Ledwie ruszyliśmy z parkingu, Pan N. z lisim uśmieszkiem wymruczał...
- Odżyjesz...
To prawda...
Góry są dla mnie jak kroplówka z glukozy...Dopalacz pierwsza klasa...
Może to wina genetyki, a może dzieciństwa i tęsknego oczekiwania wakacji u Bieszczadzkich Dziadków, ale to fakt, że Góry stawiają mnie na nogi...
A ostatni "akumulatorek" ledwie zipie...
Jedyną rozterką była pogoda...
Bo jak ładować akumulatorek jeśli Góry ukryją się we mgle, albo za ścianą ulewnego deszczu ??
Echhh...
Cel wyznaczony...Mapa w plecaku...Ciepła kurtka na grzbiecie...
Na pohybel Matce Naturze...
Dolina Kościeliska...
Zaczynam może trochę mało chronologicznie, ale od czegoś zacząć trzeba, a Kościeliska jest w sam raz...
Tatry Zachodnie, jeszcze dla nas dziewicze i śladów naszych nie znające...Tak jakoś zawsze na "uboczu"...
Dlaczego akurat tam ??
Przypadek...
Ale przypadki są fajne...
Tak więc, zapraszam Was w Dolinę Kościeliską...
Teren Tatrzańskiego Parku Narodowego...Trasa 9 kilosów długości...Szlak przygotowany jak na niedzielny spacerek...
Ogromnie pocieszającym było, że przy tak rozkosznych warunkach, zadeptanie przez Turystów nam nie groziło...
Na "osi" ledwie 6 stopni ciepła...Niebiosa nawilżają nas równomiernie, chociaż Pan N. twierdzi, że to osiadająca mgła ;o), szczyty poza zasięgiem naszego wzroku...
Ledwie kilkaset metrów i można "przełączyć się" na odbiór...
Matka Natura wita nas przy Niżnej Kościeliskiej Bramie...
Zwanej również Bramą Kantaka, wielkiego miłośnika Tatr...
I przyznam szczerze, że trudno się dziwić owemu miłowaniu...Nawet, jeśli Tatry ukrywają się wstydliwie we mgle...
Ale wyobraźcie sobie idealną ciszę, którą "zakłócają" jedynie skrzydlaci autochtoni i energetyczny szum Potoka Kościeliskiego...
A Potok rzeczywiście nieźle sobie poczyna "wbijając się" hukiem w nasze szeptane rozmówki...
Milczenie sprawia tutaj niewątpliwą przyjemność...
W tych pomruczankach i świergotach dochodzimy do drewnianego mostku w Kościelisku Starym, porzucamy spacerową alejkę i ruszamy zmierzyć się z bardziej "tatrzańskimi" szlakami...
Pół godzinki wspinaczki...Kilkaset metrów bliżej nieba...Ciepełko rozlewające się po ciałku...I stanęliśmy u celu...
Jaskinia Mroźna czeka na zdobycie...
Dwa światy...
Bardzo Ważni Goście
niedziela, 26 maja 2013
środa, 22 maja 2013
Mydło powidło...czyli kogel mogel :o)
Jestem Szkot...Prawdziwy Szkot...Co prawda nie biegam namiętnie w kraciastej spódniczce i bez bielizny, ale bazgram w kratkę...To fakt...
Się porobiło...
A wszystko przez naszą fajnistą Szefową...
Ledwie coś nam w łepetynkach błyśnie, a Ta już łaskawie wolne daje i w plener wysyła...
Echhh...
Jeszcze nie opowiedziałam Wam o urokach nocnego Krakowa, rozbuchanego kolorami i dźwięczącego muzyką...
Nie podzieliłam się z Wami opowieścią, jak to Pan N. zmuszony przez Matkę Naturę imieniny mi wyprawił kilka dni przed terminem, obdarowując wielkim bukietem bzu...Targanego, nomen omen, w wielgachnej reklamówce, dla niepoznaki...I wręczonego w taki sposób, że mi "kopara" do podłogi opadła...
Nie wtrąciłam ani słóweczkiem, jak to wczoraj przeczytałam w neciku, że się przez Zaścianek kataklizm przetoczył, że nas jakiś potop nawiedził, że klęską żywiołową trudno owo zjawisko nawet nazwać, a ja myślałam, że to tylko zwykła, wiosenna ulewa...
Obfita...Nie powiem...
Ale żeby zaraz w Świat cały owego newsa posyłać to celowości do dzisiaj nie odkryłam...
I milczeniem pominę, że w promocji zgarnęłam znowu jakiegoś wirusa i okrutnie jestem "pociągająca", że o wybujałej "urodzie" nie wspomnę...W łepetynce mi trzaska, z kinola mi kapie, poopa jednostajnie domaga się leżakowania, a ja w opozycji być muszę...Muszę...
Muszę, bo mam jeszcze dobę na postawienie swej powłoki cielesnej do pionu...
Tak, tak...
Nie czas na marudzenie...
Czas pakować rupiecie...
Mr Kocurro rusza na szlak...
poniedziałek, 20 maja 2013
Opera mydlana w jednym akcie, czyli jak odkryłam podgatunek padalca...
