Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

piątek, 18 grudnia 2015

Szpitalne procedury - wierutne bzdury...

     Obudził mnie sygnał telefonu...     - Miałem wypadek...- spokojnym głosem zakomunikował Pan N., a moje "Matko Boska" spotkało się w eterze z "nic mi się nie stało" Pana N. ...
Ufff...
     Po pierwszych słowach Ślubnego, widziałam Go już spowitego w bandaże...A bywało...
Od ponad trzydziestu lat pocieszam się myślą, że Żony Górników,Policjantów i Saperów mają gorzej...
Echhh...
     Pan N. opisał uszczerbek na zdrowiu, podał miejsce pobytu i uzgodniliśmy kontakt "jak coś będzie wiedział"...
     Po godzinie ciszy dzwonię...
Toż jeśli nic się nie stało, to jakim sposobem mój prawowity Małżonek milczy ??
     - Dalej siedzimy na "sorze"...- szepcze do słuchawki Pan N. - ci z czerwonymi opaskami wchodzą natychmiast, z żółtymi czekają do godziny...
     - A Wy ?? Przecież jesteście po wypadku ?? - pytam głupio...
     - My nie mamy żadnych opasek...Pisze na ścianie, że oczekiwanie do sześciu godzin...- słyszę wyjaśnienie...
Nie dręczyłam Ślubnego zbędnymi pytaniami, bo przecież "logicznym" jest, że jak mieli wypadek, dostali substancjami chemicznymi "po oczach", to zagrożenie życia nie występuje...
     Po dwóch godzinach Pan N. poprosił o dane ubezpieczeniowe, więc się nie ciskałam, bo ewidentnie, ktoś się nad Nimi ulitował...
     - Już po wszystkim...- wyczekiwane słowa zabrzmiały w słuchawce przy kolejnym połączeniu - oczy przemyte, ciała obce wygrzebane, recepta w ręce...Ale, wiesz...
I Pan N. opowiada:
     
     "Z tego "soru" pojechaliśmy windą na górę, przemaszerowaliśmy przez jeden oddział, potem przez drugi...W tych ubraniach roboczych, zafajdanych niemożliwie, śmierdzących, a tam pełna septyka...
Ludzie w szlafroczkach maszerują...Maseczki, rękawiczki...Aż strach było usiąść, żeby plam nie zostawić...I tam nas Lekarz przyjął..."

     Ręce mi opadły...Że o szczęce nie wspomnę...
A gdzie procedury ?? Gdzie higiena ??
Jak można było wpuścić trzy takie "Bomby" z zarazkami na szpitalne oddziały??
Chłopaki wnieśli całą tablicę Mendelejewa...

     Niepojęte...
  

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Opowieść przedwigilijna...

