Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

środa, 24 lipca 2013

Bez zupki jarzynowej i kawy, nie ma żadnego zwycięstwa...

     Kiedy dotarła do nas wieść, że Gdańsk jest zagrożony, nie zastanawialiśmy się długo...
Przecież nie możemy leżakować na urlopie, kiedy jedno z piękniejszych Miast narażone jest na pirackie ataki i grabież okrutną...
W szczególności, że jedno z zagrożeń dotyczyło naszych Przyjaciół pomieszkujących w Miastach nad Wisłą i ukochanego przez nas Krakowa...
     Bladym świtem zapakowaliśmy więc trochę suchego prowiantu, broń ręczną, w której zapobiegawczo wyczyściliśmy karty pamięci (żeby się zmieściła większa ilość "Jeńców"), osiodłaliśmy naszego "rumaka" i ruszyliśmy szlakiem na północ...
Tam, gdzie kierowały się tłumy prawdziwe, by bronić naszego "okna na Świat"...
     Do Twierdzy Wisłoujście...
     Gdańsk znaliśmy "wyśmienicie"...To znaczy...Byliśmy w nim raz, jakieś dwadzieścia lat temu...
     Poruszaliśmy się wówczas komunikacją miejską i w związku z tym zwiedziliśmy jedynie edukacyjnie Westerplatte...
Dzięki życzliwości Pana Kierowcy autobusu miejskiego nie zostaliśmy na owym Westerplatte do dzisiaj...
     Tym razem korzystaliśmy z naszego rumaka "Naguska" wspieranego przez "Kaśkę"...
Ależ oni się spisali !!
"Kaśka" doprowadziła nas perfekcyjnie na miejsce...
     Można nawet powiedzieć, że była odrobinę nadgorliwa, bo doprowadziła nas do Twierdzy Wisłoujście dokładnie tam, gdzie Turystom owego dnia przebywać nie było wolno...






     Dzięki owemu sprytnemu "Kaśki" wybiegowi byliśmy świadkiem jak się nasi Wojownicy do walki przygotowują...





     Już widzę jak Wasza wyobraźnia pracuję...Jak oczami duszy widzicie skrzynie materiałów wybuchowych i innej broni siecznej targanej przez Żołnierzy do Twierdzy...
     Lipa !!
     Chłopaki i owszem, targali kosze ogromne...Ale zawartość owych koszy nic z bitwą wspólnego nie miała, poniekąd...
Ziemniaczki, marchewka, dorodne pory...
Wszak wiadomo, że głodny Żołnierz to zły Żołnierz...
Chłopaki wnosili wiktuały na zupkę jarzynową...
Mało tego...
Gordyjka została na ową zupkę zaproszona !!
     Nie skorzystałam...Fakt...Bo zupki jarzynowej nie lubię...Ale sympatię gordyjską zyskali nasi Żołnierze awansem...;o)
     A Twierdzę Wisłoujście uważam za zdobytą...





     Przynajmniej przez Gordyjkę...:o)
     Uzyskawszy informacje gdzie też ulokować się nam należy, ruszyliśmy w dalszą podróż...





     "Nagusek" zajął miejsce na promie...
To miał być jego dziewiczy rejs...
     Ledwie Pan N. przekręcił kluczyk w stacyjce pojawił się Pan Promowy...
     - Państwo na bitwę ?? - zapytał z uśmiechem...
     - Oczywiście... - przyznaliśmy zgodnie, bo widać było, że jest naszym Sprzymierzeńcem...
     - A czapeczki macie...?? - zapytał Pan Promowy z troską...
     - Mamy !! - potwierdziliśmy stan posiadania...
     - A picie macie ?? - dopytywał dalej Opiekun naszej przeprawy...
     - Mamy...- pokiwaliśmy głowami, bo jakże ruszać w bój bez napitku...
     - No to jesteście przygotowani... - potwierdził stan naszej gotowości bojowej Pan Promowy i dodał... - siądźcie sobie tam, koło tego banera...To najlepsze miejsce...Wszystko będziecie mieć jak na dłoni...
Pożegnał się z uśmiechem, a my byliśmy okrutnie wzruszeni Jego troską...
     Ruszyliśmy w drogę...