Siedzieliśmy sobie, z Panem N. na górnym pokładzie zacumowanej barki...Słoneczko tańczyło skocznego walczyka na falach Wisły...Z zamkowego wzgórza dumnie spoglądał na nas Wawel...
Jeśli gdzieś jest Raj, to dla nas może wyglądać właśnie tak...
Czekając na realizację zamówienia rozkoszowaliśmy się chwilą...
Restauracja nie miała wielu Gości...Środek dnia...Ani to pora na posiłek...Ani to pora na imprezowanie...Ledwie kilka Osób zasiadało pod parasolami...
Po kilku minutach naszego pławienia się w "cudnościach" Krakowa przy sąsiednim stoliku zasiadła para...
On pod czterdziestkę...Ona pod czterdziestkę...
On mniej niż przeciętny...Ona przeciętna do bólu...
Po chwili nadałam im w myślach "ksywki":
Motyl Emanuel i Makowa Panienka...
I chociaż, Dagusia mi świadkiem, mydlanych oper nie lubię, a łzawe tasiemce przełączam natychmiast, tym razem, to co działo się przy sąsiednim stoliku przykuło moją uwagę maksymalnie...
Z resztą...
Trudno było się odseparować, bo Parka mówiła głośno, dobitnie i bez żenady...
Najpierw dowiedziałam się, że "Emanuel" genetycznie nie znosi pożyczać i posiadać pożyczonych rzeczy...
I że właśnie obchodzi urodziny...
I że nie ma zamiaru płacić za poczęstunek...
I że Jego Towarzyszka bardzo dobrze zarabia...
I że bywa gościem w domu...
I że posiada Potomka w wieku niemowlęcym...
I że jest bardzo nieszczęśliwy...
A, że jak wspomniałam, była to ożywiona dysputa, a nie monolog, więc Panienka, po każdym nowym "stwierdzeniu" Emanuela wrzucała swoje trzy grosze...
Po kilku pierwszych zdaniach, stwierdziłam ze zdziwieniem, że "Ona ma tak samo"...
Co prawda, miała "tak samo", ale trochę inaczej...
Ale "właziła" Facetowi "bez mydła i to w "biały" dzień przy Ludziach...
Czekałam z niecierpliwością, że oświadczy, iż tak jak On sika na stojąco...
Żenada...
"Emanuel" rozkręcał się na całego...Poruszał coraz bardziej drażliwe tematy...Zamawiał coraz droższe pozycje z Menu...
A Panienka potakiwała...
- Wiesz...Mnie całe tygodnie w domu nie ma...Ale jak wracam to chcę mieć zadbaną Kobietę w domu, a nie kocmołucha, który chodzi we flanelowej koszuli !! Do Fryzjera nie chodzi !! A ostatnio jak poszła i chciała się zrobić na blond, to wyszło rude...Ja bardzo lubię blond...Taki jak Twój... - wyznał Emanuel...
Panienka pokraśniała na liczku...
- Ja też nie uznaję nie zadbanych Kobiet !! - przytaknęła... - Makijaż...Fryzura...Zrobione paznokcie... - to wizytówka Kobiety !!
- Nic starania... - żalił się dalej "Motylek" - A kiedyś była taka zadbana !! - podkreślał...
- To ile jesteście po ślubie ?? - dociekała Makowa Panienka...
- Dzieciak ma trochę ponad rok...To będzie prawie dwa lata...Ale wcześniej byliśmy ze sobą kilka lat... - kombinował Emanuel, a mnie strasznie korciło, żeby sprawdzić, czy liczy na palcach...
- Jakby nie dzieciak, wcale bym się z Nią nie żenił... - i owo oświadczenie wywołało ogromną wesołość Blondynki...
- Ale mówiłeś, że masz coś na boku... - kontynuowała jak tylko przestała "rechotać"...
- Mam trzy Asystentki...Bardzo fajne Dziewczyny...Szczególnie jedna...Co prawda mężatka, ale ten Jej Mąż to fajny facet... - snuł swą opowieść Emanuel...
- Nie ma nic przeciw romansowi Żony ?? - dociekała Panienka...
- Nic nie wie...Ale przecież się nie będzie rozwodził przez mały skok w bok...On Ją bardzo kocha... - kontynuował Motylek...
- A ile Ona ma lat ?? - rzuciła pytanie Blondyna...
- Dwadzieścia osiem... - usłyszałam odpowiedź i zrobiło mi się żal tych Ludzi...
- Oooo...To sporo młodsza ode mnie...- z żalem w głosie oznajmiła Makowa Panienka...
- Nie przesadzaj... - z nonszalancją skarcił Ją Emanuel... - Ty to inna kategoria...
I temat wrócił do Żony...
Epitet za epitetem...
Krytyka za krytyką...
Przyznam, że nawet trudno mi określić, które z tej "pary" wykazało się większą podłością...
Jedno można było wywnioskować...
Ta Żona to zła Kobieta była...
- I co zamierzasz ?? - zapytała Panienka...
