Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

środa, 17 kwietnia 2013

Strach strachowi nie równy...

     Baliście się kiedyś ?? Nie tak odrobinkę, czy ciut, ciut...Ale tak na prawdę...Tak, że ciarki po grzbiecie biegały, a w gardle było sucho ??
     Wiele lat temu, kiedy mieliśmy kiełbie we łbie, a nasze Dzieciaki ledwie od ziemi odrastały, wybraliśmy się z Panem N. do Przyjaciół. 
Dzieciaki pozostały u Znajomych "na służbie". 
Posiadanie takich Znajomych było wówczas prawdziwym błogosławieństwem, bo podróże z Zaścianka stanowiły spore wyzwanie, a jedyną konsekwencją owej "służby" było opiekowanie się Potomstwem Znajomych w razie potrzeby, w rewanżu...
     Ruszyliśmy więc z Panem N. na podbój rodzinnego Miasta w składzie dwuosobowym...
     Popołudnie i wieczór spędziliśmy w sympatycznym towarzystwie, i jak to bywa w takich sytuacjach nastąpił czas powrotu w domowe pielesze...
Przyjaciele zapakowali nas do autobusu, pomachali na pożegnanie i ruszyliśmy w drogę...
     Był, bodajże październik...Noc zapadała wcześnie...Pogoda nie nastrajała do spacerów...Jechaliśmy sobie tym autobuskiem i marzyliśmy sobie w duecie...
Co będziemy robić jutro...Co kupimy sobie z "następnej wypłaty"...Gdzie ruszymy w kolejne wędrówki...
Ot, takie marudzenie w podróży...
Autobus jechał jakąś boczną drogą mijając spowite ciemnościami pola, czasem mijaliśmy jakieś mrokiem spowite budowle...
     - Gdzie my właściwie jesteśmy ?? - zapytałam Pana N.
     - Nie mam pojęcia...W polach gdzieś... - wymruczał Pan N. próbując dopatrzeć się jakiś znanych nam miejsc...
     - To chyba S. - próbowałam się domyślić...
     - No to za pół godzinki będziemy w domciu... - ucieszył się Ślubny...
     I właśnie w tym momencie Pan Kierowca wykonał lekki skręt w prawo i zaparkował na ukrytym w mroku przystanku...
     - Koniec trasy... - zakomunikował gromkim głosem...
     - Że co ?? - wyrwało się nam prawie jednocześnie...
     - Dalej nie jadę...Na dzisiaj mam koniec pracy... - stwierdził Pan Kierowca i ze zniecierpliwieniem zaczął machać rękami...
Chcąc nie chcąc wysiedliśmy z autobusu...
     Totalna pustka...
     Kilka mrocznych budynków na horyzoncie, bujne kępy pozbawionych liści krzaków, zionące czernią bajorko i zdewastowana wiata przystanku autobusowego...
     - Jak w horrorze...- wymruczał Pan N.
Zaczęliśmy studiować rozkład jazdy...
     - No to mamy pół godziny czekania... - rozszyfrowałam pokrytą bohomazami tabliczkę i otuliłam się szczelniej kurtką...
     Zaczęliśmy dreptać w kółko...
     Po mniej więcej kwadransie, do naszych uszu dotarły pokrzykiwania...
     Głosów było kilka, a słownictwo niewiele miało wspólnego z polszczyzną...
     Z mroku wyłoniło się kilku młodych ludzi...
     Pierwszy rzut oka i jasnym się stało, ze pacyfistami to Oni nie byli...
     - Tego nam jeszcze brakowało... - wyszeptał Pan N.
     Do najbliższego domu mieliśmy jakieś trzysta metrów, do świecącej latarni było jeszcze dalej...
Gromada niewiele młodszych od nas Ludzi zbliżała się...
     Odruchowo zaczęliśmy zapinać kieszenie...Pan N. wziął do pięści klucze od mieszkania...
     - Jakby co, to uciekaj...Nie patrz na mnie, tylko uciekaj...- wyszeptał i czekał na moje potwierdzenie...
Orzesz...(ko)...
Fakt, że szanse mieliśmy marne...
     Grupa doszła do przystanku...Coś tam między sobą szeptali i spoglądali na nas ukradkiem...
A my zaklinaliśmy w myślach autobus, który miał nadjechać za kilka minut...
     Znad bajorka dolatywały jakieś dziwaczne odgłosy...Wiatr tarmosił suche badyle...Na horyzoncie widzieliśmy samochody jadące drogą krajową...
Te kilka minut trwało wieki...
Widziałam po twarzy Pana N. jak bardzo jest skoncentrowany i czujny...
     Gromada stanęła kilka kroków od nas...Krzykliwa...Wulgarna...Jakby czekająca na pretekst...
Staraliśmy się nawet nie oddychać w Ich kierunku...
     Kiedy z mroków bocznej uliczki wyłoniły się światła autobusu poczułam dopiero jak bardzo mam napięte mięśnie...
Łydki mi ścierpły...Pięści zaciśnięte w kieszeniach skostniały...Bolała nawet żuchwa...
Te kilka kroków do autobusu pokonałam na uginających się kolanach...
Pan N. nie odpuszczał...Ciągle uważnie się rozglądał i monitorował zachowanie "dzikiej Gromady"...
     Ulga, którą odczuwałam w momencie kiedy autobus podjechał pierzchła kiedy wsiadłam do pojazdu...
W środku, poza Panem Kierowcą nie było nikogo...
     Gromada zajęła tył pojazdu, my siedliśmy na krzesełkach przy Kierowcy...
     Jedno spojrzenie i zrozumieliśmy się bez słów...
     Gromada szalała...
     My trwaliśmy w milczeniu...
     Kiedy po kilku minutach stanęli przy wyjściu, nadzieja w nas odżyła...Kiedy drzwi zamknęły się za nimi, odetchnęliśmy z ulgą...
     -  Dzieciaki u obcych Ludzi...- wypowiedziałam myśl, która cały czas mi towarzyszyła...
     - Nigdy by nas nie znaleźli w tych chaszczach...- wymruczał swoje obawy Pan N.
     To był ostatni raz kiedy zostawiliśmy Dzieci u Znajomych...
     Do dzisiaj, mijając owo bajoro i zdewastowaną wiatę (nic się nie zmieniło), wspominamy to traumatyczne przeżycie...
     Do dzisiaj czuję ten ścisk w żołądku i suchość w gardle...



10 komentarzy:

  1. Współczuję , znam ten strach i bardzo nie lubię takich sytuacji...
    Na szczęście aż tak nie trafiłam...

    OdpowiedzUsuń
  2. Powód do strachu racjonalny... Podobnie (chyba) czułam się, jak obok mnie w lesie przebiegła setka wygolonych młodzieńców skandująca: Kto ty jesteś/Polak mały....
    Pozdrawiam:)
    Ps. Oddaję laptopa do naprawy, więc przy dobrych wiatrach do piątku, bądź poniedziałku - odwyk od neta:(((

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spsułaś lapciaczka !! Bardzo nie ładnie...:o)

      Pamiętam ta historię...;o)

      Usuń
  3. Bardzo nie lubię takich strachów, bardzo... Bo co innego bać się, że komuś aria nie wychodzi, zupełnie co innego... To już nawet strach u dentysty jest łagodniejszy i prawie jak pieszczota.


    notaria

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pieszczota u dentysty...?? Ty masz wyobraźnię Noti...:o)

      Usuń
  4. jantoni341.bloog.pl17 kwietnia 2013 22:32

    A to Rodorek
    napędził mnie
    strachu.
    Przeżyję.
    LAW

    OdpowiedzUsuń