Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

środa, 28 grudnia 2016

Dziobaniny ciąg dalszy...

     Nigdy się nad tym nie zastanawialiśmy, przyszło jakoś "samo z siebie", zaraz po tym jak urodził się Pierworodny...Wszystko podporządkowaliśmy Dzieciakom...
     I bynajmniej nie mam na myśli bezstresowego wychowania...
Chodzi o rzeczy proste, które bywają uciążliwe...
Zagrożenia, które wcale nie muszą istnieć jeśli się tylko odrobinę ruszy wyobraźnię...
     I chociaż zawsze z wyprzedzeniem staraliśmy się problemy rozwiązywać, one i tak umiały się "wcisnąć"...
Znacie to ??
Echhh...
     Kiedy więc, Księciunio przyszedł na Świat nasz instynkt samozachowawczy (żeby nie napisać "dziadowski"), zadziałał...
     Ale to przegapiliśmy...
     Na jedną z "wizytacji" przystroiłam stolik obrusem...
Durna baba...
     Lubisz obrusy ?? To sobie je rozkładaj jak się "koronowana głowa" z wizytą nie wybiera !!
Dwie minuty i obrus zastąpiła skąpa serweteczka...
     I wtedy właśnie mnie olśniło, że ja takowych nakryć stołowych w majątku domowym nie posiadam, bo stare się zużyły, a nowych nie nabywałam bo...Lubię obrusy...
No cóż...
Czas zadziałać w temacie...
Czyli Dziobak w akcji...

     A że "eksperyment" to moje drugie imię, więc postanowiłam tym razem nie korzystać z żelazka, a wykrochmalone dzieło suszyć i formować metodą bardziej naturalną (i dla nici zdrowszą)...

Tak się moje "gronka" prezentowały indywidualnie...

A tak zaowocowały na stoliku...
     Bo kto powiedział, że serweta musi mieć kształt geometryczny ??
Może i ktoś powiedział...
Ale mnie przy tym nie było...;o)
     A dla dopełnienia objawów mojego szaleństwa pokażę Wam, gdzie zamieszkał "złoty aniołek"...

     Ta półeczka to mój przyszły zielnik...
Osobiście wycinana, osobiście osadzana, czyli osobista...
Z ogromnym wkładem personalnym Pana N.
  

P.S. Zielnik mi się zazielenił ze znacznym wyprzedzeniem, więc zarys zarysowanego zarysuję dokładniej...;o)


poniedziałek, 26 grudnia 2016

Stokrotki na Boże Narodzenie...

     Kiedy przesyłka do mnie dotarła pogładziłam okładkę i odłożyłam książkę na nocny stolik...Takich książek nie czyta się w biegu...
     - Będziesz moim urodzinowym prezentem !! - zakomunikowałam Książce i uśmiechnęłam się na wspomnienie delikatnej Blondyneczki, którą poznałam kilka miesięcy temu "naocznie"...
     Czas się kurczył, a ja w każdy wieczór spoglądałam na lekturę...
Kusiła...
     Z urodzinowego "zgiełku" wpadłam w "mikołajkową zadymę", a potem z kopyta musiałam się wziąć za "święta"...
Książka cierpliwie czekała...
Mnie cierpliwości zaczęło brakować...
     Jak trudno znaleźć teraz kilka chwil, żeby uciec od codzienności...
I w końcu się udało !!
     Boże Narodzenie...Wyciszenie...Filiżanka z kawą...Ciepły kocyk...
Zapachniało Stokrotkami...
     Właściwie Jedną...Ale jaką !!
     Jadwiga Śmigiera, czyli nasza blogowa Duszyczka (czyli Kwiatuszek), we wrześniu wydała swoją drugą książkę "Nadal wariuję"...
     Lektura idealna na świąteczne wyciszenie...Pełna uroku...Pełna wspomnień...Pełna Stokrotki...Chociaż można tam znaleźć również sporo informacji historyczno-geograficznych...W końcu Stokrotka to "Szwędak" pierwszej klasy...;o)
     Pominę fakt, że Jadwinia opisuje wiele miejsc szczególnie bliskich mojemu sercu, że robi to w sposób pełen nostalgii, delikatnie, jakby nie chciała narzucać swoich odczuć...Jej wspomnienia są tak normalne, tak ludzkie, tak pełne ciepła, że Czytelnik mimochodem się uśmiecha (a czasem "rży" na głos, a z oczu ciekną łzy)...
     W Boże Narodzenie przytuliła mnie Stokrotka...
     Sympatyczna Blondyneczka, która kocha swoją Rodzinę, zwierzęta, rośliny, góry, podróże, rzeźby...Blondyneczka, która kocha Świat...
     I pięknie umie o tej swojej miłości opowiadać...


