Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

sobota, 24 maja 2014

Początek szwajcarskiej przygody...



     No to ruszyliśmy w drogę…
     I chociaż trasa miała wieść nas przez Bazyleę, w ostatniej chwili decyzja została zmieniona...Jedziemy przez Zurich...
     Sama myśl o kilkunastu godzinach w samochodzie powodowała cierpnięcie kilku części mojego chudego ciałka…Ale cóż…Teleportacji żeśmy jeszcze nie opanowali…
     Jaka była owa podróż ?? 
     Dłuuuuuga !! Bardzo długa…
     W połowie Niemiec miałam ochotę wysiąść i dreptać dalej na piechotę…Chociaż uczciwie zatrzymywaliśmy się na „popasy” co dwie godziny…
     Przejazd przez Kraj naszych zachodnich Sąsiadów wywołał u nas jedną konkuzję…
Idealne niemieckie autostrady to już wspomnienie…
Przynajmniej w pasie 300 kilometrów od granicy…
Na południu było lepiej…Trochę lepiej…
     Ale pocieszającym było, iż dogoniliśmy technologicznie niemieckie autostrady…Nasze co prawda są nowe, a tamte mają lat pięćdziesiąt, ale to zawsze coś…
     W każdym razie dotarliśmy do szwajcarskiej granicy bez przeszkód, a Pan Celnik machnął tylko ręką na widok naszych umęczonych twarzy…


     Uffff…
     Nie byłam pewna, czy ilość przewożonych kotletów w przeliczeniu na Osoby zwolni nas z celnego obowiązku…
     Na dodatek Synowa i Syn przemycali 2,5 kg jabłek i proszek do prania w woreczku strunowym…
Woreczek pikuś, ale już widziałam wściekłą twarz Celnika, który by owego proszku spróbował, podejrzewając nas o jakieś niecne zamiary…Pienił by się Chłopak ze trzy dni...
Machnięcie owej celniczej ręki przyjęliśmy z ulgą…
     A kiedy ledwie tylna oś „Nagus” minęła granicę, zatrzymaliśmy się, aby zaczerpnąć reklamowanego „szwajcarskiego powietrza” i nabyć „viniette”, otwierającą nam autostrady…


     Koszt owej „viniette” to co prawda 40 CHF(opłata roczna), ale jeśli zamierza się podróżować po Szwajcarii, to polecam bardzo…
     I zanim Pan N. zdążył autko zaparkować, wzruszenie mi gardło zacisnęło i lekko załzawiło oczka…
Echhh…
     Musiała się wieść o naszym przyjeździe rozejść w trybie ekspresowym po całej Szwajcarii !!
     Na pierwszym budynku za granicą szwajcarską ujrzałam moje panieńskie nazwisko, wielką i czerwoną czcionką zapisane !!
     To się nazywa powitanie !!
     Oczywiście prosto z samochodu wywlekłam Rodzinę na podziwianie owej anomalii !!
     A potem nastąpił proces „góra-dół” bez opamiętania…



   
     I tunele…Tunele…Tunele…
     Po powrocie zamierzam wystąpić do jakiejś spółki węglowej o przyznanie mi prawa do „barbórki” i „czternastej pensji”…Statystycznie spędziłam pod ziemią masę czasu…
     Tunele szwajcarskie są po prostu niesamowite…I te króciutkie, po kilkaset metrów…I te długachne, wielokilometrowe…(Zdjęcia wyszły kiepsko, ale na filmikach mamy piękne egzemplarze, więc cierpliwości...) ;o)
     Biorąc pod uwagę moją chorobę lokomocyjną, stanowczo preferuję tunele bardziej niż serpentyny…
Serpentyny też umieją Szwajcarzy budować niesamowite…
I bez względu na to, na jakiej jesteśmy wysokości, to drogi są pięknie utrzymane, zadbane i czyściutkie…
Bez ogórdek powiem…
     Jesteśmy 1000 lat za Szwajcarami jeśli chodzi o budowę dróg !! 
     I w życiu Ich nie dogonimy…
No chyba, że zaczniemy Im te drogi rozjeżdżać jak te niemieckie…
     Kiedy byliśmy już na ostatnich akumulatorach i przed oczami mieliśmy widok pościelonych łóżek, a nie kolejnych zakrętów, przeżyliśmy taki szok, że przeszedł nam dopiero po dobie, kilku godzinnej dyskusji  i przespanej błogo nocy…
     GPS prowadził nas dziarsko, chociaż kilkukrotnie gubi się w tunelach i wypadał gdzieś w pola...Na drogowskazach namiary się zgadzały...Ale po kilku kilometrach okazało się, że wybrana przez nas droga jest zamknięta...
Zamknięta ??
Jakże można zamknąć drogę publiczną ??
Nie mogliśmy przyswoić owej sytuacji...
     W końcu dojeżdżamy „Naguskiem” do stanowisk kasowych (!!) i przekonani, iż jest to prywatna, droga płatna, których w Szwajcarii jest sporo, Pani Kasjerka informuje nas, że dalej możemy jechać tylko i wyłącznie pociągiem…
Pociągiem ?? 
A co z „Naguskiem” ?? 
Jak to, że dalej nie ma drogi ??
Pani Kasjerka cierpliwie tłumaczyła…
     Pociąg to platformy samochodowe…Samochodem wjeżdża się do wagoników…Drogi po prostu nie ma i nie planują otworzyć…Jedyna możliwość  transportu „na drugą stronę” alpejskiego pasma, to pociąg…

