- No to idziemy na zakupy! –
powiedział dwunóg z gołym pyszczkiem – psiak potrzebuje wyprawki.
Ojej!
Nawet nie
wiedziałem, że potrzebuję wyprawki!
Ale
właściwie…
Co to jest
wyprawka?
Dowiedziałem
się po kilku minutach.
Dwa dwunogi i ja poszliśmy do takiego sklepu, w którym jest
wszystko dla piesków. Dostałem niebieską obróżkę, niebieską smyczkę, dwie
miseczki, piękny koszyk z podusią i jedzenie dla szczeniaczków. Pan sprzedawca
namawiał jeszcze dwunoga, żeby kupił mi witaminy, ale dwunóg powiedział, że
przed wizytą u lekarza nie wolno brać witamin. Ha!
Nawet nie
wiedziałem…
Muszę się
szybko dowiedzieć, co to są te witaminy, żebym nie wziął przez przypadek, bo
pewnie dwunogi by się gniewały.
Po zakupach dwunogi pozwoliły mi nawet przejść kilka kroków
samodzielnie, bo miałem już obróżkę i smycz. Obróżka mi trochę spadała, bo nie
było moich rozmiarów, ale dwunogi obiecały, że w domu zrobią mi dodatkowy
otworek.
Jeszcze jeden?
Gdzie ten
dwunóg mi chce ten otworek zrobić? W brzuszku?
Ale mimo to dzielnie maszerowałem. Maszerowałem jeden kroczek
do przodu, a dwa w tył. Piękne to było maszerowanie!
- Zrób siku…- namawiali mnie – żeby
nie było niespodzianki w rękawie! – i śmiali się do mnie.
Nie zrobię!
Przecież
kałużę zrobiłem w worku Pana Właściciela!
Próbowałem nawet to wszystko wytłumaczyć, i te powyrywane
kłaczki, i ten mokry ogonek, ale dwunogi nic nie rozumiały, pomyślały, że chcę
iść na ręce.
A przecież
mówiłem wyraźnie: Piii…Piii…Piii
Ale na rękach u dwunoga też jest miło. Nawet bardzo miło.
Tak miło, że
obudziłem się, kiedy wchodziliśmy do jakiegoś domu.
Dwunóg z
sierścią na pyszczku postawił moją wyprawkę na podłodze, a ten drugi powiedział:
- Spotkaliśmy z Tatą Świętego Mikołaja!
Bardzo przeprasza, że nie zdąży odwiedzić was w tym roku, ale sanie mu się
zepsuły i wszędzie musi dojść na piechotę. Prosił, żeby wam przekazać prezent…
I wtedy
właśnie, zaczęli rozwijać ręcznik, a ja mogłem wreszcie zobaczyć te Dzieci.
To były małe
dwunogi!
Dziwnie
chodzą, też nie mają ogonków i obydwa nie miały sierści na pyszczkach.
Tyle, że
dużo głośniej krzyczą…
Te krzyczały
bardzo głośno!
Krzyczały,
skakały, śmiały się i tańczyły, a duże dwunogi robiły dokładnie to samo.
Może w tym
domu tak trzeba robić?
No to i ja zacząłem biegać, skakać i kręcić się w kółko,
chociaż w głowie zaczęły mi migać ściany, jak po młynku Bossa. A kiedy Dzieci
trochę przycichły, zawołałem z całej siły:
- Hau!
I wszyscy
znowu zaczęli się śmiać, i tańczyć, i podskakiwać.
Nigdy
jeszcze nie słyszałem, żeby się ktoś tyle śmiał!
Byłem już bardzo zmęczony tym
podskakiwaniem, bo małe szczeniaczki mają dużo mniej siły niż dwunogi, nawet
takie małe jak te, więc zwinąłem się w kłębuszek i zasnąłem na środku pokoju.
- Trzeba go urządzić! – zdecydował
duży dwunóg bez sierści na pyszczku.
No i zaczęli mnie „urządzać”. Mój koszyczek stanął koło drzwi
do pokoju, miseczki w kuchni, a smyczka z obróżką zawisły na specjalnym haczyku
koło kluczy. Dzieci przyniosły mi nawet zabawki, takie kolorowe i piszczące.
Potem zabrali mnie do łazienki, wsadzili do wanny i wykąpali.
Kąpaliście
się kiedyś?
To jest
straszne!
Woda nalewa
się do uszu, mydliny wchodzą do oczu, nawet ogonek jest mokry, a na dodatek,
pachnie się jakoś tak nie po psiemu.