     W małym miasteczku, w którym prawie wszyscy się znają, mieszkała sobie pewna Rodzina. Wcale nie różniła się od wielu rodzin, które zamieszkiwały inne takie miasteczka...
     Był Tata, który pracował dla Rodziny...Była Mama, która dbała, żeby Rodzina była szczęśliwa...I była Córka, która dorastała otoczona miłością...
     Można Ich było spotkać na ulicy, kiedy spacerowali z uśmiechami na twarzach...Bo uśmiechali się często... 
     Nie byli ani specjalnie bogaci, ani szczególnie majętni, ale na twarzach wypisane mieli szczęście...Taka pieczęć od losu...
     Po kilku latach pojawiło się w Rodzinie kolejne dziecko...Po kolejnych, los ich doświadczył chorobą...Ale przecież byli silni swoją miłością...
I żyli sobie tak, dzień za dniem...
     Córka właśnie kończyła szkołę i snuła wspaniałe marzenia na przyszłość...Studia...Praca...Rodzina...
Wiedziała, że może swoje marzenia budować dowolnie...
Wiedziała aż do dnia, w którym musiała poinformować Rodziców, że jest w ciąży...
No cóż...
Właściwie, to tylko zmiana priorytetów...
Najpierw Rodzina...
     Może kiedyś Jej marzenia jeszcze się spełnią ??
     Ale Rodzice ciężko znieśli ową sytuację...
Ona też nie była zachwycona...
     Ojcem dziecka, które miało się urodzić, było kolega Jej Ojca...
I rówieśnik Ojca...
     To, co jeszcze kilka dni temu wydawało się fajną przygodą, teraz nabierało innego znaczenia...
Facet miał Rodzinę, miał Dzieci...
     Nie wiem, czy rozwiódł się po, czy przed gorącym romansem z Nastolatką, ale postanowił, że to właśnie Ona będzie teraz Jego nową Partnerką...
Wprowadził się do swoich nowych Teściów, którzy jeszcze kilka dni temu byli Jego przyjaciółmi...
Byli przyjaciółmi...To dobre określenie...
Od tego dnia trudno było o uśmiech w tym domu... 
     Mama musiała odpierać ataki "ludzkich języków"...Ojciec musiał pogodzić się z trudną do zniesienia sytuacją...Dziewczyna...
Dziewczyna z każdym dniem robiła się coraz smutniejsza...
Nie cieszyła Jej ani ciąża, ani pierwsze ruchy Dziecka, ani nawet szczęśliwy poród...
     Z każdym dniem docierał do Niej fakt, że jedną decyzją zniszczyła wszystko...
     Pieczęć szczęścia pokrył nalot smutku i zniechęcenia...
     Z każdym dniem warstwa tej "patyny" była coraz grubsza...
Teraz, po kilku latach nie uśmiecha się już wcale...
Nie uśmiecha się też Ojciec...Nie uśmiecha się Mama...
Nikt nie jest już szczęśliwy w tym domu...
     Chodzą ulicami tego małego miasteczka, ze smutkiem wypisanym na twarzach, a potem wracają do domu, w którym panuje smutek...
Dla Nich każde Święta są trudne...

czwartek, 10 grudnia 2015

To Rządy mają myśleć jak Naród...

