Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

środa, 14 grudnia 2016

Mikołajkowanie...

     Kto jest najważniejszy dla Mikołaja ?? No kto ??
Ale ja durne pytania zadaję...
     Dzieci !!
     No to opowiem Wam dzisiaj co od Mikołaja dostał pewien Chłopczyk...
Zaczęło się niewinnie...


Dokładnie tak...
A potem...Trzeba ruszyć w podróż...


Pociągiem...


Albo samochodem...


Żeby zobaczyć różne zwierzątka...


Czasem świeci Słoneczko...


Czasem można zobaczyć tęczę...


Ale na fajne wycieczki pogoda jest zawsze dobra...
A w nocy całe niebo usiane jest gwiazdami...


Jest Księżyc i kometa...


Jest Wielki Wóz i Gwiazda Polarna...


Jest Orion i jego magiczne trzy gwiazdy...


Jest również Andromeda...
     A co jest w pudełku ??


     Magiczny Świat, w którym potrzeba tylko odrobinę wyobraźni, żeby usłyszeć, żeby poczuć, żeby marzyć...

Rodzina koników pije wodę przy stajni...
Świnki odpoczywają przy bajorku, a konik wraca z pola...
Mama krowa pilnuje pod oborą, żeby cielątka zjadły obiadek...
Są owieczki i kózka...

Świat zamknięty w pudełku...
     Czyj Świat ??


poniedziałek, 12 grudnia 2016

Fabrykantka aniołków...

     Nie...Wcale nie mam zamiaru namawiać Was do czytania książek Pani Camilli Lackberg, chociaż Jej kryminały uznaję za bardzo udane...Ja tylko pożyczyłam sobie tytuł...
Kryminału nie będzie...Mordu nie dokonałam...
     Zmajstrowałam aniołki...
Tak mnie znowu "zły" podkusił...


Tak się suszyły...
     Chyba nawet coś tam sobie w tym kąciku aniołkowym mruczały, ale bardzo cichutko...
A potem wyschły...
Czas był po temu, bo przecież Mikołaj czekał nie będzie...
     Ten pojedzie do pewnej Dziewczynki, która ma stanowczo zbyt dużo na głowie i taki aniołek bardzo Jej się przyda...To jest Anusiowy Aniołek, który zamieszka niedaleko Zaścianka...

Anusiowy Aniołek...

Błękitny zamieszka w Krakusowie...Ten jest dla naszej Synowej...

Aniołek Ewelkowy...
     Ona opiekuje się bardzo ważnymi dla nas dwoma Chłopakami, więc wsparcie się przyda...;o)
     A ten zamieszka w naszej kuchni...

Złoty Aniołek...
     Każda Gospodyni wie, że w kuchni wsparcie się zawsze przyda...Dlatego Złoty Aniołek skrzydełka lekko opuścił i rękawy zakasał...;o)
No i jest jeszcze ten...
Najbardziej rozbrykany...

Rozbrykany Aniołek...
Ten zostanie z nami...
     Jakiś taki mało stateczny...Zupełnie jak my...I aureolka mu się troszkę skrzywiła od tego brykania...I kiecuszka furga mało poważnie...
     Ten będzie dla nas bardzo odpowiedni...
Jak myślicie ?? ;o)

sobota, 10 grudnia 2016

Świąteczne porządki...

Wiadro, szmata, pot na plecach
i zadarta w górę kieca.
Zapach płynu, spryskiwaczy,
bo nie może być inaczej.
Mycie, pranie, prasowanie,
układanie też na stanie,
w głowie się przebija myśl:
Czego ja nie zrobię dziś ??
Ręce mdleją, krzyż wysiada,
twarz z wysiłku całkiem blada.
Pozostały dwa tygodnie,
gdy rozsiądę się wygodnie
i gdy w głowie myśl zaświta,
myśl doprawdy znakomita...
Taka co w człowieku tkwi:
"Tyle starań dla dwóch dni ??"

czwartek, 8 grudnia 2016

Po prostu, DZIĘKUJĘ...