     Piękne to było Boże Narodzenie Stokrotko !!
  
    P.S. Jak czytałam fragmenty o Joasi, to poczułam smak pierogów z jagodami !! Pyszne były !! ;o)

sobota, 24 grudnia 2016

Milczące Święta...

     - Idziemy na Pasterkę ?? - zapytał z nagła Ojciec, kiedy stół wigilijny został już posprzątany...
Kątem oka zauważyłam jak Mamciaśka blednie...
     - Oczadziałeś ?? - ni to zapytała, ni to krzyknęła...
Przez usta Ojca przemknął niezauważalny uśmieszek...
     - Pewnie, że idziemy !! - zakrzyknęłam ochoczo zanim doszło do małżeńsko-rodzicielskiej wymiany zdań...
Mamciaśka była przerażona...
     Ojciec ledwie dwa dni temu wrócił ze strajku...Ona była dalej "zmilitaryzowana", chociaż od kilku dni pozwolono Jej nocować w domu...Ciągle zachodziliśmy w głowę, jak można było "zmilitaryzować" PDR (Państwowy Dom Rencisty)...
     Ważne, że wrócili...
     Przez tydzień żyłam w zawieszeniu...Bez Rodziców...Bez pieniędzy...Bez nadziei...
     Dzięki życzliwości Dowódcy Posterunku, Mamciaśkę udało mi się odwiedzić...Widocznie nie wyglądałam na "wroga Ojczyzny", albo na inny "Lumperproletariat"...
     Wyglądała strasznie, chociaż nadrabiała miną...
     Martwiła się o Ojca...Martwiła się o mnie...I o tych swoich Rencistów też się martwiła...Bardzo to przeżywali...Oni przeżyli koszmar wojny, koszmar obozów koncentracyjnych...Nie rozumieli, że Polak do Polaka może strzelać...
     Nie mogłam Jej pocieszyć...Nawet przez moment nie zaświtało mi w głowie, żeby Jej opowiedzieć jak teraz wygląda Huta, chociaż byłam i widziałam...To by tylko spotęgowało Jej strach...
     - Co masz w plecaku ?? - zapytała, chociaż chyba nie chciała wiedzieć...
     - Książki...- odpowiedziałam uśmiechając się w duchu...Jeśli zajrzy, to leżę...
     W plecaku było kilka bochenków chleba, który niosłam pod Hutę...Nie, nie dla Ojca...Jego nie widziałam przez cały strajk...
     Ubieraliśmy się w milczeniu...Mamciaśka siedziała w kuchni i nawet się nie odwróciła...
     Z klatki schodowej wychodziliśmy w ciszy, w mroku majaczyły sylwetki podobnych nam Oportunistów...
Pierwsza i jedyna Pasterka, na którą szłam z Ojcem...
     Czym bliżej było Kościoła, tym tłum się zagęszczał...
     Ulicą przejechały dwie "suki"...
     Na placu pod Kościołem stali Faceci świątecznie ubrani...Górnicy...To była Ich Świątynia...
Ojciec skłonił głowę, a ja się uśmiechnęłam...
Tajny kod Spiskowców...
     - W lewej nawie UB-ecja...- usłyszałam szept...
Skręciliśmy do prawej nawy wymieniając uśmiechy...
     Przy drzwiach Kościoła stała kolejna "Kontrola"...
     - Huta...- powiedział Ojciec...- i Dziecko...
Górnik puścił do mnie "oko"...
     - My przy drzwiach bo ona mdleje...- wyszeptał Ojciec...
Ale obciach !!
Górnik kiwnął głową za zrozumieniem...
     Nie pamiętam tej Mszy...
     Trwała dwie godziny, a ja jej prawie wcale nie pamiętam...
Nie zemdlałam...
     Kiedy Kapłan powiedział: "Pokój nam wszystkim", z Tłumu rozległ się okrzyk:"a UB-ecji szambo"...
Kościół długo rozbrzmiewał radosnym śmiechem... 
     Potem wszyscy "ryknęli": "Boże coś Polskę"...
Łzy same napłynęły do oczu...
Wszyscy "kapali"...
Zapanowała cisza...
Nikt nie wychodził...
     Księża stali przy Ołtarzu i spoglądali w ten Tłum...
     Tłum patrzył na Księży...
Może czekaliśmy na cud ??
     I nagle, w tej ciszy, Ktoś zaintonował Hymn...
To był cud...
     Cud jedności...Cud braterstwa...Cud patriotyzmu...
     Po powrocie do domu zastaliśmy Mamciaśkę gotową do wyjścia...Była pewna, że nas "zgarnęli"...Na zegarze była 2:30...
     Nie odzywała się do nas przez całe Święta...