     Wybory...Wybory...I po wyborach...
Ufff...
     Można by powiedzieć, bo kumulacja wyborcza trafiła nam się wręcz nieprzyzwoita...
Zapas wyborczej kiełbachy mamy na kilka lat, a służby oczyszczania miast jeszcze długo będą walczyć z zalegającymi odpadami...
I właściwie nasuwa się tylko jedna konkluzja...
     Po wyborach mamy tak, jak w tym starym, abstrakcyjnym dowcipie o tramwajach w Poznaniu...
Jeden był niebieski, a drugi skręcał w prawo...
A może to były tramwaje z Wrocławia ??
Totalna kipisz...
     Władze nam się pozmieniały radykalnie...Biało-czerwona coraz częściej zajmuje miejsce tej błękitnej z gwiazdkami...Stare "Duchy" wypełzają spod szaf...
Taka była decyzja Narodu...
Ale mnie kusi znowu, żeby spojrzeć na wybory z całkiem innej, babskiej strony...
Od ogłoszenia wyników "zły" aż mnie podszczypuje...
     Nie wiem jak Wy, ale ja mam dziwne przeczucie, że Działacze PO w dalszym ciągu nie rozumieją co się stało...Nie rozumieją i nie przyswajają rzeczywistości, jakby za chwilę mieli się uszczypnąć i obudzić w znanej sobie rzeczywistości...
Przegrali...
Można nawet powiedzieć, że przegrali z kretesem, bo porażka w wyborach prezydenckich mogła być "wypadkiem przy pracy", ale fiasko w wyborach parlamentarnych to już blamaż po całości...
Dwupak wpadek...
I nie przyswajam info, że "Mohery" zdecydowały, że niewyedukowana Młodzież popełniła wyborczy błąd...Żyłam w tej rzeczywistości przez osiem lat i ślepa, ani głucha nie byłam...
PO zamęczyło Naród swoją nonszalancją...
     Skażona jestem tym durnym, genetycznym patriotyzmem, który wymusza na mnie priorytety...
     Wzruszam się na widok rosochatych wierzb...Płaczę na hymnie...Z zapartym tchem śledzę flagę, gdy wciągają ją na maszt...Tak mam...
Ale głównym priorytetem jest dla mnie "dom-Polska"...
     Może dlatego tak bardzo polubiłam Szwajcarię, gdzie te dwa człony stanowią jedność...
     W każdym razie, śledziłam z przerażeniem jak coraz mniej jest tej naszej "biało-czerwonej", a coraz więcej "błękitnej"...
     Nie jestem wyborcą PiS-u...Nie jestem też wyborcą PO...Lewica też nie może na mnie liczyć...
     Wybieram tych, którzy moim skromnym zdaniem są dla Polski mniejszymi szkodnikami...
     Przestałam już nawet marzyć, że któreś z Ugrupować przywróci uśmiechy na twarzach moich Rodaków...
     I co mnie zastanowiło po tych wyborach ??
     PO jest świadome,że rządy PiS są dla Polski niebezpieczne (cokolwiek by to znaczyło), w czasie swoich rządów podkreślali to nie raz, nie raz powoływali się na to stwierdzenie po ogłoszeniu wyborów...I zrobili wszystko, żeby oddać władzę...Dosłownie wszystko...
Mało tego, teraz robią wszystko, żeby Społeczeństwo uwierzyło, że w czasie wyborów miało rację...
Dalej kultywują nonszalancję...Dalej prowadzą wewnętrzne wojenki...Dalej brak Im pokory...
Nie przyswajają dziwnej prawdy...
     Polska to nie jest Naród idiotów (chociaż często kierujemy się emocjami), Polska nie cierpi na zbiorową amnezję...
     Skoro Naród ma świadomość czym grożą nam rządy PiS-u, skoro przebrnęliśmy z trudem przez amok Ich poprzedniej kadencji, to pomyślcie przez chwilę...
     Ile determinacji jest w tym Narodzie, żeby skazać siebie i Polskę na taki masochizm, byle tylko dać Wam sygnał...A może wielkie "trąbienie" ??
     To nie Naród ma myśleć jak Rządy...To Rządy mają myśleć jak Naród...
Najprostsze z praw demokracji...
     Zrobiliście wiele dobrego dla mojego Kraju...Wiele dobrego i równie wiele złego...Nie macie patentu na nieomylność...I dokąd ta prawda nie dotrze do Waszej świadomości nie będziecie się nadawać nawet na Opozycję...
Aby się czemuś przeciwstawić, trzeba być konstruktywnym...Samo opluwanie Przeciwnika niczemu nie służy...Poza tym, że będzie miał ślinę na kołnierzu...
     Czy obawiam się rządów PiS-u ??
Pewnie !!
Jak każdych rządów do tej pory, i jak wszystkich, które jeszcze nastąpią...
Nie jestem nieomylna jako Wyborca...
Koryguję swoje poglądy...
Nie muszę się zgadzać ze wszystkim...
     PiS-owi życzę jak najlepiej...Za Prezydenta trzymam kciuki...Serdecznie życzę Pani Szydło łaskawości Prezesa...Bo to Oni będą kreować rzeczywistość przez kolejną kadencję...Oni będą organizować moją Polskę...
     Jeśli mi się nie spodoba ??
     Spojrzę z nostalgią na rosochate wierzby...Popłaczę przy hymnie...Wstrzymam oddech gdy będą wciągać flagę na maszt...
     A potem pójdę na kolejne wybory...
Ot, i wszystko...

 


poniedziałek, 7 grudnia 2015

Zebra w krzyżyki...

     Ja wiem, to już jest chyba zboczenie, ale nie umiem siedzieć z założonymi rękami. Jeśli tylko nadarzyć się chwilka wytchnienia, to moja mózgownica podsuwa mi miliony pomysłów, których realizacja musi nastąpić natychmiast.
No cóż...
Tak mam...
     Mogłabym poleniuchować...Poprzewracać się z boku na bok...Albo nawet podłubać w nosie...
Ale się nie da...
     Kiedy tylko usiądę ze świadomością "nicnierobienia", to zaraz w łapy pcha mi się jakieś "robienie"...
Tym razem wpadła mi w łapki igła z nitką i kawałek kanwy...
     Zakładam prywatne ZOO !!
W końcu, ktoś tak zwierzolubny jak ja, powinien mieć ZOO...
No to ruszamy !!
     Pierwszą lokatorką będzie zeberka...


Kiedy zeberka dostanie jakieś towarzystwo ??
Tego nie wiem...
     Teraz "dopadło" mnie coś innego, chociaż też rządzi igła i nitka...Ale o tym kiedy indziej...
     Prywatne, gordyjskie ZOO uważam za otwarte !!

sobota, 5 grudnia 2015

Jesień na Wrzosowisku...