     Wczoraj minęło pięć lat mojego bytowania na Bloggerze...Pięć lat klepania literek...
     Nawet nie mogę napisać, że to rocznica blogowania, bo przecież zaczynałam w sierpniu 2010 roku na WP, i to tam stawiałam pierwsze kroki...
Blogger dał mi wyciszenie...
Tutaj znalazłam "swoje" klimaty...
No i, dowiedziałam się, że na "medialną bestię" to ja się nie nadaję, chociaż do dzisiaj uśmiecham się na wspomnienie sms-ów jakie dostawałam od Przyjaciół...
     "Znowu jesteś na głównej"...
Echhh...
Nie miałam pojęcia, że takie są konsekwencje blogowania na "platformach"...
Upublicznianie...
Fakt...Mój błąd...
     Dlaczego ??
     Bo nigdy nie czytywałam blogów i nie interesowałam się jakie bywają blogowania konsekwencje...
Podobno człowiek całe życie się uczy...(A głupi umiera...)
     Azyl znalazłam na Bloggerze...
     Azyl i Przyjaciół, z którymi nie rozstaję się od lat...
     Tak, tak...O Was piszę moi drodzy Czytacze...
     O Ludwiczku, który wirtualnie towarzyszy mi już od lat dziesięciu (pisywaliśmy wówczas "durnowate" lepiuchy na Interii)...
     O Jadwiniach, Joasi, Helence i Notce, które nie opuściły mojego wirtualnego Świata po przenosinach...
     I o wszystkich, których poznałam właśnie tutaj...
     Niektórych znam osobiście i "namacalnie", niektórych całkiem wirtualnie, a niektórych wcale, bo będąc moimi Czytaczami nie zostawiają nawet komentarza...
     W sumie, to powinnam napisać, że to Wasze święto, bo przecież bez Was już dawno Gordyjka odeszła by w niebyt...
Pisanie dla samej siebie to trochę kiepski interes...
     Dziękuję Wam więc za to, że jesteście...
     Dziękuję za liczbę odwiedzin, która ciągle wprawia mnie w zadziwienie...
     Dziękuję za komentarze, którymi się ze mną dzielicie...
     I dziękuję Wam za Wasze blogi, z których mogę poznać Was bliżej...
Po prostu, DZIĘKUJĘ...


wtorek, 6 grudnia 2016

Przerywnik optyczny...

     Dzisiaj nie będzie psiej opowieści, żebyście trochę odpoczęli od czarodziejskiego psa...Dzisiaj będą zajęcia praktyczne, czyli co majstruje Gordyjka, jak ją "zły" omota...
A wierzcie na słowo, mój "zły" nie próżnuje...
Ten omotał mnie już kilka miesięcy temu...
     - Gdzie jest Ewelka ?? - zapytałam Pierworodnego wypełzając z sypialni w czasie naszego włoskiego urlopowania...
     - Poszła na polowanie...- odpowiedział Syn i łobuzersko mrugnął okiem...
Aha !!
Synowa uwielbia zbierać muszelki...
Po prostu, uwielbia...
Gdyby nie ograniczenia "bagażnikowe" narzucone przez Jej Ślubnego, oszabrowała by całe wybrzeże...
Wróciła obładowana nieprzyzwoicie...
     - Dla Mamy też zebrałam !! - krzyknęła entuzjastycznie, żeby się Pierworodny nie pieklił o nadbagaż...
     Przecież się nie będzie pieklił o muszelki dla Mamuni ??
No to sprytnie wybrnęła Dziewczyna...
A mnie opętała wizja przedpokoju wyklejonego muszelkami...
     Gdzie ja upchnę taki urobek ??
I wtedy właśnie mój "zły" zachichotał...
     - Upchniesz, upchniesz...
No cóż...
     Poświęcenie Synowej na darmo iść nie mogło (trzeba było wstać o świcie, bo o 6:00 sprzątano plażę specjalnym ratrakiem)...
     Po powrocie muszelki czekały na swoją kolej, a wyobraźnia gordyjska pracowała na najwyższych obrotach...
     - Nie pamiętasz czasem...- zagaiłam nieśmiało Pana N. - Gdzie my możemy mieć akwarium ??
     Wyzwanie było potężne, bo owo naczynie było użytkowane przez nas wieki temu, kiedy posiadaliśmy kilka rybek (dokładnie tych, co to je Pierworodny chlebem z dżemem nakarmił, a rybki chlebka "nie lubieły")...
     - Pamiętam...- zadziwił mnie Pan N.
I się zaczęło...
     Szklane naczyńko przemówiło do mnie dziewiczą powierzchnią...