     "Nagusek" dzielnie to przetrzymał, a po kilku minutach zajął miejsce parkingowe w samym centrum wydarzeń...





     A my udaliśmy się na rekonesans, bo bitwa na nieznany terenie to nie jest betka...
Teren trzeba znać !!
     Dla niepoznaki ( gdybyśmy zostali poddani inwigilacji Wroga) głośno oświadczyliśmy, że ruszamy na poszukiwanie "kawy"...
     Kawa do zwycięstwa jest równie niezbędna jak amunicja...

wtorek, 23 lipca 2013

W Peplinie jabłuszka smakują najlepiej...

     Poranek budził się w błękitach, a nas zaczęło nosić...
     - Robimy coś ?? - zapytał Pan N.
     - Musimy jechać po chlebusia...- studziłam zapał Ślubnego.
     - To może na rowerki ?? - Pan N. nie kapitulował.
     - Na rowerki możemy...Czemu nie ?? - a że nikt nam nie podpowiedział, dlaczego nasza eskapada rowerowa jest niemożliwa, więc zapakowaliśmy trochę wody, wafelki kakaowe, jabłuszko...I w drogę...
     Łąki wokół nas od pierwszego dnia kusiły nieodpartym urokiem...
     W niedalekim sklepie wykonaliśmy czynności niezbędne do życia, czyli nabyliśmy pieczywo, i Pan N. zapytał...
     - A teraz gdzie ??
     - Możemy zobaczyć Sominki...- rzuciłam bez zastanowienia... - tak słodko się nazywają...
     Moja mózgownica nie ogarniała jeszcze, że od dwóch lat nie jeździłam na rowerze, a zastałe mięśnie i obolały kręgosłup potrzebują treningu...
     Pan N. ruszył z kopyta, a ja ruszyłam...Hmmm...Z kopytkiem ??
     Trasa naszej wycieczki biegła brzegiem Jeziora Somińskiego...Chociaż to, że jechaliśmy "brzegiem" jest znacznym nadużyciem...
Wjeżdżaliśmy w każdą malowniczą dróżkę...Przyciągała nas każda malownicza kępa drzew...I nim okiełznaliśmy nasze zapędy, mieliśmy już w "noga" kilka nadprogramowych kilometrów...
Ale jak się oprzeć...??


     W pewnym momencie z jednej z posesji wybiegł pocieszny, mały Kundelek i ruszył galopkiem za moim rowerem...
Pan N. kręcący znacznie energiczniej był kilkadziesiąt metrów dalej, a Kundelek niczym torpeda gnał na złamanie karku...
Orzesz...(ko)...
Z narzędzi obronnych miałam na nosie okulary przeciwsłoneczne...
No to przywaliłam w pedały z tych moich chudych nóżek i przyspieszyłam znacznie leniwe pedałowanie...
     - Nie dam się ugryźć !! - rzuciłam w stronę pędzącego Kundelka...
     Nie mam pojęcia co pomyślał sobie Kundelek, ale faktem jest, że (chociaż wydawało mi się to niemożliwe) jeszcze przyspieszył swój galop...
Ło Matko i Córko...
Zginę pożarta przez kaszubskiego Kundelka...
Nie ma to tamto...Takiego tempa to ja nie wytrzymam długo...Niech żre...
Kundelek dopadł roweru z prędkością światła, wyrównał bieg i...
Uradowany zaczął machać ogonem i spoglądać na mnie roześmianym pyskiem...
     - Co to za pies ?? - zapytał Pan N. oczekujący mojego "dojechania"...
     - Autochton...Chyba mu się nudziło na podwórku... - odpowiedziałam, bo Psina wcale nie wykazywała oznak agresji...
     Kundelek obwąchał Pana N., obejrzał sobie Go dokładnie, po czym przysiadł koło mnie...
     - Mamy pieska ?? - zapytał Pan N. dla ścisłości...
     - Może mu się znudzi ?? - zapytałam bardziej Kundelka niż Ślubnego...
Ale Psisko ewidentnie zachwyciło się moją jazdą...