P.S. W tym roku nie będzie świątecznych życzeń...Pomyślałam sobie, że skoro nie spełniają się ani te o zdrowiu, ani te o majątku, ani nawet te dotyczące wszystkie najlepszego, więc w tym roku pominę je milczeniem...
     Podzielę się z Wami opłatkiem i pomyślę jedno pragnienie...
     Oby nikt, nigdy nie musiał przeżywać takich Świąt jak tamte z 1981 roku...      

czwartek, 22 grudnia 2016

Bombonierka...

     - Chyba musimy w przyszłym roku rozszerzyć budżet świąteczny o ozdoby... - stwierdził Pan N. kwaśno, i sceptycznie przyglądał się naszej choince...
Fakt...
Czegoś na niej brakowało...
Ozdób na pewno...
     Wykruszały się bidulki z czasem, odchodziły w niebyt "ojej się stłukło", no i w tym roku dekorowałam okna bombkami, więc zapasy topniały szybko...


     Trochę pomógł fakt, że na drugi dzień nalazłam jeszcze jeden "zasobnik" z ozdobami...Ot, tak bywa jak się przez lata dekorowało nie tylko jedną choinkę...
Tegoroczna ewidentnie zyskała na urodzie...
Chociaż poprzywiązywana ze wszystkich stron, żeby "Małe Łapki" nie zmajstrowały jakiejś katastrofy...
Ale, ale...
O bombkach miało być...
     Prawie każdy ma takie malusie świecidełka, z którymi związane są najpiękniejsze ze świątecznych wspomnień...Takie świecące "archiwum pamięci"...
     Moje archiwum wygląda tak...

     Ta, jest starsza niż ja !! I jako jedyna przetrwała kilka przeprowadzek, trud wychowawczy dwójki Dzieciaków, psa rozrabiakę...Inne poległy...Ma ponad pięćdziesiąt lat, i chociaż ząb czasu odrobinę ją "nadgryzł", trzyma się dzielnie...Choinki...;o)

     To jest Balbina, albo Fruzia...Tak ją nazwałam mając około pięć lat...Mamciaśka wówczas wydała ogromne pieniądze na trzy takie cudeńka...Był jeszcze "pajacyk" i "koszyczek"...Bez Balbiny nasza choinka byłaby niekompletna (chociaż przez kilka lat wieszałam ją z tyłu, dla jej osobistego bezpieczeństwa)...;o)

     Przypuszczam, że jest to jeden z najstarszych bałwanków...Ma ponad czterdzieści lat i totalnie nic sobie nie robi z odwilży (nawet tych politycznych)...Z racji wieku niestety "zaniewidział" na jedno oczko...To historyczna zasługa Cezarego, który do owego bałwanka zapałał gorącym afektem...Bałwanek zawsze wisiał nisko (z racji wagi), a Cezary uwielbiał leżakować pod choinką...Obaj się nie mieścili...