     W ruch poszły farby witrażowe i wykałaczki (jak na Kurę Domową Grzebiącą przystało dziobałam tymi wykałaczkami zawzięcie)...


     Kilka wieczorów później weneckie nabrzeże było gotowe...
Ale, ale...
     Przecież było jeszcze Murano, Burano i Torcello !!
No to jazda !!


Murano naprężyło się malowniczym grzbietem rumaka...
Torcello miały symbolizować muszle, jako wiekowe "skorupy"...


Wenecję podkreśliła gondola, którą nam Dzieciaki sprezentowały po pierwszym pobycie na włoskiej ziemi...


Koronkowa wstążka zwieńczyła "dzieło"...Jest i Burano...
Cały urlop w jednym miejscu...


Moja Italia...

niedziela, 4 grudnia 2016

Psie opowieści: Jak zostałem czarodziejem...cz.2


     Tak się tym wszystkim zmęczyłem, że kiedy Mama gasiła światło, to ja już spałem w koszyczku, zwinięty w kłębuszek. Miło jest przytulać się do takiej mięciutkiej kołderki. Bardzo miło…
  
     A kiedy już mocno zasnąłem, z ciemności wybiegł Boss z tymi swoimi ogromnymi zębiskami, i z ogromnym, oślinionym pyskiem, i chciał mnie capnąć, i miętosić, i podrzucać. Strasznie płakałem! Strasznie…I przebierałem chudziutkimi łapeczkami, żeby uciec pod kanapę, ale kanapa zaczęła przede mną uciekać!
Nie zdążę! Capnie mnie!
Wtedy poczułem na grzbiecie dłoń Mamy…
     - Ciiii…Psinko…Ciii…To tylko zły sen… - wyszeptała.
I Boss zniknął!
     Moja nowa Mama jest silniejsza od Bossa i wcale się nie boi oślinionego pyska!
Ja kiedyś też taki będę…
Muszę tylko się wyspać…
     A może jutro już będę miał imię?
     Nie miałem.
     Było jutro, i jutro po jutrze, a moja Rodzina nie mogła się zdecydować, jak będę miał na imię. Ciągle byłem „psiakiem”.
Już nawet przybiegałem, kiedy ktoś zawołał „psiak”.
     Przestałem bać się Bossa, już nie uciekałem przez sen, nie płakałem ze strachu. Przez całe dnie mogłem bawić się z Misiem i Żabolkiem, mogłem biegać za piłeczką, a Mama z Tata wyprowadzali mnie na spacerki, co dwie godziny.
Bardzo się starałem, żeby mnie nie oddali do Pana Właściciela, chociaż trochę tęskniłem za moją mamusią. 
Nie mogłem tylko zmusić się do picia tego białego, które Mama nalewała mi do miseczki. To bardzo dziwnie pachniało!
Podwijałem wtedy ogonek pod brzuszek i wycofywałem się tyłem z kuchni, żeby czasem to białe nie wyskoczyło na mnie z miseczki.
Fuj!
Ohyda!
Wtedy Mama brała mnie na kolana i tłumaczyła, że jestem jeszcze bardzo małym szczeniaczkiem, a małe szczeniaczki potrzebują mleczka, żeby im kostki rosły, i żeby ząbki były mocne, i żeby powyrywana sierść odrastała.
     -Chociaż spróbuj… - prosiła i podtykała mi pod nos palec umoczony w tym białym mleku.
Brr…