     Po czym jak z nagła się pojawił, tak nagle stanął, zrobił krok do przodu, krok do tyłu i przysiadł niepocieszony...
To ewidentnie była granica kundelkowych możliwości (albo włości) i na przekroczenie owej granicy Kundelek paszportu nie posiadał...
Ufff...
     Pan N. postanowił, iż kuratelę nad swoją Połowicą wzmoże, bo pozostawianie mnie samopas groziło znacznym przyrostem pogłowia w naszym małżeńskim stadle...
     Polegało to głównie na krążeniu...


Ile mój Ślubny trzasnął kilometrów w tej promocji, wolę nie liczyć...
Ale, że "kopyto" ma niezłe to fakt...


     Ten drewniany mostek nad rzeką Zbrzycą obejrzeliśmy sobie "dogłębnie"...Na rowerkach...A kilka dni później przepływaliśmy pod nim kajaczkiem...Za każdym razem bolały mnie inne części ciała ;o)
     Ale wracajmy na rowerowy szlak...
     Za mostkiem ciągnęła się piękna łąka, na której pasło się spore stado krów...
Ponieważ moją rowerową opieszałość powodowała nie tylko słabsza kondycja fizyczna, ale i chęć uwiecznienia wszystkiego dla Potomnych, więc ujrzawszy malowniczy widok sięgnęłam po telefon...


     Moim celem oczywiście był bocian, który właśnie pałaszował żabki, ale kiedy ujrzałam tą modelkę z pierwszego planu zrobiło mi się żal gadziny...
     - Pięknie pozujesz Czarnulko...-odezwałam się do niej czule...- ale masz troszkę zmierzwioną grzywkę...
     W życiu nie wiedziałam, że umiem gadać po krowiemu !!


Czarnulka przystąpiła do poprawy "fryzury"...
To się nazywa Modelka !!
Biesiadujący bociek to przy niej lipa !!
Tak się śmiałam, że mało nie zaliczyłam "przyziemienia"...:o)
Zdyscyplinowana przez Pana N. ruszyłam dalej...
I...
I zobaczyłam ją...


     To jest moja chatka !! 
     No nie żeby akurat ta była moja, bo ta moją nie jest, ale taką dokładnie chatkę pożądam mieć !! 
Pożądam i pragnę...
I posiadać nie będę, bo ta chatka to jest takie moje marzenie bez procesu realizacji...
Takie marzenie na zapas, jakby mi się wszystkie inne marzenia zrealizowały...
Wtedy sobie spożytkuję marzenie o chatce...:o)
     Powzdychałam, poochałam, poachałam i pojechałam...
     Wrażenie chatki jeszcze mnie trzymało, kiedy spotkaliśmy dwa wygłodniałe żurawie...


     Malusie są, bo jeszcze sobie nie podjadły, ale widok głodomorów spowodował, że i nasze żołądki przypomniały sobie o brakach do przerobu...
     A moja poopa przypomniała mi przy okazji, że rowerowe siodełko to nie fotel przy biureczku...
     No to popas...
     Czy wiecie, że jabłuszko i kakaowe wafelki najlepiej smakują w Peplinie ??
Miód w gębie !! A po brodzie soczek się leje...
Ależ to były delicje !!

 
     W owym to właśnie Peplinie zamarzyła mi się teleportacja...
Zamknąć oczka i znaleźć się na werandzie "naszego" domku...
Parę razy nawet spróbowałam przenieść się siłą woli, ale nijak mi to nie wychodziło...
Poopsko bolało, kolanka "się trzęśli", a przed nami było jeszcze kilka kilometrów pedałowania...
Myśli, że tych kilometrów jest kilkanaście nawet nie dopuszczałam do świadomości...
Postanowiłam, że od tej chwili nie wjeżdżam na żadne górki...
Mogę jeździć po "prostym", albo leserować "z górki", ale "pod górkę" ani huhu !!
     No i zaczęła się nasza droga przez mękę...


     Pan N. zinwentaryzował w tym czasie chyba wszystkie okoliczne lasy...
Ale dotarłam...
Ledwie żywa...Obolała...Ale dotarłam...
A jakiego przyspieszenia dostałam na widok naszego Ośrodka !!
     Miałam telefon zapchany zdjęciami, w "kopytkach" około 24 kilometry i zero rozumu...;o)

poniedziałek, 22 lipca 2013

Takie sobie Miasteczko...