     Te niebożątka mają po prawie trzydzieści lat...Kupiłam je naszym Dzieciakom, kiedy byliśmy biedni jak te myszy kościelne, a nasze Dzieciaki pod choinką znajdywały raczej ciuchy niż zabawki i słodycze...Zapłaciłam za nie po pięć zeta i do dzisiaj pamiętam swoją rozrzutność (wbrew genetyce)...


     A tego "dziwoląga" sama zmalowałam...No cóż...Kiedyś byłam Dekoratorką bombek choinkowych...I jeśli myślicie, że to jest lekka praca, to jesteście w bardzo poważnym błędzie...Ręczne malowanie bombek to ciężka praca fizyczna...Bolą dłonie...Bolą ramiona...Bolą krzyże...Po takiej dniówce boli w zasadzie wszystko...
Ale lubiłam to robić...
To tak jakby człowiek przez cały rok obchodził Boże Narodzenie...;o)

wtorek, 20 grudnia 2016

Modlitwa Obywatela...

Niestety, wiem to nie od dziś,
że jaja robi z nas PO-PiS,
że z "Magdalenką" poszli w tany
i ustawili nas pod ściany.
I choć nie wiedzieć chyba wolę,
"cyrk" powstał przy okrągłym stole.
Te resortowe "Dzieci"-kwiaty,
los zgotowały nam nijaki.
Gdy jedni rządzą, drudzy krzyczą,
strasząc i nazywając dziczą.
Patrzymy na to dzień po dniu,
czasem brakuje w piersiach tchu.
Sprzedadzą wszystko i zakłamią,
bo demokracją Naród mamią,
I choć "krzyżyki" im stawiamy,
to jaki wybór w sumie mamy ??
Nie ma N.owego, co Naród zjednoczy,
bo nawet w N.owym "trupy" wchodzą w oczy.
Marazm, prywata, machloje i kłamstwa,
PO-PiS obłudy, mizerii i chamstwa...
Co pozostaje ?? Oczy w niebo wznosić ??
I zmiłowania Najwyższego prosić ??
Z milionów gardeł wydobyć wołanie ??
Od takich rządów zachowaj nas panie !!

niedziela, 18 grudnia 2016

Zła kobieta...

     Ponoć Policja bardzo nie lubi kiedy zdarzenie ma zbyt wielu świadków...Ponoć, bo nigdy Policjantką nie byłam, a moje doświadczenia ze Śledczymi są żadne...Powodem owego "nielubienia" jest fakt, iż czym większa liczba świadków, tym większy zamęt i dowolna ilość wersji wydarzeń...
     Już "starożytni" mawiali, że kąt widzenia zależy od kąta siedzenia...;o)
     Moją opowieść ograniczę więc, do dwóch wersji...
     Dla rozeznania sytuacyjnego określę bohaterów opowieści jako: On i Ona...

     On poszedł do pracy na popołudniową zmianę...Około 15-tej otrzymał powiadomienie, że przesyłkę pocztową awizowano, ponieważ nikogo nie było w domu...
Nikogo ?? A Ona ??
     Zgodnie z panującym zwyczajem wysłał "przekazaniem" treść wiadomości i czekał na odzew...
Cisza...
Ki czort ??
Wysłał sms-a...
Cisza...
Wysłał maila...
Cisza...
Postanowił zadzwonić...
     Ona czasem nie zerkała w pocztę, czasem wyciszała komórkę, ale żeby aż tak ?? Niemożliwe !!
A może zasłabła ??
     Niby zawsze zdążyła wezwać pomoc, albo poszukać "cywilizacji", ale może nie zdążyła ??
     A może wzięła się za jakieś durne porządki, spadła z drabiny i leży połamana ??
     Kumpla żona wyszła tylko po chleb, a skończyło się na tytanowych połączeniach stawu kolanowego !! A kobitka leżała połamana na podwórku przez ponad godzinę...
     A Jadwinia ??!! Jakby nie Mirek to by się udusiła własnym językiem bo dostała wylewu...
Kolejny telefon...
Minuty mijają...
Komórka milczy...
     Ruszył w stronę dyspozytorni, żeby załatwić wolne, wezwać taksówkę i jechać do domu...
     Musiało coś się stać !!
Czasem tylko "oki", ale zawsze odpowiadała...
Znowu dzwoni...
Od ponad godziny usiłuje się skontaktować...
     "Poczekam do 17-tej" - myśli, to tylko pół godziny...
Dzwoni...
     - Hello !! - słyszy radosny głosik...
Powietrze z Niego uchodzi...
     - Co się stało ?? - pyta zmienionym głosem...
     - Nic...- odpowiada Ona...- Na zakupach jestem...Oddzwonię jak dotrę do domku...