- Rozwód...Tylko jedno rozwiązanie widzę...Przecież nie będę trwał w takim związku...- podsumował Emanuel wychylając kolejny kieliszek wódki...- Ty wiesz, że Ona nawet spakować się nie umie ?? Wszystko zawsze na ostatnią chwilę zostawia...Żeby chociaż raz zarezerwowała jakiś stolik w knajpce, albo jakiś wypad za miasto...Nic !!
- Nudna jest...- podsumowała Makowa Panienka...
- Ty to co innego... - wymruczał Motylek...
W "mydlanych operach" w tym momencie pewnie następują litery końcowe i zapowiedź kolejnego odcinka, ale nasza "opera" zakończyła się bardziej przyziemnie...
Zapłaciliśmy rachunek i opuściliśmy nasz magiczny "raj"...
- Biedna ta Żona... - stwierdziłam schodząc z pomostu... - mam nadzieję, że się szybko rozwiodą to sobie jeszcze Dziewczyna życie ułoży...
- No coś Ty !! - obruszył się mój Ślubny... - Facet kłamał w każdziutkim słowie !! W życiu w takie głupoty bym nie uwierzył...
Pobajeruje...Pozanęca...Naje się do syta...Nachla ryja...Może nawet jakiś hotelik zaliczą i wróci do Żonki...
- Padalec !! - wyrwało mi się... - a ta Panienka jeszcze gorsza...Mąż w domu, dzieciaki prawie dorosłe, a Jej hormony zamiast szarych komórek w głowie siedzą...
- Warci siebie... - potwierdził Pan N.
Malownicza parka jeszcze długo kłębiła się nam w głowach...
I kłębi się do dzisiaj...
Trudno uwierzyć, że istnieje taki podgatunek...
Jeśli gdzieś jest Raj, to dla nas może wyglądać właśnie tak...
Czekając na realizację zamówienia rozkoszowaliśmy się chwilą...
Restauracja nie miała wielu Gości...Środek dnia...Ani to pora na posiłek...Ani to pora na imprezowanie...Ledwie kilka Osób zasiadało pod parasolami...
Po kilku minutach naszego pławienia się w "cudnościach" Krakowa przy sąsiednim stoliku zasiadła para...
On pod czterdziestkę...Ona pod czterdziestkę...
On mniej niż przeciętny...Ona przeciętna do bólu...
Po chwili nadałam im w myślach "ksywki":
Motyl Emanuel i Makowa Panienka...
I chociaż, Dagusia mi świadkiem, mydlanych oper nie lubię, a łzawe tasiemce przełączam natychmiast, tym razem, to co działo się przy sąsiednim stoliku przykuło moją uwagę maksymalnie...
Z resztą...
Trudno było się odseparować, bo Parka mówiła głośno, dobitnie i bez żenady...
Najpierw dowiedziałam się, że "Emanuel" genetycznie nie znosi pożyczać i posiadać pożyczonych rzeczy...
I że właśnie obchodzi urodziny...
I że nie ma zamiaru płacić za poczęstunek...
I że Jego Towarzyszka bardzo dobrze zarabia...
I że bywa gościem w domu...
I że posiada Potomka w wieku niemowlęcym...
I że jest bardzo nieszczęśliwy...
A, że jak wspomniałam, była to ożywiona dysputa, a nie monolog, więc Panienka, po każdym nowym "stwierdzeniu" Emanuela wrzucała swoje trzy grosze...
Po kilku pierwszych zdaniach, stwierdziłam ze zdziwieniem, że "Ona ma tak samo"...
Co prawda, miała "tak samo", ale trochę inaczej...
Ale "właziła" Facetowi "bez mydła i to w "biały" dzień przy Ludziach...
Czekałam z niecierpliwością, że oświadczy, iż tak jak On sika na stojąco...
Żenada...
"Emanuel" rozkręcał się na całego...Poruszał coraz bardziej drażliwe tematy...Zamawiał coraz droższe pozycje z Menu...
A Panienka potakiwała...
- Wiesz...Mnie całe tygodnie w domu nie ma...Ale jak wracam to chcę mieć zadbaną Kobietę w domu, a nie kocmołucha, który chodzi we flanelowej koszuli !! Do Fryzjera nie chodzi !! A ostatnio jak poszła i chciała się zrobić na blond, to wyszło rude...Ja bardzo lubię blond...Taki jak Twój... - wyznał Emanuel...
Panienka pokraśniała na liczku...
- Ja też nie uznaję nie zadbanych Kobiet !! - przytaknęła... - Makijaż...Fryzura...Zrobione paznokcie... - to wizytówka Kobiety !!
- Nic starania... - żalił się dalej "Motylek" - A kiedyś była taka zadbana !! - podkreślał...
- To ile jesteście po ślubie ?? - dociekała Makowa Panienka...
- Dzieciak ma trochę ponad rok...To będzie prawie dwa lata...Ale wcześniej byliśmy ze sobą kilka lat... - kombinował Emanuel, a mnie strasznie korciło, żeby sprawdzić, czy liczy na palcach...
- Jakby nie dzieciak, wcale bym się z Nią nie żenił... - i owo oświadczenie wywołało ogromną wesołość Blondynki...
- Ale mówiłeś, że masz coś na boku... - kontynuowała jak tylko przestała "rechotać"...