     Według Galla Anonima Bolesław Krzywousty zmienił ową Miejscowość w pustynię, grabiąc Ją doszczętnie...
A potem ?? 
Potem było w kratkę...
Taki historyczny "misz-masz"...
     W 1329 roku rządy rozpoczęli Krzyżacy...W 1410 roku Polacy...A to był lennem Polski...To znowu przyłączono Go do Królestwa Polskiego...By po dwudziestu latach trafił pod władzę Brandenburgii...
Traktat Wersalski pozostawił Go w granicach Niemiec...
     Do Polski powrócił po II Wojnie Światowej...Doszczętnie prawie zniszczony i wyludniony...A Jego nowi Mieszkańcy pochodzili głównie z Kresów Wschodnich...I awansem z Kresowiaków stali się Kaszubami...
     Bytów...
     Malownicze Miasteczko na Pojezierzu Bytowskim...
     Kiedy ruszamy w plener, pierwszą naszą czynnością jest wyznaczenie punktów, które chcemy odwiedzić, zobaczyć, czy zwiedzić...
Bytów otwierał listę tegorocznych "atrakcji"...
To jest Miasteczko "po naszemu"...
Klimatyczny Ryneczek...Krzyżacki Zamek...I ten spokój...
A żeby dopieścić nas jako Turystów, Bytów zafundował nam "Dni" Miasta...
Były oficjalne przemówienia, były popisy Orkiestry, były regionalne tańce...
Było znacznie więcej, ale nasz czas był znacznie okrojony i na wieczorne szaleństwa nie bardzo mogliśmy sobie pozwolić...
Ale i tak Bytów pozostawił nam bardzo miłe wspomnienia...
     Najpierw zaprosił nas do Krzyżackiego Zamku...





Potem pochwalił się pięknym krajobrazem...


 I przepięknymi ekspozycjami muzealnymi, od których po prostu nie mogłam oderwać oczu...



To dopiero piękna łąka...
Echhh...
     Po smacznym obiadku w maleńkim Barze, gdzie serwowane potrawy (wyśmienite) i ceny (niziusieńkie) wprawiły nas w wyśmienite humorki, ruszyliśmy na dalszą włóczęgę...






niedziela, 21 lipca 2013

O Dywanie z frędzelkami i groźnym Władcy Sominie...

     Do czego służy urlop ??
Urlop służy do wypoczynku...
Podobno...
Poniekąd...
Może dlatego nasz urlop zawsze nazywamy urlopkiem ??
     Faktem jest, że na Leżakowców, czy promenadowych Pełzaczy się nie nadajemy...

     7:30 Kawusia,
     8:30 Rozruch na skakance,
     9:00 Jazda na rowerze po zakupy,
   11:00 Kajaczek,
   16:00 Pływanie,
   17:00 Koniki,
   18:00 Tenis... 

    W tak zwanym "międzyczasie" drobne zajęcia domowe, toaleta, posiłki ewentualnie spacerek, bo przecież spacerkowanie nie jest wysiłkiem fizycznym ;o)
     Kiedy Siora dostała na "gadule" nasz harmonogram zajęć, kategorycznie odmówiła udziału w takim urlopkowaniu...
     Do dzisiaj zachodzę w głowę dlaczego...
No cóż...
Wolna kanapa się nie amortyzowała, a my urlopkowaliśmy się w najlepsze...
     Po rozeznaniu pieszym postanowiliśmy sprawdzić terytorium wodne...

     Jezioro Dywańskie...
     Dlaczego Dywańskie ??
     W pierwszej chwili nie mogłam pojąć co ma dywan do malowniczego akwenu...
Aż do chwili, kiedy nasze wiosła uderzyły w wodę...


     Czy widzieliście kiedyś bardziej równomierne frędzelki ??
Tak, tak...
Dokładnie tak wygląda całe wybrzeże Jeziora Dywańskiego...
Idealnie równiutkie, jakby przycięte frędzelki...
Wygląda to niesamowicie...
     Co jeszcze przemawia za prawidłowością owego nazewnictwa...??
Jezioro jest wyjątkowo spokojne, chociaż "wietrzne"...