     On poszedł do pracy...
     "Może by iść na zakupy ?? Kilku prezentów jeszcze brakuje..." - pomyślała Ona i trochę niechętnie, bo sporo miała w domu do zrobienia, wybrała się na zakupy...
     Ostatnim odruchem wsadziła do kieszeni w spodniach komórkę...
     Co jakiś czas zerkała na wyświetlacz, bo miało przyjść info o przesyłce, ale powiadomienia nie było...
     Potem coś "zawibrowało" raz, czy dwa, ale była już nieźle obładowana, więc postanowiła sprawdzić wyświetlacz w kolejnym sklepie...
Dreptała niezbyt spiesznie, bo przed sobą miała najwyższą górkę...
Kiedy dotarła do sklepu komórka "zawibrowała" kolejny raz...
     -Hello !! - zawołała radośnie...
Cisza...
     - Co się stało ?? - usłyszała Jego zmieniony głos...
Potem zerknęła na wyświetlacz...
Sms-y, połączenia nieodebrane...
Zadzwoniła zaraz po dotarciu do domku...
     - Dotarłam !! Cała i zdrowa...Wszystkie kończyny w porządku...Już możesz spokojnie popracować...Nigdzie się nie ruszam...Na taborety nie wchodzę...Bidulek jesteś...
     Dokładnie widziała co przeżył przez tą godzinę...
Horror...
Czym dłuższa cisza tym tragiczniejsze domysły...

     Tak, tak...To Wasza Gordyjka zmajstrowała Ślubnemu taki horrorek i znaczny wzrost ciśnienia...Jam to, nie chwaląc się uczyniła...
     I do dzisiaj mam ogromne wyrzuty sumienia, bo nawet sobie wyobrazić nie chcę co ten mój Chłopak umiłowany przeżył przez tą godzinę...
     Gordyjka to zła kobieta jest !! ;o)

piątek, 16 grudnia 2016

Dziwny dziobak...