- Mam trzy Asystentki...Bardzo fajne Dziewczyny...Szczególnie jedna...Co prawda mężatka, ale ten Jej Mąż to fajny facet... - snuł swą opowieść Emanuel...
- Nie ma nic przeciw romansowi Żony ?? - dociekała Panienka...
- Nic nie wie...Ale przecież się nie będzie rozwodził przez mały skok w bok...On Ją bardzo kocha... - kontynuował Motylek...
- A ile Ona ma lat ?? - rzuciła pytanie Blondyna...
- Dwadzieścia osiem... - usłyszałam odpowiedź i zrobiło mi się żal tych Ludzi...
- Oooo...To sporo młodsza ode mnie...- z żalem w głosie oznajmiła Makowa Panienka...
- Nie przesadzaj... - z nonszalancją skarcił Ją Emanuel... - Ty to inna kategoria...
I temat wrócił do Żony...
Epitet za epitetem...
Krytyka za krytyką...
Przyznam, że nawet trudno mi określić, które z tej "pary" wykazało się większą podłością...
Jedno można było wywnioskować...
Ta Żona to zła Kobieta była...
- I co zamierzasz ?? - zapytała Panienka...
- Rozwód...Tylko jedno rozwiązanie widzę...Przecież nie będę trwał w takim związku...- podsumował Emanuel wychylając kolejny kieliszek wódki...- Ty wiesz, że Ona nawet spakować się nie umie ?? Wszystko zawsze na ostatnią chwilę zostawia...Żeby chociaż raz zarezerwowała jakiś stolik w knajpce, albo jakiś wypad za miasto...Nic !!
- Nudna jest...- podsumowała Makowa Panienka...
- Ty to co innego... - wymruczał Motylek...
W "mydlanych operach" w tym momencie pewnie następują litery końcowe i zapowiedź kolejnego odcinka, ale nasza "opera" zakończyła się bardziej przyziemnie...
Zapłaciliśmy rachunek i opuściliśmy nasz magiczny "raj"...
- Biedna ta Żona... - stwierdziłam schodząc z pomostu... - mam nadzieję, że się szybko rozwiodą to sobie jeszcze Dziewczyna życie ułoży...
- No coś Ty !! - obruszył się mój Ślubny... - Facet kłamał w każdziutkim słowie !! W życiu w takie głupoty bym nie uwierzył...
Pobajeruje...Pozanęca...Naje się do syta...Nachla ryja...Może nawet jakiś hotelik zaliczą i wróci do Żonki...
- Padalec !! - wyrwało mi się... - a ta Panienka jeszcze gorsza...Mąż w domu, dzieciaki prawie dorosłe, a Jej hormony zamiast szarych komórek w głowie siedzą...
- Warci siebie... - potwierdził Pan N.
Malownicza parka jeszcze długo kłębiła się nam w głowach...
I kłębi się do dzisiaj...
Trudno uwierzyć, że istnieje taki podgatunek...
sobota, 18 maja 2013
Powłóczyste Powłóczki, czyli giganta dzień trzeci...
- Prezydent Majchrowski powinien nam chyba przyznać jakieś honorowe obywatelstwo... - rzuciłam do Pana N. sadzając swoją "szanowną" w "Naguska"...
Ślubny roześmiał się radośnie i rozpoczął swoje w "Nagusku" kierownikowanie..
Mijane widoczki nie robiły już na mnie takiego wrażenia, jak jeszcze dwa dni temu...
Siedziałam cichutko i generowałam siły na czekające mnie wyzwanie...
"Noc Muzeów"...
Impreza, na którą wybieraliśmy się niezmiennie od kilku lat, i która do dnia dzisiejszego była poza naszym zasięgiem...
Dzisiaj mógł nam przeszkodzić tylko cyklon, albo inne tornado...
Cieszyliśmy się jak dzieci...
Program Imprezy wręczony nam przez Panią Bileterkę w Ogrodzie Botanicznym powodował, co prawda, lekką traumę, bo się okazało, że wybór Imprez z tej "Magicznej Nocy" jest poza zasięgiem mojej percepcji, ale w końcu decyzja zapadł...
Najpierw "Podziemia Rynku", a potem się zobaczy...
No toś my zobaczyli...
Ustawieni na samym koniuszku tej malowniczej kolejki trwaliśmy przez chwilę w swoich postanowieniach...
- Idź zasięgnąć języka...- szepnął mi do ucha konspiracyjnie Pan N.
Od razu poczułam w sobie pierwotne instynkty Zdobywcy...
Kiedy wróciłam po kwadransie z niewyraźną raczej miną, Pan N. powitał mnie...
- Już wiem...Spotkałem Znajomego...Nie ma opcji...
- Niestety...Do północy raczej się nie wciśniemy...Była dziewiętnasta...
Nasze plany runęły w Podziemia...
- Gdzie teraz...?? - zapytał Ślubny...
- Barbakan...!! - prawie krzyknęłam i ruszyłam przyczepiona do łapki Pana N.
Kiedy człapaliśmy sobie niespiesznie w oczy rzucił mi się dziwny obraz...
Dom Jana Matejki i ...
Puste drzwi wejściowe !!
Takiego szczęścia to ja się nie spodziewałam...
Nasz plan znowu się lekko zapętlił...