     Przyczyną owego niespotykanego zjawiska są prawdopodobnie otaczające Jezioro lasy i pofałdowania terenu...Ledwie muskana wiatrem woda...I świetne warunki dla Żeglarzy...Szczególnie tych "raczkujących"...
     Jezioro Dywańskie ma po protu idealne warunki dla "niedzielnych" Żeglarzy i to obojętne jakim środkiem transportowym będą się poruszać...
Kajaczek ?? Proszę bardzo...
Żaglóweczka ?? Jak najbardziej...
Deseczka ?? Wybornie...
Rowerek wodny ?? Idealnie...
Bezpiecznie jak na dywanie...
     Czy ta interpretacja nazwy jest prawidłowa ??
Nie mam pojęcia...
Tak sobie to wydumałam kręcąc łepetynką z zachwytem...
     A kiedy opłynęliśmy już caluśkie Dywańskie nasze wiosła poniosły nas przez przepływ pod mostkiem w całkiem inną jeziorną Krainę...

     Jezioro Somińskie...
Wytopiskowe jezioro o powierzchni 433,1 ha...
Pamiętacie moją opowieść o kujawskiej Pani z Jeziora ??
Na Somińskim niewątpliwie rządy sprawuje Władca potężny, chmurny i surowy...
Nie znajdziecie tutaj kwitnących ogrodów...Nie ujrzycie powabnych lilii ani słonecznych kaczeńców...
     Zaraz za mostkiem ujrzeliśmy tabliczkę "ZAKAZ KĄPIELI" i przez myśl nam przemknęło, że Władca Somińskiego Jeziora nie lubi odwiedzin...


Nie lubi...
I chociaż na pierwszy rzut oka nie wydaje się mało życzliwym Gospodarzem to nieproszonych gość traktuje surowo...
     Świadomość ogromu, dwudziestopięciometrowa głębia, prądy zmierzające w sobie tylko znanym kierunku i wiatr, który ciągle wieje w oczy...
Gdziekolwiek jesteś...
W którąkolwiek stronę odwrócisz kajak...
Wiatr wieje prosto w twarz...
Taki jest Władca Somin...


     Przywitaliśmy się z Nim grzecznie, spojrzeliśmy na odległy horyzont, który był naszym celem i wróciliśmy na spokojne wody Dywańskiego...
     Jeszcze nie tym razem Panie Sominie...
     Jeszcze nie pora...


sobota, 20 lipca 2013

"Kaszubski Bór"... nasza nowa miłość :o)

     Przyszedł czas, żeby zdradzić najbardziej tajemniczą z tajemnic, czyli gdzie znaleźliśmy kolejny kawałek Raju...
Tak, tak...
Znaleźliśmy i zostaliśmy owym Rajem opętani...
Opętani zupełnie...
     Kiedy w styczniu rezerwowałam "nasz" domek, nawet nie przypuszczałam, że Kaszuby tak nas omotają...
Robiły z nami co chciały...
Zaczęły tak bardzo nami rządzić, że było nam żal czasu na sen i posiłki...
To dopiero miłość od pierwszego wejrzenia...
Pewna nie jestem, ale chyba nawet czuliśmy motylki w żołądkach...
W każdym razie wsiąknęliśmy totalnie...
     Wieś letniskowa Sominy na Pojezierzu Bytowskim...Do 8 maja 1945 roku graniczna miejscowość niemiecka...Dzisiaj niczym Perełka lśni nad brzegiem Jeziora Somińskiego...
Jeden sklep...
Jeden Bar...
Maleńki drewniany Kościółek z 1824 roku...
Cisza...Cisza...Cisza...
Czasem miałam wrażenie, że słyszę jak motyle rozkładają skrzydła...
Kilka Gospodarstw Agroturystycznych...
Dwa Ośrodki Kempingowe...
     Ośrodek "Kaszubski Bór" malowniczo położony nad Jeziorem Dywańskim wśród sosnowego lasu...
     Poranek rozpoczynaliśmy od wysłuchania koncertu na ptasie trele...Ależ to byli Śpiewacy !! Wykonawców było tylu, że nie sposób było rozpoznać, kto które partie owego wokalu wykonuje...
A potem pierwsze spojrzenie w okno i dusza się radowała...