Nie lubię
kąpieli!
Nie lubię
Bossa, aut i kąpieli.
Ale lubię
wycieranie po kąpaniu. Wielki, kudłaty ręcznik i ogromne czochranie. A duży
dwunóg bez sierści na pyszczku umie czochrać wspaniale!
Muszę
przekonać dwunogi, żeby przestali mnie kąpać, ale żeby mnie wycierali.
Teraz przyszła pora na obiadek.
Nie musiałem się czołgać do
miseczki. Nie musiałem się chować pod meblami. Obiadek pachniał pięknie i cały
był mój, chociaż Dzieci siedziały i czekały, czy coś zostawię. Nie zostawiłem!
- Jesteś bardzo grzecznym pieskiem!
– powiedział duży dwunóg bez sierści, a duży dwunóg z sierścią na pyszczku zapiął
mi obróżkę, która teraz pasowała idealnie!
Bo ten
otworek, który mieli mi zrobić, to nie był w brzuszku, tylko w obróżce!
Poszliśmy z dużym dwunogiem na spacer.
W pierwszej chwili to się wystraszyłem, że znowu wrócę do
Pana Właściciela i buldoga Bossa, ale dwunóg wcale nie chciał mnie oddać Panu Właścicielowi.
Szedłem na mój pierwszy spacerek i byłem bardzo dumny. Miałem
piękną, dopasowaną, niebieską obróżkę i niebieską smyczkę, a duży dwunóg bez
sierści na pyszczku przed wyjściem powiedział, że w niebieskim mi do pyszczka.
Nie wiem, co to znaczy, ale mnie też się podoba.
Kiedy wróciliśmy z tego spaceru, to czekała na mnie jeszcze
jedna niespodzianka. Na podłodze, koło mojego koszyka, leżała najpiękniejsza w
świecie, różowa piłeczka.
Była taka
piękna, że aż przysiadłem z wrażenia!
Ta piłeczka,
była dużo piękniejsza, niż ta, którą miał Boss…
No i Boss
nie miał Dzieci, a ja miałem!
A Dzieci
wcale nie są buldogami! Dzieci są do zabawy!
Można się z
nimi ganiać, przewracać, grać w piłeczkę, albo tarmosić kapcia…Można wszystko!
I Dzieci
mają imiona.
Dziecko-Pan nazywało się Misiek, chociaż wcale nie
przypominało niedźwiadka, było duże (jak dla mnie), chude i strasznie szybko biegało, a
Dziecko-Pani to była Żabolek, i też wcale nie przypominało żabki, tylko małą
dziewczynkę, z dwoma warkoczykami. Żabolek nie biegał tak szybko, i nie rzucał
piłeczki tak daleko jak Misiek, ale miał bardzo ładne kapciuszki, za którymi
lubiłem biegać.
Pani to była
Mama (mam nową Mamę !!), a Pan to był Tata.
Wieczorem Pani, to znaczy Mama, zabrała mnie na spacerek po
nowym domku i tłumaczyła mi dokładnie, gdzie pieski mogą wchodzić, a gdzie nie
wolno. Właściwie wszędzie było wolno, poza pokojem Misia i Żabolka.
W ich pokoju
mieszkała alergia na psią sierść.
To pewnie
też odmiana jakiegoś buldoga.
Dziwne
tylko, że Mama i Tata, nie wygonili tej alergii z pokoju Misia i Żabolka. Może
też się jej boją, jak ja Bossa?
Taka alergia
na psią sierść to musi mieć ogromne zębiska…
Kiedy już wszystko pozwiedzałem,
pooglądałem i obwąchałem, Tata ogłosił, że przed snem, wszyscy mają się
zastanowić jak będę miał na imię.
Ha! Będę
miał imię!
Może Boss?
Boss to
fajne imię dla psa! Przecież nie każdy Boss musi być buldogiem…
Ja na przykład, jestem „mieszańcem miniaturki brodacza
monachijskiego, ostatnim z miotu, mało udanym”. Tak powiedział Pan Właściciel,
w tym pokoju ze śliskim blatem. Podobno też, mam być niezbyt duży, ale dzielny.
Ciekawe, co
to wszystko znaczy?
Tak się tym wszystkim zmęczyłem, że kiedy Mama gasiła
światło, to ja już spałem w koszyczku, zwinięty w kłębuszek. Miło jest
przytulać się do takiej mięciutkiej kołderki. Bardzo miło…
cdn...chyba...;o)