Totalna egzotyka…
„Nagusek” jeszcze pociągiem nie jeździł…
Za 22 CHF atrakcja jak się patrzy…

Tunel kolejowy 11 mil…Prawie 18 kilosów…
     Doznania niesamowite, chociaż nasze zmęczenie znacznie blokowało pozytywne emocje…
     Z ulgą powitaliśmy widok majestatycznych szczytów alpejskich i pięknie błyszczącego na szczytach śniegu…


     Po tegorocznej zimie zaznaczę, że śnieg to takie białe, zimne i powinno padać w zimie z nieba…Tutaj padało…
Nawet podobno ma jeszcze padać, to nagram ;o)
     Teraz byliśmy już o „rzut beretem”…

czwartek, 22 maja 2014

Szwajcaria, Kraina baśni trzynastu dni...

     Wróciłam...
     Teraz siedzę przed monitorem i patrzę na "pustą kartkę"...Nie mam pojęcia jak to wszystko opisać...
Po "wróciłam" nastąpiła pustka...
     W głowie roją się miliony obrazów...Serduchem wstrząsają miliony odczuć...
     Właściwie powinnam napisać: wróciłam bo nie miałam innego wyjścia...
     Szwajcaria zrobiła na mnie kolosalne wrażenie...
     Ta kolosalność spotęgowana jest pewnie faktem, że pojechałam tam z polskiego chaosu...
     Teraz już rozumiem dlaczego Szwajcarzy nie umieją opowiadać o urokach swojego Kraju...
Tam nawet flaga jest wielkim plusem...
     Zanim zacznę Wam opowiadać o moich turystycznych "wyczynach", zanim uporządkuję tysiące zdjęć i setki filmów, muszę Was przerzucić do Krainy baśni...Nie takiej z tysiąca i jednej nocy...To będzie "Kraina baśni trzynastu dni"...

     Za górami, za lasami, za dolinami...Jest sobie niewielki Kraj, który wita przybyszy ośnieżonymi szczytami potężnych gór, zielonymi zboczami winnic i porządkiem...
Porządkiem tak wielkim,  że nawet te ośnieżone szczyty robią mniejsze wrażenie...
I chociaż cały Świat zna powiedzenie o "szwajcarskim zegarku" trzeba tam pojechać, żeby poczuć tą perfekcję codziennego bytowania...
     Wyobrażacie sobie idealnie utrzymaną drogę asfaltową na wysokości dwóch tysięcy metrów ?? Drogę, która służy kilku Mieszkańcom i garstce zabłąkanych Turystów ?? 
     Wyobrażacie sobie ukwiecone rabatki na każdym skrzyżowaniu, przy wjeździe do najmniejszej nawet Miejscowości ?? 
     Wyobrażacie sobie, że w tym, tak rozwiniętym technologicznie Kraju, najczęściej widuje się Ludzi z miotłami ?? 
To dołóżcie do tego fakt, iż w Szwajcarii nie ma czegoś takiego jak "kosze na śmieci"...Nawet przy najbardziej uczęszczanych ulicach wielkich Miast nie ma koszy...
A mimo to jest idealny porządek...
Porządek na chodnikach, na ulicach, na parkowych alejkach i na szlakach turystycznych...I wszędzie Ludzie z trzcinowymi miotełkami...Chodzą z tymi miotełkami jak królowie trzymający berła...
Po kilku dniach zaczęłam podejrzewać, że mają wszędzie zainstalowane czujniki i jak tylko ktoś rzuci papierek pojawia się Człowiek z miotełką...
Nawet przez chwilę chciałam sobie taką kupić, bo miotełki można nabyć wszędzie...W wielkich marketach, w małych sklepikach, w kioskach...Wszędzie...
     A Ludzie ??
     Wyobraźcie sobie, że przez cały pobyt nie widziałam ani jednego spieszącego się Szwajcara...Ani jednego !! Tak jakby ktoś włączył Im spowalniacze...
Chętnie przystają, żeby porozmawiać ze Znajomymi na ulicy...Lubią poczytać gazetkę w knajpce, przy kawie...A na widok uśmiechniętego Przechodnia wołają radośnie "hallo"...Jakby uśmiech był przypisany do tego powitania...
Po trzech dniach pobytu rozwiązaliśmy tajemnicę posiadania tak wielu Znajomych w Szwajcarii...Nasze przyklejone do twarzy "banany" wyzwalały w Mieszkańcach ciągłą potrzebę powitań...
     Było dokładnie tak jak czytaliśmy w necie...W tym Kraju nie ma pojęcia "Turysta"...Jest Rezydent, taki który przebywa w Szwajcarii dłużej, i jest Gość...A Gościa należy przyjąć godnie, trzeba być pomocnym, trzeba być życzliwym...Nawet jeśli nie ma się pojęcia co ów Gość artykułuje...Bo z językami obcymi bywa w Szwajcarii różnie...Angielski, owszem, bywa pomocny, ale nie uniwersalny...
     I cóż jeszcze ??
Hmmm...
     Wróciłam...