     Próbowałem wytłumaczyć Mamie, że to mleczko dziwnie pachnie, i że takie jest białe, i że niech mi może naleje innego zdrowego mleczka, ale Mama mnie nie rozumiała.
Dziwne te dwunogi.
Taki mały szczeniaczek jak ja rozumie wszystko, co mówią, a takie duże dwunogi i nie rozumieją nic.
     Właściwie to z tym mlekiem było coś dziwnego. Tata pił, Misiu pił, ale ani Mama, ani Żabolek nie piły. To może to mleczko muszą pić tylko chłopcy?
A przecież ja nie jestem chłopcem, ja jestem pieskiem!
Może pieski po prostu mleczka nie lubią?
Za to bardzo lubią śnieg! Chociaż śnieg też jest biały.
Nawet nie wiedziałem, że może być coś tak fajnego.
     Poszliśmy na spacerek całą moją Rodziną. Tata, Mama, Miś, Żabolek i Czaruś.
Tak, tak…
Czaruś to ja!
     Dostałem swoje imię: Czaruś, bo podobno jestem czarujący i zaczarowałem całą moją Rodzinę.
Czaruś…
Ładnie! Dużo ładniej niż Boss!
Ale wracajmy do śniegowego spaceru.
     Wychodzimy, a tam całe podwórko białe! Najpierw myślałem, że może to Mama wylała moje mleczko i tak się biało zrobiło, ale to białe wcale nie pachniało mleczkiem. Trochę bałem się iść na ten spacerek.
     Tata delikatnie pociągał za smyczkę, więc w końcu stanąłem na łapkach i zrobiłem kilka kroczków. Wtedy mi się ten śnieg jeszcze nie podobał, bo strasznie marzły mi łapki, ale kiedy Misiu i Żabolek zaczęli skakać i biegać, to i mnie się zaczęło podobać. 
Bardzo wszystkich rozśmieszałem, bo nie umiałem chodzić po tym białym śniegu, a moje nóżki były zbyt krótkie, żeby tak skakać jak Miś i Żabolek. Jak tylko podskoczyłem, to wpadałem w ten śnieg i nawet ogonka nie było widać. Dobrze, że Tata mocno trzymał smyczkę!
Mama mnie z tej białej dziury wyciągała i otrzepywała, ale jak tylko mnie stawiała to ja znowu robiłem „hyc” i już mnie nie było.
To była ekstra zabawa!
Nic jednak nie jest takie fajne jak piłeczki ze śniegu, które robił Misiek.
Robił taką piłeczkę, a potem rzucał do Mamy, do Taty i do Żabolka, ale oni wcale ich nie łapali! Oni uciekali przed tymi piłeczkami i strasznie się śmiali. A potem już wszyscy robili piłeczki, a ja je łapałem!
Bardzo lubię śniegowe piłeczki, chociaż one znikają zaraz po tym jak je złapię. Trzeba mieć duży zapas tych piłeczek, żeby się zabawa nie skończyła.
     Nasza się skończyła, jak Mama krzyknęła, że już wszyscy jesteśmy wystarczający mokrzy. 
     A przecież można się otrzepać?
     Ale Mama miała rację. Wszyscy już byliśmy bardzo zmęczenie. Mama wciągała na schody Misia, a Tata wniósł mnie i Żabolka.
     Dobrze, że Tata miał siły za troje, za siebie, za Żabolka i za Czarusia!

piątek, 2 grudnia 2016

Psie opowieści: Jak zostałem czarodziejem...