     Wszystkie dziwne stwory mają gdzieś swoje korzenie...Powstały z jakiegoś powodu, lub z jakiejś przyczyny...Czasem trzeba sięgnąć w zamierzchłe czasy, czasem spojrzeć w przyszłość...Historię tego dziwnego stwora znam dobrze...
     Moja Babcia (zwana tutaj Baba Jagą) była Krawcową...Nie mam pojęcia, czy z wykształcenia, bo Baba Jaga ze mną nie rozmawiała wylewnie, ale w czasie II wojny światowej utrzymywała swoją Rodzinę właśnie tak...Szyła i dziergała...Była niezła w "te klocki", bo schorowany Mąż (czyli Dziadzio Stefan) i dwoje Dzieci, jakoś zawieruchę wojenną przetrwało...
Była na tyle dobra, że po wojnie (już z czwórką Dzieciaków) pozostała wierna tej swojej "dziobaninie", a ja w dzieciństwie zaliczyłam traumę "szpilek w pupie", wiecznych przymiarek i sukienek z falbankami...
Pamiętam jeszcze jedno...
     Baba Jaga pracowała wówczas zawodowo, więc czas miała na "dziobaninę" ograniczony, więc w tych pracach często wyręczał Ją Dziadzio...Dziadzio był specjalistą od "pleców" i "rękawów"...
Było jeszcze coś...
     Wujkowie (wówczas nastoletnie Łobuziaki), jeśli zmalowali coś w szkole, albo na podwórku, to za karę robili ściągacze...Tak, tak...Dokąd Łobuziak perfekcyjnie ściągacza nie zrobił, to nawet przez okno nie wyjrzał...
     Baba Jaga robiła ozdobne przody, dekorowała, zszywała, ale to co najbardziej w robocie nudne odwalali za Nią Faceci...
     Robiła również firany, obrusy, serwety, kołnierzyki...Ale do tych misternych prac już Chłopaków nie dopuszczała...
No i...
     No i, nie dopuszczała do tych prac swojej jedynej Córki, zwanej tutaj Mamciaśką, bo wedle babcinej teorii: "Ona się jeszcze dość w życiu narobi"...
     Słuszność tej teorii docenią chyba wszystkie Kobiety...;o)
Ale wracajmy do dziobaków...Baba Jaga była pierwszym w znanej mi historii Rodziny, Dziobakiem...
     Moja Mamciaśka nie umiała przed założeniem rodziny praktycznie nic...
     Nie umiała gotować...Nie umiała szyć...Nie umiała dziergać...Nie umiała haftować...
     A ja sobie nie wyobrażałam Mamciaśki siedzącej w fotelu bezczynnie...
Nie umiała...
     Poszła na kurs kroju i szycia, bo Baba Jaga uparcie odmawiała "współpracy"...
     Uczyła się ściegów i "ślaczków" kupując "Wzory i wykroje" (mam je do dzisiaj)...
I wiecznie coś "dziobała"...
     Dar ten doceniłam najbardziej, kiedy będąc nastolatką miałam na każdą imprezę nową kieckę "za grosze"...Mam nawet taką, którą Mamciaśka uszyła mi ze starej flagi przeznaczonej do wyrzucenia...W czerwonym było mi do twarzy...;o)
     Nie trudno więc doliczyć się Dziobaków...Mamciaśka była druga...
     Kiedy jednak Mamciaśka nakryła mnie pewnego dnia na korzystaniu z Jej maszyny do szycia...
     Klękajcie Narody !!
     Takiej grandy w Jej wykonaniu to ja nigdy przedtem, ani nigdy potem, nie przeżyłam...
     A oglądała tą maszynę później, bardziej niż Królowa Elżbieta klejnoty koronne...
     Tak dowiedziałam się o błogosławieństwie, i przekleństwie Baby Jagi...
     "Dość się jeszcze w życiu narobisz"...
Hmmm...
Nie umiałam nic...
     Dwa lata po ślubie poszłam na kurs kroju i szycia...
     Maszynę kupiłam za kożuch, który mimo moich sprzeciwów kupili mi Rodzice, a ja się w nim czułam jak w średniowiecznej zbroi...
     Pan N. dokupił mi do niej piękną szafkę...
     Naszym Dzieciakom poza bielizną i butami ciuchów właściwie nie kupowałam...Szyłam...Dziergałam...Haftowałam...Wszystko z "pamięci"...
     Przez całe dzieciństwo patrzyłam na "śmigające" dłonie Baby Jagi i Mamciaśki...
     Jedyne, czego się nauczyłam w dzieciństwie praktycznie, to nabijanie oczek na druty...Ale tego nauczył mnie w wielkiej tajemnicy Dziadzio Stefan...
Z drutami jest chyba jak z jazdą na rowerze, bo po latach palce same się ułożyły...
Misterne wzory babcinych haftów odtwarzałam z pamięci...Próbowałam...Prułam...Znowu próbowałam...Do skutku... 
Miałam nawet w życiu epizod zwany "pracą w krawiectwie"...
     Potem nastąpiło dwanaście lat, kiedy nawet guzika nie miałam czasu przyszyć...
     Teraz nałóg wrócił...
     Uwielbiam wieczorami oglądać TV i dziobać te moje "wymyślanki"...
Nie korzystam z wzorów...Nie znam nazewnictwa...Nawet rozczytać tego nie umiem...
     Jestem dziwnym dziobakiem...Trzecim Dziobakiem...;o)