     Takie krótkie są teraz dni...Strasznie krótkie...
     Jadąc na Wrzosowisko ciągle czujemy niedosyt, chociaż ból w kościach podpowiada, że nawet te kilka godzin nie zostało zmarnowanych...
     Wstajemy przed świtem, żeby towarzyszyć Słoneczku kiedy leniwie wypełza zza horyzontu...Czasem doprawdy, lekko nie ma...


     Trzeba przegonić mrok...Trzeba rozgonić chmury...A na dodatek, trzeba rozpędzić mgły...
Zapracowane to nasze Słoneczko...
     Ale kiedy już upora się ze wszystkimi przeszkodami to sprawia tak ogromną radość, że gdyby nie fakt absolutnego braku talentu w tej dziedzinie, to śpiewałabym najpiękniejsze arie świata...
No cóż...
     Skoro do śpiewania się nie nadaję, to czas brać się do pracy...


     Najpierw trzeba odwiedzić naszych "kosmitów"...


Wielu ich przybyło...
     Do każdego trzeba podejść... Z każdym trzeba się przywitać...Każdemu trzeba poprawić kubraczek i zerknąć, czy dzicy gości (zające i sarny) nie dobrali się do młodziutkich pędów...
     Jeśli się dobrze wsłucham, to "kosmici" mi opowiedzą kto ich odwiedził, czy bardzo padał deszcz, z której strony wiał wiatr...
Lubią rozmawiać...
     Tuż obok leżakują truskaweczki...


     Już gotowe do zimowania, otulone...
Niektóre ciekawie wystawiają spod agrowłókniny delikatne listeczki, jakby chciały zapytać:
     "Czy już czas ??"
Hmmm...
Zaglądam...Tłumaczę...
I doczekać się nie mogę, kiedy będę odkrywać je wiosną...
     Ale teraz muszą spać...Muszą odpocząć, żeby wiosną zaszeleścić listeczkami i zakwitnąć białymi perełkami, a potem obdarzyć nas słodziutkimi truskaweczkami...
Takie pyszne były w tym roku !!
Echhh...
Chyba czas się wziąć do pracy...
     Pan N. przygotował już nowy kompostownik...


Krząta się teraz, przygotowując "Orzeszka" do zimy...



     A ja wróciłam do stałego zajęcia...
Pielę...


     Tym razem pielę wierzbę...
Przycinam...Dosadzam...
Sporo mam jej jeszcze w repertuarze...
No cóż...
     Na wiosnę posadziliśmy 1000 sztobrów...Kilka sadzonek się nie przyjęło, ale biorąc pod uwagę jakie warunki w lecie miała wierzba, to spisała się doprawdy znakomicie...
     Zostało mi jeszcze do obrobienia jakieś osiemset sztuk, więc jakby ktoś z Was poczuł w sobie powołanie do pielenia, to zapraszam...
     Gwarantuję ból kości, mięśni, idealną ciszę i takie widoki...


Mogę dorzucić do oferty kubeczek pysznej herbatki...;o)
Bo herbatka na Wrzosowisku smakuje wyśmienicie...
Bez względu na porę roku...
     Szkoda tylko, że teraz dni są takie króciutkie...


środa, 2 grudnia 2015

Urodzinkowanie...

Ślubny uczcił swą żoneczkę,
kazał jej spakować teczkę,
pedał wcisnął, gazu dodał,
i "Naguskiem" pokierował.
Cel się łanem pola ściele
i dla ciałka są nadzieje,
bo kierunek chociaż "w przód",
oznaczony jest "do wód".
Tam, gdzie kropka jest na mapie,
może ślubna zdrówka złapie,
a że siarka ma zalety,
to pięknieją tam kobiety.
Solec Zdrój tablicą błyska,
więc odmiana jest już bliska
i baseny znalezione...
Ciałko będzie odnowione !
Woda ma walorów tysiąc,
Ślubny może nawet przysiąc,
a że żonka wodę kocha,
więc wskakuje baba płocha.
Popływała, poskakała,
na zjeżdżalni pozjeżdżała,
nawet w piłkę rundka była,
a z tym bardzo się trudziła.
Masaż krzyża, kręgosłupa,
łóżko wodne (boli pupa),
rura w pionie i w poziomie,
z wielu wrażeń liczko płonie.
Bąbel wali za bąbelkiem
i zasługi mają wielkie,
strumień płynie za strumieniem,
będzie mięśni rozluźnienie !
Dwie godziny tak brykali,
aż do innej poszli sali,
a tam cisza, każdy leży,
tu powaga się należy.
Zapach siarki i ciepełko,
nie wypada być tu pchełką !
Zegar liczy im minuty,
szybko liczy...Czy zepsuty ?
Czas do domciu ! Koniec psoty !
Nawet jeśli brak ochoty...
Żonka "zwłoki" wsadza w autko,
Ślubny wiezie żonkę wartko.
Nie zamierza myśli chować:
Może by znów poświętować ??