     - No to idziemy na zakupy! – powiedział dwunóg z gołym pyszczkiem – psiak potrzebuje wyprawki.
Ojej!
Nawet nie wiedziałem, że potrzebuję wyprawki!
Ale właściwie…
Co to jest wyprawka?
Dowiedziałem się po kilku minutach.
     Dwa dwunogi i ja poszliśmy do takiego sklepu, w którym jest wszystko dla piesków. Dostałem niebieską obróżkę, niebieską smyczkę, dwie miseczki, piękny koszyk z podusią i jedzenie dla szczeniaczków. Pan sprzedawca namawiał jeszcze dwunoga, żeby kupił mi witaminy, ale dwunóg powiedział, że przed wizytą u lekarza nie wolno brać witamin. Ha!
Nawet nie wiedziałem…
     Muszę się szybko dowiedzieć, co to są te witaminy, żebym nie wziął przez przypadek, bo pewnie dwunogi by się gniewały.
     Po zakupach dwunogi pozwoliły mi nawet przejść kilka kroków samodzielnie, bo miałem już obróżkę i smycz. Obróżka mi trochę spadała, bo nie było moich rozmiarów, ale dwunogi obiecały, że w domu zrobią mi dodatkowy otworek.
Jeszcze jeden?
Gdzie ten dwunóg mi chce ten otworek zrobić? W brzuszku?
     Ale mimo to dzielnie maszerowałem. Maszerowałem jeden kroczek do przodu, a dwa w tył. Piękne to było maszerowanie!
     - Zrób siku…- namawiali mnie – żeby nie było niespodzianki w rękawie! – i śmiali się do mnie.
     Nie zrobię!
Przecież kałużę zrobiłem w worku Pana Właściciela!
     Próbowałem nawet to wszystko wytłumaczyć, i te powyrywane kłaczki, i ten mokry ogonek, ale dwunogi nic nie rozumiały, pomyślały, że chcę iść na ręce.
A przecież mówiłem wyraźnie: Piii…Piii…Piii
     Ale na rękach u dwunoga też jest miło. Nawet bardzo miło.
Tak miło, że obudziłem się, kiedy wchodziliśmy do jakiegoś domu.
     Dwunóg z sierścią na pyszczku postawił moją wyprawkę na podłodze, a ten drugi powiedział:
     - Spotkaliśmy z Tatą Świętego Mikołaja! Bardzo przeprasza, że nie zdąży odwiedzić was w tym roku, ale sanie mu się zepsuły i wszędzie musi dojść na piechotę. Prosił, żeby wam przekazać prezent…
I wtedy właśnie, zaczęli rozwijać ręcznik, a ja mogłem wreszcie zobaczyć te Dzieci.
     To były małe dwunogi!
     Dziwnie chodzą, też nie mają ogonków i obydwa nie miały sierści na pyszczkach.
Tyle, że dużo głośniej krzyczą…
Te krzyczały bardzo głośno!
     Krzyczały, skakały, śmiały się i tańczyły, a duże dwunogi robiły dokładnie to samo.
Może w tym domu tak trzeba robić?
     No to i ja zacząłem biegać, skakać i kręcić się w kółko, chociaż w głowie zaczęły mi migać ściany, jak po młynku Bossa. A kiedy Dzieci trochę przycichły, zawołałem z całej siły:
     - Hau!
I wszyscy znowu zaczęli się śmiać, i tańczyć, i podskakiwać.
Nigdy jeszcze nie słyszałem, żeby się ktoś tyle śmiał!
     Byłem już bardzo zmęczony tym podskakiwaniem, bo małe szczeniaczki mają dużo mniej siły niż dwunogi, nawet takie małe jak te, więc zwinąłem się w kłębuszek i zasnąłem na środku pokoju.
     - Trzeba go urządzić! – zdecydował duży dwunóg bez sierści na pyszczku.
     No i zaczęli mnie „urządzać”. Mój koszyczek stanął koło drzwi do pokoju, miseczki w kuchni, a smyczka z obróżką zawisły na specjalnym haczyku koło kluczy. Dzieci przyniosły mi nawet zabawki, takie kolorowe i piszczące.
     Potem zabrali mnie do łazienki, wsadzili do wanny i wykąpali.
Kąpaliście się kiedyś?
To jest straszne!
     Woda nalewa się do uszu, mydliny wchodzą do oczu, nawet ogonek jest mokry, a na dodatek, pachnie się jakoś tak nie po psiemu.