sobota, 17 maja 2014

Nowiny szwajcarskie...


     Nieskazitelny błękit...26 stopni...Delikatny powiew...Zapach rozkwitających wokół kwiatów...Świergot latającego bractwa...Nasłoneczniony ganeczek...Leżaczki z podusiami...Kawusia w kubeczkach...

     Niech Ktoś sprawdzi czy Polska ma umowę ekstradycyjną ze Szwajcarią...
     Jakoś wykombinuję dożywocie...;o)

środa, 14 maja 2014

Nowe wieści...

     W dalszym ciągu żyjemy !! 
     Pogoda kapryśna. Zaliczona śnieżyca na wysokości 1600 m n.p.m. W nocy temperatura spada do 3 stopni (więcej ciuchów zakładamy na noc niż na dzień). 
     Bakcyl alpejski rozwija się prawidłowo...
     Pobyt przedłużony o 3 dni...
     Czekamy na Święto Lizaka w Leuk :o)

Pozdrawiamy serdecznie :o)


niedziela, 11 maja 2014

Dzień Matki...

     Wszystkiego najlepszego z Okazji Dnia Matki :o) dla wszystkich Mamusiek obecnych i przyszłych !!
I żeby nie było, że przed czasem ;o)
     Dzisiaj w Szwajcarii prawdziwe Święto !!
A ja się załapałam w niespodziewanej niespodziance...:o)

czwartek, 8 maja 2014

Telegram...

     Żyjemy Stop Dotarliśmy szczęśliwie Stop Wrażenia niesamowite Stop Już kocham Szwajcarię Stop Pogoda przepiękna Stop Góry ogromne Stop Trudno opisać to w skrócie Stop

Pozdrowienia z Wielkiego Plusa
Gordyjka i Rodzinka
 

piątek, 2 maja 2014

Porządkowanie chaosu, czyli "dzień kotletowy"...

     Nie myślcie sobie czasem, że już ruszyliśmy na naszą eskapadę !! Proces przygotowawczy dobiega co prawda końca, ale jeszcze kilka dni musimy wytrzymać zaściankowo...
     Dzisiaj zakończyliśmy przygotowania autowe.."Nagusek" tak pięknie się prezentuje, że co chwilkę wyglądamy przez okno...
     Cudo nie autko !!
     Z osiągnięć indywidualnych zaliczyliśmy też pewne osiągnięcia...
Pan N. skompletował garderobę...
A ja napompowałam cztery samochodowe koła !!
I jak na taki wysiłek przystało "ledwie" żyję...
Cztery razy musiałam nacisnąć guzik !! Echhh...
     Jak sobie wspomnę "Syrenkę" Ojca, którą "pompowaliśmy" we dwójkę, po czym leżakowaliśmy wyczerpani przez kilka godzin, to dopiero należycie doceniam postęp techniczny...
     Jutro będzie "dzień kotletowy"...
Cały dzień będę smażyć kotlety różnej maści...Hurtowo...
I tak sobie pomyślałam, że będziecie się nudzić...
To może rebusik ??

     Nasza eskapada powiedzie do Kraju, w którym onegdaj żył wielce dzielny Strzelec...


     Drzewa są bardziej zielone...Woda bardziej niebieska...A krowy...

     Jedziemy do Kraju Wielkiego Plusa...


     Ale najpierw te kotlety...;o)