wtorek, 1 grudnia 2015

No i stuknął roczek...

     Z wiekiem dzień urodzin staje się bardziej prozaiczny...Już się nie czeka...Nie odlicza dni...Niektórzy nawet usiłują zapomnieć o tej dacie...
Nie to, żebym zaklinała rzeczywistość, czy usiłowała zmienić datę urodzenia...
Ot, po prostu, życie toczy się dalej...
Z resztą...
Po zeszłorocznych szaleństwach jubileuszowych, ten rok miał być rokiem wyciszenia...
Poniekąd...
     No i nadszedł...
Stuknął roczek...
     Nasze Misie przyjechały z Krakusowa i zaczęło się szaleństwo...
Najpierw były życzenia i prezencik...
Ło Matko i Córko !!
     Prezencik cudności ogromnej, tyle, że na realizację poczekać trzeba będzie pół rok...
Potem się okazało, że taki sam prezencik dostał też Pan N., jako że też niedawno miał urodzinki...Czyli radocha pełną gębusią...
Ale Dzieciaki poszły po bandzie...
     - Idziemy w czwórkę !! - zakomunikowała Synowa, i serducho matczyne załkało ze wzruszenia...
Taki koncert ?? Ze Stadem ??
Pyszności !!
     Księciunio wziął w jasyr Dziadzia (a może to Dziadzio wziął w jasyr Księciunia), w każdym razie małe i duże stópki człapały po wszystkich kątach, a z każdego kątka rozlegał się radosny śmiech...
     Księciunio jest po prostu ogromnym ładunkiem radości...
Cieszy się ze wszystkiego...
Ale przebił wszystko kiedy jadł rosołek gotowany przez Babcię...
     Pierwsza łyżeczka, uśmiech na buziulce i malutkie rączki zaczęły bić brawo !!
     - BABA !! - powiedział Księciunio i po kolejnej łyżeczce znowu bił brawo...I zaglądał do miseczki, czy Mu czasem tego rosołku nie braknie...
Mina Babci ??
Nie pytajcie...
     Babcia zaliczyła taki lot w kosmos, że trzymały ją te emocje jeszcze ze dwie godziny...
     A kiedy Księciunio brzuszek miał już pełen, Pierworodny sprzątnął miseczkę, a ja nakryłam Go ukrytego za lodówką, jak wyjadał resztki...
Ło Matko i Córko...
Młody zapragnął odświeżyć sobie smaki dzieciństwa...
A przecież, dopiero co, to dla Niego gotowałam takie rosołki... 
     Potem wylądowali u nas dwaj Mikołajowie w świecących czapeczka, bo niestety do Krakusowa nie dotrą w najbliższym czasie...
Tym razem to Księciunio miał rozdziawioną buziulkę i wypieki...
Chociaż z prezentów najbardziej podobały mu się te mikołajkowe czapeczki...
     A potem Pierworodny rozłożył nas na łopatki...Żeby nie powiedzieć, że nas znokautował jednym zdaniem...
     - Macie jakieś plany na wrzesień ?? Bo jest fajna propozycja... - i kontynuował wyliczanie szczegółów...
     Syn opowiadał z wypiekami na twarzy...Synowa przerywała dokładając detale...A nam wzruszenie odjęło mowę...
     Dzieciaki chcą z nami spędzić urlop...
     A największym Ich zmartwieniem jest fakt, że będziemy musieli jechać na dwa samochody...
Się porobiło...