W holu, jakoś odruchowo nabyłam dwie małe monetki...
- Po co nabyliśmy ową walutę ?? - zapytał Pan N.
- Nie mam pojęcia, ale dwa złote wkładu w "Janka" to nie majątek...- oświadczyłam i wspinałam się dzielnie po schodach skromnej kamieniczki...
Monetki wraz z paragonikiem wrzuciłam do kieszeni...
A niech tam...
Ekspozycji opisywać Wam nie będę, bo Każdy wie, że Jan Matejko Wielkim Artystą był...
Jego szkice to majstersztyk, że o dziełach końcowych nie wspomnę...
Ale...
W sypialni "Janka" pewnie żeście nie byli...
A to rumak Mistrza...
I chociaż "jaki jest koń każdy wie", to uwieczniany na wielu dziełach konik jest niewątpliwie eksponatem ciekawym...
Opuszczając Dam Matejki nasze buziaki wygięte już były w "banana"...
Zanim jednak dotarliśmy do Barbakanu, "potknęliśmy się" o Mury Obronne...
Kolejka, nie powiem, słusznych była rozmiarów, ale "bakcyl" już nie popuścił...
Po kilku minutach czekania, kiedy ja robiłam zakupki drobne w sąsiednim sklepiku, a Pan N. dzielnie "trzymał kolejkę", Pan Ochroniarz wrzasnął gromko...
- Kto jeszcze ma monetki !!
Ło Matko i Córko...
- My !! - odwrzasnęliśmy zgodnym krzykiem i ruszyliśmy do wejścia...
Tak rozwiązała się tajemnica wydanych odruchowo dwóch złotych...
"Noc Muzeów" to Impreza bezpłatna, ale jeśli wesprzesz chociaż jedno z Muzeów, to wejścia na kolejne ekspozycje masz...
Poza kolejnością !!
Nie do wszystkich rzecz jasna, ale do większości...
Uffff...
- Świetnie zainwestowaliśmy nasze pieniądze !! - wysapałam wdrapując się po wąziutkich schodkach...
- To był wyśmienity pomysł... - potwierdził Ślubny człapiąc za mną...
Widok z Murów Obronnych na Kościół Mariacki...I tłumy snujących się Turystów...
Rozmodlona postać w Kaplicy na Murach Obronnych...
Jeszcze jedne schodki i dotarliśmy w końcu do Barbakanu...
Tym razem od razu poszłam do Pani Ochroniarki...
Bingo !!
Barbakan tętnił życiem...Tłumy zwiedzających...Pantomima...Walki rycerskie...Scenki obyczajowe...Muzyka...Gwar...
Po prostu...Cudności !!
Jeśli do tej pory nie kochała bym Krakowa, to moje serducho dzisiaj właśnie by poległo...
Magia...Prawdziwa magia...
I coś, czego nikt z Was w Krakusowie nie doświadczy...Nie zobaczy...Nie dotknie...Nie przeżyje...
Rozkoszny pyś Ptysia, czyli Pan N. po konsumpcji białej czekolady z wiśniami i gałką loda waniliowego...;o)
Ślubny roześmiał się radośnie i rozpoczął swoje w "Nagusku" kierownikowanie..
Mijane widoczki nie robiły już na mnie takiego wrażenia, jak jeszcze dwa dni temu...
Siedziałam cichutko i generowałam siły na czekające mnie wyzwanie...
"Noc Muzeów"...
Impreza, na którą wybieraliśmy się niezmiennie od kilku lat, i która do dnia dzisiejszego była poza naszym zasięgiem...
Dzisiaj mógł nam przeszkodzić tylko cyklon, albo inne tornado...
Cieszyliśmy się jak dzieci...
Program Imprezy wręczony nam przez Panią Bileterkę w Ogrodzie Botanicznym powodował, co prawda, lekką traumę, bo się okazało, że wybór Imprez z tej "Magicznej Nocy" jest poza zasięgiem mojej percepcji, ale w końcu decyzja zapadł...
Najpierw "Podziemia Rynku", a potem się zobaczy...
No toś my zobaczyli...
Ustawieni na samym koniuszku tej malowniczej kolejki trwaliśmy przez chwilę w swoich postanowieniach...
- Idź zasięgnąć języka...- szepnął mi do ucha konspiracyjnie Pan N.
Od razu poczułam w sobie pierwotne instynkty Zdobywcy...
Kiedy wróciłam po kwadransie z niewyraźną raczej miną, Pan N. powitał mnie...
- Już wiem...Spotkałem Znajomego...Nie ma opcji...
- Niestety...Do północy raczej się nie wciśniemy...Była dziewiętnasta...
Nasze plany runęły w Podziemia...
- Gdzie teraz...?? - zapytał Ślubny...
- Barbakan...!! - prawie krzyknęłam i ruszyłam przyczepiona do łapki Pana N.
Kiedy człapaliśmy sobie niespiesznie w oczy rzucił mi się dziwny obraz...
Dom Jana Matejki i ...
Puste drzwi wejściowe !!
Takiego szczęścia to ja się nie spodziewałam...
Nasz plan znowu się lekko zapętlił...
W holu, jakoś odruchowo nabyłam dwie małe monetki...