Nie lubię kąpieli!
Nie lubię Bossa, aut i kąpieli.
     Ale lubię wycieranie po kąpaniu. Wielki, kudłaty ręcznik i ogromne czochranie. A duży dwunóg bez sierści na pyszczku umie czochrać wspaniale!
Muszę przekonać dwunogi, żeby przestali mnie kąpać, ale żeby mnie wycierali.
     Teraz przyszła pora na obiadek.
     Nie musiałem się czołgać do miseczki. Nie musiałem się chować pod meblami. Obiadek pachniał pięknie i cały był mój, chociaż Dzieci siedziały i czekały, czy coś zostawię. Nie zostawiłem!
     - Jesteś bardzo grzecznym pieskiem! – powiedział duży dwunóg bez sierści, a duży dwunóg z sierścią na pyszczku zapiął mi obróżkę, która teraz pasowała idealnie!
     Bo ten otworek, który mieli mi zrobić, to nie był w brzuszku, tylko w obróżce!
     Poszliśmy z dużym dwunogiem na spacer.
     W pierwszej chwili to się wystraszyłem, że znowu wrócę do Pana Właściciela i buldoga Bossa, ale dwunóg wcale nie chciał mnie oddać Panu Właścicielowi.
     Szedłem na mój pierwszy spacerek i byłem bardzo dumny. Miałem piękną, dopasowaną, niebieską obróżkę i niebieską smyczkę, a duży dwunóg bez sierści na pyszczku przed wyjściem powiedział, że w niebieskim mi do pyszczka. Nie wiem, co to znaczy, ale mnie też się podoba.
     Kiedy wróciliśmy z tego spaceru, to czekała na mnie jeszcze jedna niespodzianka. Na podłodze, koło mojego koszyka, leżała najpiękniejsza w świecie, różowa piłeczka.
Była taka piękna, że aż przysiadłem z wrażenia!
Ta piłeczka, była dużo piękniejsza, niż ta, którą miał Boss…
No i Boss nie miał Dzieci, a ja miałem!
     A Dzieci wcale nie są buldogami! Dzieci są do zabawy!
     Można się z nimi ganiać, przewracać, grać w piłeczkę, albo tarmosić kapcia…Można wszystko!
I Dzieci mają imiona.
     Dziecko-Pan nazywało się Misiek, chociaż wcale nie przypominało niedźwiadka, było duże (jak dla mnie), chude i strasznie szybko biegało, a Dziecko-Pani to była Żabolek, i też wcale nie przypominało żabki, tylko małą dziewczynkę, z dwoma warkoczykami. Żabolek nie biegał tak szybko, i nie rzucał piłeczki tak daleko jak Misiek, ale miał bardzo ładne kapciuszki, za którymi lubiłem biegać.
Pani to była Mama (mam nową Mamę !!), a Pan to był Tata.
Wieczorem Pani, to znaczy Mama, zabrała mnie na spacerek po nowym domku i tłumaczyła mi dokładnie, gdzie pieski mogą wchodzić, a gdzie nie wolno. Właściwie wszędzie było wolno, poza pokojem Misia i Żabolka.
W ich pokoju mieszkała alergia na psią sierść.
To pewnie też odmiana jakiegoś buldoga.
     Dziwne tylko, że Mama i Tata, nie wygonili tej alergii z pokoju Misia i Żabolka. Może też się jej boją, jak ja Bossa?
Taka alergia na psią sierść to musi mieć ogromne zębiska…
     Kiedy już wszystko pozwiedzałem, pooglądałem i obwąchałem, Tata ogłosił, że przed snem, wszyscy mają się zastanowić jak będę miał na imię.
     Ha! Będę miał imię!
Może Boss?
Boss to fajne imię dla psa! Przecież nie każdy Boss musi być buldogiem…
     Ja na przykład, jestem „mieszańcem miniaturki brodacza monachijskiego, ostatnim z miotu, mało udanym”. Tak powiedział Pan Właściciel, w tym pokoju ze śliskim blatem. Podobno też, mam być niezbyt duży, ale dzielny.
Ciekawe, co to wszystko znaczy?
     Tak się tym wszystkim zmęczyłem, że kiedy Mama gasiła światło, to ja już spałem w koszyczku, zwinięty w kłębuszek. Miło jest przytulać się do takiej mięciutkiej kołderki. Bardzo miło…

cdn...chyba...;o)