     Zaglądający przez okienko "Nagusek" wyglądał na równie zadowolonego...Niewiele miał zajęć...Stał i wypoczywał po długiej podróży...
     Poranna kawusia...Oczywiście w pozycji klasycznego lenia...I czas się wynurzyć...
     Krok przez próg i...


Jeziorko mrugało do nas zalotnie...
Nogi same niosły nad brzeg...




     Chwilka wyciszenia i można zacząć planowanie zajęć na cały dzień...A to nie było łatwym zadaniem...O nie...
Doba była zbyt krótka...
Sił było zbyt mało...
A ciągle pozostawało coś do zrobienia...Coś gnało nas do przodu niewyobrażalną siłą...Siłą piękna...
     Wieczorkiem ledwie żywi spoglądaliśmy na "nasz" domek...


I wpełzaliśmy pod kołderki...
     Przed snem uśmiechaliśmy się na myśl o czekającym nas porannym koncercie, który zaserwuje nam Matka Natura i o magicznych miejscach, które przyjdzie nam odkryć...
Co robiliśmy przez całe dnie ??
Masę wspaniały rzeczy...
Ale o tym to już następnym razem...:o)

piątek, 19 lipca 2013

Tajemnicza tajemnica, czyli gdzie podziały się koniki ??



     No to czas na rekonesans…
     Do „przechodzenia” mamy kilka hektarów, więc nie ma co się obijać…Buciki do „dreptania” na nóżki i w drogę…
     Las przywoływał nas swoim tajemniczym szmaragdem, no i mieliśmy poważną tajemnicę do wyjaśnienia…
Mijana Stadnina świeciła pustkami…
Ani jednego „kopytka”…
Cisza i spokój…
Tylko zagubione bąki krążyły na padoku…
To akurat odpowiednie dla nas zadanie…
Ruszyliśmy po śladach…
Najpierw odkryliśmy …

 
Kotka...
Kotka, że tak powiem rezydenta…
Hmmm…
     Co prawda kotek ma cztery nóżki, ale nijak nie przypomina konika, i poza Witią, który onegdaj ujeżdżał pewnego kota z centralnej Polski, nikt się na podobny wyczyn nie porwał…
Trzeba szukać dalej…


Kolejne czworonożne stworzenie też nie bardzo się nadawało do ujeżdżania…


Chociaż, jeśli wzięli byśmy pod uwagę liczebność owych żaboli, to można by było zrobić z nich całkiem niezły zaprzęg…
Ale konisiów dalej nie widać…
To nie będzie proste zadanie…
     Błądząc po lesie znaleźliśmy lokum…


I bazę gastronomiczną…


I w końcu…
Ufff…
Znaleźliśmy !! Wszystkie !!



     Pan N. zinwentaryzował koniki, skrupulatnie pomierzył ich rozmiary i w końcu rzucił …
     - W sumie to one takie duże nie są…Możesz spróbować…W sumie to może i ja spróbuję…
     Moje gromkie „Huurrrraaa” słychać było w całej okolicy…
A popołudniu poznaliśmy naszego nowego kolegę…
     Przedstawiam Wam Mango…


     Mango to konik z charakterkiem, a dokładniej mówiąc z charakterkiem osioła i lesera...
Wystarczy spojrzeć mu w oczy i już wiadomo...
     Mango już o świcie był zmęczony...Zmęczony nicnierobieniem...Siodłany Mango to był obraz nędzy i rozpaczy, znęcania się nad zwierzętami i kilku innych paragrafów...Na padoku nigdy nie wykonał jednego ruchu ponad konieczność, jednego kroku ponad normę...
Ale w końcu coś robić musiał...
No to został naszym rumakiem...:o)
     Tak ujeżdżał go Pan N.


A tak ujeżdżałam go ja…


No i przepadliśmy z kretesem...
     Tym razem nasz urlopek nie będzie pod znakiem wiosła, rowerowego koła, czy tenisowej rakiety...Tym razem będzie to urlopek pod znakiem podkowy...:o)


czwartek, 18 lipca 2013

Początek, czyli jak poznajemy Dobrego Ducha...