- Po co nabyliśmy ową walutę ?? - zapytał Pan N.
- Nie mam pojęcia, ale dwa złote wkładu w "Janka" to nie majątek...- oświadczyłam i wspinałam się dzielnie po schodach skromnej kamieniczki...
Monetki wraz z paragonikiem wrzuciłam do kieszeni...
A niech tam...
Ekspozycji opisywać Wam nie będę, bo Każdy wie, że Jan Matejko Wielkim Artystą był...
Jego szkice to majstersztyk, że o dziełach końcowych nie wspomnę...
Ale...
W sypialni "Janka" pewnie żeście nie byli...
A to rumak Mistrza...
I chociaż "jaki jest koń każdy wie", to uwieczniany na wielu dziełach konik jest niewątpliwie eksponatem ciekawym...
Opuszczając Dam Matejki nasze buziaki wygięte już były w "banana"...
Zanim jednak dotarliśmy do Barbakanu, "potknęliśmy się" o Mury Obronne...
Kolejka, nie powiem, słusznych była rozmiarów, ale "bakcyl" już nie popuścił...
Po kilku minutach czekania, kiedy ja robiłam zakupki drobne w sąsiednim sklepiku, a Pan N. dzielnie "trzymał kolejkę", Pan Ochroniarz wrzasnął gromko...
- Kto jeszcze ma monetki !!
Ło Matko i Córko...
- My !! - odwrzasnęliśmy zgodnym krzykiem i ruszyliśmy do wejścia...
Tak rozwiązała się tajemnica wydanych odruchowo dwóch złotych...
"Noc Muzeów" to Impreza bezpłatna, ale jeśli wesprzesz chociaż jedno z Muzeów, to wejścia na kolejne ekspozycje masz...
Poza kolejnością !!
Nie do wszystkich rzecz jasna, ale do większości...
Uffff...
- Świetnie zainwestowaliśmy nasze pieniądze !! - wysapałam wdrapując się po wąziutkich schodkach...
- To był wyśmienity pomysł... - potwierdził Ślubny człapiąc za mną...
Widok z Murów Obronnych na Kościół Mariacki...I tłumy snujących się Turystów...
Rozmodlona postać w Kaplicy na Murach Obronnych...
Jeszcze jedne schodki i dotarliśmy w końcu do Barbakanu...
Tym razem od razu poszłam do Pani Ochroniarki...
Bingo !!
Barbakan tętnił życiem...Tłumy zwiedzających...Pantomima...Walki rycerskie...Scenki obyczajowe...Muzyka...Gwar...
Po prostu...Cudności !!
Jeśli do tej pory nie kochała bym Krakowa, to moje serducho dzisiaj właśnie by poległo...
Magia...Prawdziwa magia...
I coś, czego nikt z Was w Krakusowie nie doświadczy...Nie zobaczy...Nie dotknie...Nie przeżyje...
Rozkoszny pyś Ptysia, czyli Pan N. po konsumpcji białej czekolady z wiśniami i gałką loda waniliowego...;o)
piątek, 17 maja 2013
Gordyjka na gigancie...Dzień drugi...:o)
-A wiecie, że jutro na Rynku jest Festiwal Nauki ?? - zapytała Synowa w czasie naszego środowego spacerku...
- Festiwal Nauki ?? - zapytałam i ślinotok pociekł mi po brodzie... - to cudnie !! - dodałam...
To była prawdziwa promocja, bo w czwartek też mieliśmy Królewskie Miasto nawiedzić...Tym razem, w planach była prezentacja produktów jednego z naszych Dystrybutorów i spacerek nad Wisełką...Festiwal na Rynku wpisał się w plany idealnie...
Ruszyliśmy więc raniuśko...
Najpierw nawiedziliśmy jeden z krakowskich obiektów sportowych...Stadion Cracovii...To tam właśnie zaprosił nas Dystrybutor i muszę przyznać, że i obiekt, i sam sposób organizacji bardzo się nam podobał...Nie jakieś tam standardowe Centrum Biznesowe...Ot co...
Miło było okiem "potoczyć" po zielonościach murawy i zmierzyć się z taką przestrzenią...
A potem ruszyliśmy a klasyczne wagary...
Rynek przywoływał muzyką Orkiestry dętej...
Niestety nie wiem z której Uczelni byli utalentowani młodzi ludzie, ale grali cudnie...
I w końcu, zanurzyliśmy się w "ciekawski" Tłumek...
Festiwal Nauki to taka coroczna Impreza, którą organizują Uczelnie, żeby przybliżyć potencjalnym Studentom tajniki wtłaczanych przez Nie nauk...
Było ciekawie, radośnie i malowniczo...
Fizycy i Chemicy przeprowadzali niesamowite eksperymenty, Matematycy zadawali bardzo trudne zagadki z bardzo prostymi rozwiązaniami, Historycy prezentowali tajniki zamierzchłych czasów i piękne stroje z różnych epok, Biolodzy zgłębiali tajniki "zieloności", Informatycy prezentowali dziwaczne maszynerie...
Echhh...
Aż w głowie się kręciło...
