meczyk teleportować...
Problem był, bo się nam Księciunio trochę pochorował po wrażeniach z Wysp...
Decydująca miała być drzemka popołudniowa...
Księciunio spał...
Ja jakbym na pudelku gwoździ siedziała...
Syna też coś na krzesełku uwierało...
Synowa zachowała minę Sfinksa...
Kiedy Księciunio po przebudzeniu zaprezentował nam uśmiech numer pięć, spakowani byliśmy w pięć minut...Pierworodny miał już nawet barwy narodowe na policzkach...
Z samochodu wysłałam sms-a do Ślubnego:
"Jedziemy"
Pan N. wyszukał transmisję w TV...
I powiem szczerze...
To była bardzo ekscytująca godzina...
Nie miałam pojęcia jak emocjonująca jest taka rywalizacja...
Klasyczna "noga" może się schować !!
Akcja dzieje się ciągle !!
Zawodnicy prezentują takie salta i strzały z przewrotek, że miałam obawy, czy się z tego piachu podniosą...
Tłumu jak widać nie było, chociaż to finał...
Na trybunach zebrała się około setka Polaków...
Wystarczyło...
Nasz doping rozbudził nawet Komentatora, który na początku sennie przedstawiał Drużyny...A my nie żałowaliśmy ani gardeł, ani rąk, ani nóg...
Lekko nie było, bo Szwajcarzy są świetni w "te klocki"...
Ale skoro Nasi pokonali takich Mistrzów jak Rosjanie i Włosi ??
W drugiej tercji, kiedy wygrywaliśmy ledwie jedną bramką, Księciunio stwierdził, że już ani minuty nie będzie klaskał, tupał i krzyczał...
Katastroffffaaaa !!
Wyjść z meczu w takim momencie ??
Spojrzałam na roziskrzone oczy Syna...
Echhh...
Tęsknie zerknęłam na ostatnią akcję i poczłapałam na deptak...
Być na stadionie i nie zobaczyć jak nasi wygrywają ??
Po kwadransie rozpoczęłam pertraktacje z Wnukiem...
Uparty jest po Babci, więc szanse w tym pojedynku miałam mizerne...
Wypatrywana Synowa nie nadchodziła...
Nie ma to tamto !!
Nie ustąpię !!
W końcu to On po mnie ma ten upór, a nie ja po nim !!
Wróciliśmy na trybuny 6 minut przed końcem meczu...
Było niewyraźnie...
Nasi rozgrywali nerwowo...Szwajcarom wszystko wychodziło...
I nagle jakby ktoś klątwę zdjął (nie twierdzę, że ja)...;o)
Z każdą akcją odzyskiwaliśmy pole...
Księciunio ganiał po podeście, prezentując wszystkim pięknie pomalowane policzki...Syn wrzeszczał jak opętany...Szwajcar faulował naszego Kapitana i dostał czerwoną kartkę...Moje dłonie były nieprzyzwoicie czerwone i opuchnięte od klaskania...Jakiś Włoch złapał Księciunia kiedy zmierzał na podbój sąsiedniego sektora...Syn odebrał "przesyłkę", a "polska" trybuna nagrodziła Włocha oklaskami...Księciunio zaczął podskakiwać...Trybuna zawtórowała Mu tupaniem (to się małemu Łobuzowi bardzo spodobało)...Minuta do końca...Szwajcar robi przewrotkę i nie trafia...Dwóch naszych wyskakuje do piłki i jeden z nich pada twarzą w piach...Sędzia przerywa i wzywa Medyka...Butelka z wodą wylana na twarz czyni cuda...Spiker zaczyna odliczać...6...5...4...3...Polacy wrzeszczą jak opętani...Nawet Księciunio krzyczy, bo 3 to Jego ulubiona liczba...2...1 !!!
My ruszamy do barierek...Zawodnicy rzucają się w stronę trybuny...
Zaskoczeni Włosi siedzą na miejscach i się przyglądają...
My dziękujemy Im...Oni dziękują nam...
My nie spodziewaliśmy się takiego widowiska...Oni nie spodziewali się takiego dopingu...
Radość jest nieopisana !!
Wygrywamy turniej europejski rangi mistrzowskiej i z pierwszego miejsca awansujemy do Mistrzostw Świata !!
Tym jednym meczem zyskują sobie czterech Kibiców...
Trzech na pewno...