     No to ruszamy…:o)
     Noc ciemna, Osiedle spowite mrokiem, panująca cisza aż wibruje w uszach…
     Echhh…
Torebki i torebeczki zapakowane, „Kaśka” już cel podróży ma wprowadzony i miarowym głosem pogania: „Skręć w lewo”…
Uśmiechy na twarzach i w drogę…
Lekko nie było…
Pogoda jakby uwzięła się, żeby nas uśpić, co kawałek „Nagusek” chrzczony jest mżawką…Każdy promień słońca witamy z radością…
Nie ma co…Zaczyna się nieciekawie…
Kiedy pobudka jest o 3-ciej w nocy to nawet przy korzystnym biometrze i pięknej pogodzie jest trudno, a nam ciągle radyjko mruczało, że "przelotne opady i mżawkę można spotkać na obszarze całego Kraju" …
Orzesz...(ko)...
Czyżby Niebiosa nie wiedziały, że właśnie zaczynamy urlopek ??
Dopiero przejazd przez Łódź podniósł nam lekko ciśnienie…
Horror komunikacyjny…
Dwa razy do roku można to jakoś przeżyć, ale żeby tak codziennie ?? 
Biedni Ci Łodzianie…
Drogi niczym szwajcarski ser, objazdy objazdów, reorganizacje ruchu…Istny kataklizm…
Dodatkowo humor nam zważył fakt, iż właśnie przestał istnieć Lokal, w którym tradycyjnie przy wyjazdach na Północ piliśmy kawusię…Pozostała sterta kamieni i kilka ścian…
      Następnym punktem „newralgicznym” miał być Toruń…
Z reguły dobijamy do Niego w godzinach komunikacyjnego szczytu, jesteśmy już nieźle umęczeni podróżą, a na dodatek w tym właśnie miejscu przestaje nadawać radio…
Echhh…
Tym razem jednak, Toruń miło nas zaskoczył…
Radyjko nadawało (i to nie „jedynie słuszną” stację), adrenalina rozszerzyła nam oczęta, a w promocji dostaliśmy nawet troszkę „błękitka” i kilka słonecznych promyczków…
Udało się nawet zrobić kilka fotek…


Chociaż upolowanie toruńskiej Starówki „bez filarów” łatwym nie był…

     Teraz to już mieliśmy przed sobą drogę „plenerową” i malowniczą, czyli pola i lasy…
     Ośrodek tonął w wilgotnych szarościach…
Widok „naszego” domku wyzwolił w nas instynkty zabójcze…
Pourywane uchwyty, zepsuta lodówka, uszkodzony telewizor…
Cóż za wandale zasiedlały owo lokum ?? 
Domki tyle co przechodziły remonty…
Ewidentnie ktoś przyjechał się wyżyć na cudzej własności…
Rozgoryczeni poszliśmy do Recepcji…
     Pani Mariola (przesympatyczna Istota, z którą konferowałam telefonicznie i mailowo już od stycznia) pospisywała wszystkie nasze „gorzkie żale” i wykonała jeden telefon…
Telefon do Osoby szczególnej…Do Pana Seweryna…
My poszliśmy coś szamać, bo urlopowy kataklizm potęgował jeszcze głód…
     Kiedy wróciliśmy do domku poustawiane już było wyposażenie zewnętrzne, czyli stoliczek i ławeczki, z rozpędu dostaliśmy nawet dwa leżaki, a Brygada Naprawcza pojawiła się po kilku minutach…
     Pan Seweryn wysłuchał, pooglądał i w pół godziny mieliśmy nową lodóweczkę, telewizorek, a uchwyty zostały solidnie przymocowane do ścian…
     Mogliśmy zacząć urlopowanie…
     Pan Seweryn okazał się być najważniejszą Personą naszego Ośrodka i Człowiekiem niezastąpionym...
Wiedział wszystko, umiał wszystko i był Dobrym Duchem...
Kiedy spotyka się takich Ludzi, Świat wydaje się jeszcze piękniejszy niż jest...
     A był piękny...