Wśród Młodzieży, która przyszła "zasięgnąć języka" i dokonać jedynie słusznego wyboru swojej przyszłości buszowały również "Nieloty" obdarowywane balonikami i Seniorzy z głowami lekko oprószonymi siwizną...
Do niektórych stanowisk trudno się było dopchać, nawet po kilku minutach oczekiwania...
Mamy wspaniałą Młodzież...
Po prostu wspaniałą...
Po takim "spotkaniu" Człowiekowi ubywa lat w momencie...
Ruszyliśmy więc na spacerek...
Najpierw Rynek...Z obowiązkowym wysłuchaniem Hejnału...
Potem czekolada z lodami w Wedlu...Punkt obowiązkowy i polecany przeze mnie niezmiennie, choćby z powodu przesympatycznej Obsługi...;o)
Potem dzielny marsz Grodzką do "Wafelka"...W błękitach "Wafelkowi" najbardziej do "twarzy"...
Potem "nasza" ławeczka nad Wisłą...
Potem pyszne żarełko na Barce u podnóża wawelskiego Wzgórza...
Potem marsz na Błonia...
A potem...
Niemiłosierny ból nóg, bo że Gordyjka "służbowy" po części ten wyjazd miała, więc "szpileczki" długo bidulce przypominały co to znaczy marsz przez Kraków na obcasach...
czwartek, 16 maja 2013
Gordyjka na gigancie...Dzień Pierwszy :o)
Wcale nie wagarowałam...Nic, a nic...Żeby nie było, że sobie labę od bloga zrobiłam...
Pracowałam !!
Zawzięcie i z poświęceniem !! Ależ ja się poświęcałam !!
Beatyfikację mam pewną...
Corocznie jeden z naszych Kontrahentów organizuje Targi produktowe...
Kilka lat temu, po otrzymaniu zaproszenia grzecznie odmawiałam, bo jakoś nie widziałam siebie na tego typu Imprezie...
A potem...
Potem tak się jakoś złożyło, że Pan N. miał wolne, moja Szefowa też nam błogosławieństwo dała i pojechaliśmy...A co !!
Głównym argumentem była wówczas zapowiadana piękna pogoda i spacerek nad Wisełką...
Tak, tak...
Targi odbywają się rzecz jasna w Krakowie...
Od tego pamiętnego wyjazdu trochę wody już w Wiśle upłynęło, a my załapaliśmy "bakcyla"...
Połowa maja to Targi !!
Możemy sobie popodziwiać nowości, pooglądać, podotykać, pomęczyć Producentów, a przy okazji spędzić miło czas pałaszując przygotowane dla Gości specjały...
Ależ nas tam rozpieszczają...!!
Mniammmm...
W tym roku postanowiliśmy zabrać w roli Konsultanta naszą uroczą Synową...
Syn caluśkie dnie w pracy, więc się Bidulka nudzi okrutnie...A wiadomo przecież, że z Teściami zawsze raźniej...;o)
Co z obowiązku, to z obowiązku, a potem prysnęliśmy w plener, duszyczki nakarmić...
Ogród Botaniczny Uniwersytetu Jagiellońskiego...
Ło Matko i Córko...
Cudności prawdziwe !!
A potem dopadł nas ogrodowy Łasuch i musieliśmy spróbować pewnego przysmaku...
I teraz bardzo proszę powiedzieć, co takiego jadła Gordyjka ??
Pracowałam !!
Zawzięcie i z poświęceniem !! Ależ ja się poświęcałam !!
Beatyfikację mam pewną...
Corocznie jeden z naszych Kontrahentów organizuje Targi produktowe...
Kilka lat temu, po otrzymaniu zaproszenia grzecznie odmawiałam, bo jakoś nie widziałam siebie na tego typu Imprezie...
A potem...
Potem tak się jakoś złożyło, że Pan N. miał wolne, moja Szefowa też nam błogosławieństwo dała i pojechaliśmy...A co !!
Głównym argumentem była wówczas zapowiadana piękna pogoda i spacerek nad Wisełką...
Tak, tak...
Targi odbywają się rzecz jasna w Krakowie...
Od tego pamiętnego wyjazdu trochę wody już w Wiśle upłynęło, a my załapaliśmy "bakcyla"...
Połowa maja to Targi !!
Możemy sobie popodziwiać nowości, pooglądać, podotykać, pomęczyć Producentów, a przy okazji spędzić miło czas pałaszując przygotowane dla Gości specjały...
Ależ nas tam rozpieszczają...!!
Mniammmm...
W tym roku postanowiliśmy zabrać w roli Konsultanta naszą uroczą Synową...
Syn caluśkie dnie w pracy, więc się Bidulka nudzi okrutnie...A wiadomo przecież, że z Teściami zawsze raźniej...;o)
Co z obowiązku, to z obowiązku, a potem prysnęliśmy w plener, duszyczki nakarmić...
Ogród Botaniczny Uniwersytetu Jagiellońskiego...
Ło Matko i Córko...
Cudności prawdziwe !!
A potem dopadł nas ogrodowy Łasuch i musieliśmy spróbować pewnego przysmaku...
I teraz bardzo proszę powiedzieć, co takiego jadła Gordyjka ??
poniedziałek, 13 maja 2013
Misja kosmiczna na końskim zadzie...