A ten Czwarty pięknie się prezentuje w narodowych barwach...No i liczy do trzech !!
Dla ścisłości dodam, że wygraliśmy 6:3 !!
I takich wyników życzę Chłopakom na MŚ 2017...;o) Chociaż tych rozgrywek "na żywca" nie zobaczę...Bahamy to nie mój Zaścianek...;o)
Mało pstrokate ??
To proszę bardzo...
Oczopląsu można dostać...
Właściciel takiej kamieniczki, kiedy chce ją pomalować, musi się zwrócić do władz o zgodę i zatwierdzenie koloru...Zasada "pstrokacizny" jest ściśle określona prawem...
Ło Matko i Córko...
Wygląda to nieziemsko, ale przyznam szczerze, że po kilkunastu minutach męczy niemiłosiernie...
Z ulgą człek zawiesza wzrok na nielicznych zabytkach...
Przynajmniej te nie męczą oczu...
Na ryneczku króluje ten Pan...
Baldassare Galuppi...
Kompozytor późnego baroku, który właśnie na Burano siusiał w pieluchy i stawiał pierwsze koślawe kroczki...
Tutaj strzeże ciszy i spokoju...
Ryneczek jest wyjątkowo klimatyczny...
I wcale nie musiałam się "gimnastykować", żeby zrobić zdjęcia "bez ludziów"...
A gdzie są ludzie ??
No cóż...
Z rozpędu byłabym zapomniała napisać, co na Burano jest najważniejsze...
Burano to koronki !!
Koronkowe suknie (ślubne są oszałamiające), koronkowe szatki do chrztu (przesłodziutkie), a szczególnie chciałabym zobaczyć minę naszego Proboszcza na widok sukienek do Komunii...;o)
Koronkowe bluzeczki, chusteczki, żabotki, kołnierzyki...
Wszystko koronkowe !!
Od XVI wieku Burano słynęło z koronek...
I kiedy już odliczałam skrzętnie ukryte "euroki", żeby nabyć chociaż namiastkę cudnego rękodzielnictwa, usłyszałam za plecami...
- Mamo...Przecież zrobisz sobie ładniejsze...
Klękajcie Narody !!
Trzymajcie mnie we dwóch bo jeden nie da rady !!
To mnie Syn docenił...
Po takim tekście to nawet nie wypada, żebym "namiastkę" własnych dzieł kupowała...
No i jak się pewnie domyślacie, "euroki" zostały nienaruszone, a mnie duma osobista zadarła nos aż do chmur...;o)
Ale z tej wielkiej radości zagościłam w cukierni, która nam obojgu (mnie i Synowi) w oko wpadła...
Języka używałam ręcznego, bo po włosku to ja umiem tylko "jeden włosek, dwa włoski" i z wielkim przejęciem zademonstrowałam na dłoni cztery palce...Przy czym, wypsnęło mi się "cztery"...
- Polonia ?? - zapytał Pan Cukiernik, o rozmiarach jak na ten zawód słusznych...
- Polonia...- wydukałam, bo nie wiedziałam, czy już zwiewać, czy wołać pomocy...
Pan Cukiernik prawą rękę na serduchu własnym położył i w rytm "Po-lo-nia" postukał...A uśmiech miał przy tym taki, jakbym tych ciastek chciała czterdzieści, a nie cztery...
Po tym ewidentnym pokazie sympatii piękną włoszczyzną zostałam poinformowana, że te ciastka "nie good", a Pan Cukiernik zanurkował pod ladę i wyciągnął blaszkę świeżego wypieku...
Nie ma co...Poczułam się jak w domu...
Rachunek też zapłaciłam ze sporym rabatem, a na pożegnanie znowu zabiło mocnej włoskie serducho i wszyscy stojący w kolejce Turyści zostali poinformowani, że jestem Polonia...
Ja to umiem wybrać ciastkarnię...;o)
Może i bez koronek z Burano, ale z nieprzyzwoicie wygiętym "bananem" ruszyłam do portu...
Synowa tęsknie spoglądała na weneckie maski wykonane z koronki...Pierworodny szukał buta, który Księciuniowi zrobił "bach"...Księciunio radośnie obwieszczał, że jestem babą...A mnie z tej ogromnej radochy mało serducho nie wyskoczyło...
No i cóż...
Koniec przygody na trzech weneckich Wyspach...