Kiedy przeczytałam ten tekst na Demotach, aż mi się oczy zaświeciły z radochy okrutnej...
Uwielbiam takie opowiastki na bazie faktów zbudowane, a że jeszcze temat dotyczy spraw bliskich memu sercu, to postanowiłam się z Wami ową nowinką podzielić...
Czy jadąc pociągiem zastanawialiście się kiedykolwiek, dlaczego szyny kolejowe mają akurat taki rozstaw, a nie inny ??
Dokładnie 1435 mm, czyli 4 stopy i 8 1/2 cala...
Ani mniej, ani więcej...
Nooo...Niektórzy mają więcej, ale że Naród jesteśmy demokratyczny to się będziemy większości trzymać...
Jak zawiłe musiały być obliczenia Inżynierów, że Im takie "cztery stopy i osiem i pół cala" wyszło...
Chyba że...
No właśnie...
Inżynierskie obliczenia mają się do owego rozstawu jak pięść do oka...
Owa odległość została określona na bazie końskiego zadu...
A precyzyjniej rzecz ujmując...
Dwóch końskich zadów...
I to nie jakiś byle jakich, ale starożytnych...
Nic na tym Świecie nie dzieje się bez przyczyny...
Starożytni Rzymianie, którzy zasłynęli ze swych zdolności inżynierskich, pozostawili nam w schedzie kilka nieprzeciętnych zabytków, wzorzec instalacji wodnych i drogi...
Podziw dla Ich talentów, przynajmniej w naszym Kraju powinien być ogromny, bo Ich drogi przetrwały do dzisiaj w niezłym stanie, a nasze jednej zimy przetrwać nie mogą...
Ale nie w tym rzecz...
Starożytni Rzymianie budowali drogi z sensem...
Jako Nacja pragnąca ponad wszystko podbić i "ucywilizować" inne terytoria, wybudowali system dróg, którymi jako zdobywcy poruszać się mieli pojazdami specyficznymi...
Tak, tak...
To wszystko przez rzymskie rydwany bojowe !!
Co prawda, ponoć, akurat ten wynalazek zapożyczyli sobie od Starożytnych Egipcjan, ale Egipcjanie jakoś mniejszą mieli siłę przebicia...
Rydwany bojowe poruszały się przy pomocy dwóch końskich zadów, w koleinach specjalnie pod te rydwany tworzonych, a rozstaw owych rydwanich kół wynosił...
Dokładnie !!
Cztery stopy i osiem i pół cala...
Rzymianie powsinogami byli strasznymi, to się im te koleiny rozwłóczyły po caluśkiej Europie...
Imperium padło...
Rydwany kurz historii przysypał...
Konie się do końskiego raju przeniosły...
A Europa rozkwitać zaczęła pięknie...
Drogi już miała...
Szkoda, że się Ci Rzymianie tak mało po nadwiślańskiej Krainie plątali...
Echhh...
W każdym razie, normy przyjęte w tych niecnych celach we wszystkich prawie Krainach zostały przysposobione...
Kolein co prawda nie tworzono, ale szerokość pozostała...
Dwa końskie zady...
Kiedy w XVI wieku, jakiś bezimienny Geniusz wpadł na pomysł pojazdów szynowych to mu z automatu wyszło, że jak ma być wygodnie i praktycznie, to trzeba szerokość owego pojazdu szynowego dostosować do ogólnie przyjętych standardów...
Rzecz się działa w górach Siedmiogrodu, bo właśnie tam torowiska drewniane odkryto w kopalnianych korytarzach...
Chciałam Wam ten wynalazek unaocznić bliżej, ale że wojna o to kolejowe pierwszeństwo trwa zawzięta między Siedmiogrodem (udokumentowanym), a Anglikami (z powodów ambicjonalnych), to nijak nie mogę na ślad owej drewnianej szyny trafić...
No dobra...
Zapytacie co mnie tak rozbawiło w owej informacji...
To spójrzcie na to :
Co ma piernik do wiatraka ??
Tfu...Tfu...Raczej co ma koński zad do promu kosmicznego...
Widzicie te dwa zbiorniki obok promu ??
Jest to SRD, czyli rakiety na paliwo stałe...
Owe rakiety, nim zostaną zamontowane muszą dojechać z fabryki, w której powstają...
A że droga prostą nie jest, więc rakiety dowożone są linią kolejową prowadzącą przez górskie tunele...
A górskie tunele z reguły drążone są na szerokość torowiska z lekkim tylko zapasikiem...
A torowiska budowane są wedle wzorców drogowych...
A wzorce drogowe zaanektowaliśmy od Starożytnych Rzymian...
A Starożytni Rzymianie szerokość drogi wyznaczyli według dwóch końskich zadów...
Czyli...
Czyli, że Pegaz wcale nie jest mitologicznym wymysłem, bo skoro "końskie zady" w kosmos latają, to przecież reszta konia musi mu towarzyszyć !!
Ot co...!!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















.jpg)
.jpg)










.jpg)
.jpg)

.jpg)
.jpg)







.jpg)
.jpg)