Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

piątek, 14 listopada 2014

List-opad, czyli o tajemnicy korespondencji...

     Może to dlatego, że wychowana zostałam na bohaterskich wzorcach Obrońców Poczty w Gdańsku, albo że moi Rodzice skrzętnie przestrzegali tajemnicy korespondencji, ale fakt jest faktem, iż obserwowana przeze mnie dewaluacja wartości korespondencji bardzo mi działa na percepcję...
     To prawda, że tradycyjne listy zostały w znacznej mierze zastąpione przez korespondencję elektroniczną, że częściej dostaję "powiadomienie" z FB, niż kartkę z pozdrowieniami, ale czasem się coś trafi w mojej skrzynce, i nie jest to rachunek za prąd...
     Czyli epistolografia jednak w Narodzie nie wymarła...
     Tyle, że wymarła sztuka jej przesyłania...
     Jakiś czas temu, kiedy jeszcze siedziałam w Sklepiku, nawiedził mnie pewien Pan...Dokładniej rzecz ujmując Pan, będący pracownikiem Poczty Polskiej, który rozwozi worki z korespondencją do oddziałów pocztowych...
     - Czy mógłbym zostawić u Pani worki z listami ?? - zapytał - Bo u Was Poczta czynna teraz od dwunastej...
     To, że nasz Oddział pracuje na jedną zmianę, w związku z absencją chorobową jednej z Pań, wiedziałam, ale druga część wypowiedzi podcięła mi kolana...
     - To znaczy gdzie Pan to chce zostawić ?? - wydukałam spłoszonym głosem, rozglądając się po niewielkiej powierzchni Sklepu...
     - O, tu bym rzucił...- wyjaśnił Pan z Poczty, wskazując kawałek podłogi przy wejściu...
     - A kto tego będzie pilnował ?? - dociekałam, bo wskazane miejsce było ogólnodostępne...
Pan z Poczty wyglądał na zdziwionego...
     - To Pani nie przyjmie ?? - zapytał...
     - Nie, proszę Pana... - upewniłam Go w domysłach - Sklep komputerowy nie jest miejscem odpowiednim dla korespondencji, a sala sprzedaży to nie jest miejsce na worki z listami...
     Długo nie mogłam otrząsnąć się po owych odwiedzinach...Wszak w tych workach mogła być i moja korespondencja...Niechciane worki mogły zawierać czyjeś tajemnice, albo bardzo ważne przesyłki...
     "O, tu bym rzucił" - powiedział Pan z Poczty...
Echhh...
     Jakież było moje zdziwienie, kiedy na drugi dzień wstąpiłam przed pracą do sąsiedniego "Spożywczaka"...Na podłodze, koło regałów z kaszą leżały pocztowe worki...Rzucone byle jak...Rzucone byle gdzie...
Sprzedawczynie nawet tych worków nie widziały, bo stanowisko z kasą jest dokładnie ukryte za filarem...
Ot...Takie nowe standardy...
     Ale to jeszcze nie koniec mojej pocztowej "przygody"...
     Tak się złożyło, że z drugą, prosperującą na naszym rynku Firmą pocztową InPost, doświadczenia miałam dotychczas mizerne...
     Może i coś dostarczali, ale przyznam się szczerze, na pieczątki nie zwracałam uwagi...
Aż do dnia, kiedy w naszej skrzynce pojawiło się awizo, o przesyłce sądowej, którą odebrać mieliśmy z kiosku Ruchu...
Klękajcie Narody...
Może być i w kiosku...
Tyle, że czas "odbioru" sprecyzowany był bardzo dokładnie...Od 9:00 do 17:00...
Czyli, że połowa Społeczeństwa nie jest w stanie owych przesyłek odebrać, bo właśnie pracuje...
     Po kilku dniach  udało się nam wygenerować czas na owo "odebranie"...
     Przejechaliśmy pół Miasta...Odszukaliśmy odpowiedni kiosk...I ustawiliśmy się przy okienku...
     Pani Kioskarka dość nieudolnie zaczęła sporządzać odpowiednią dokumentację...Okazaliśmy odpowiednie dokumenty...A za nami ustawiła się malowniczych rozmiarów kolejka...
Wszak, kiosk Ruchu ma w założeniach inne cele, więc tacy "Intruzi" jak my nie są za pewne mile widziani...
Skąd takie założenie ??
Bo Pani Kioskarka, co jakiś czas pytała kolejnego Klienta...
     - Co podać ?? - przerywając tok wypisywania dokumentów...
Logiczne...
     Przecież to kiosk Ruchu, a taki Klient to chodząca "gotówka", a nie jakieś tam przesyłki...
     Dla rozrywki spojrzałam na zabezpieczenia owego kiosku...
     Przecież taka przesyłka sądowa może zmienić czyjeś życie...
Kiosk jak kiosk...
Drzwi na kłódkę...Szyby zasuwane...Przesyłki w plastikowym pudełeczku...
Skóra mi cierpła...
I teraz już nie wiem...
     Co lepsze ??
     Worki z korespondencją poniewierające się po podłodze "Spożywczaka" ??  Czy przesyłki wydawane w takich warunkach ??
     Bo że tajemnica korespondencji przestała być priorytetem, już wiem...
 

wtorek, 11 listopada 2014

Dylematy Wyborcy, czyli Kandydat, czy Grafik komputerowy Kandydata ??

     Z tego bloga zrobił się taki prywatny "grajdoł"...Gordyjka to...Gordyjka tamto...A przecież Świat pędzi na przód i nie będzie się oglądał na jakąś tam Gordyjkę...
     No to dzisiaj będzie światowo...
Hmmm...
     Raczej "krajowo", żeby się nie rzucać od razu na głębokie wody...
     Za kilka dni mamy Wybory Samorządowe...
     Temat trudno przegapić, bo Media wałkują w kółko jedno i to samo (z przerywnikiem w postaci "Trzech Muszkieterów z PiS-u), a Polska zmieniła się w Galerię Postaci...
     Płoty...Parkany...Słupy...Drzewa...Transformatory...Balkony...Każdy metr kwadratowy powierzchni przysposobiony "ku czci"...
Wszędzie twarze, twarze, twarze...
No i hasełka...
     Jako Wyborcy, powinniśmy docenić owo poświęcenie, bo to i ubrać się trzeba ładnie, i fryzurkę jakąś zmajstrować twarzową, że o trudach "wieszania" nie wspomnę...
Tyle, że Kandydaci na Wybrańców rzadko wieszają osobiście...
     No i to hasełko...
Musi być krótkie, treściwe i "chwytliwe"...
     Ale czy o to chodzi w wyborach ?? 
     Przecież wyretuszowana fotka nic nie mówi o takim Kandydacie, a ogólnikowy slogan jedynie wprowadzi w błąd Wyborców...
Na ten przykład takie: " Będzie lepiej"...
Lepiej będzie gdzie ?? Lepiej będzie dla kogo ??
No bo, że sytuacja Kandydata, który przejdzie przez wyborcze sitko będzie lepsza to pewne, że w Jego domku sytuacja się poprawi to jasne jak Słońce...Ale co dalej ??
     Gdzie w tym wszystkim jest moje "gdzie" i "komu" ??
     Zaścianek, jak reszta Kraju, "odziany" został w owe plakaty, banery i fiszki...Z każdej strony spoglądają na mnie znane twarze Kandydatów...
To jak podróż w czasie, bo te same twarze "świeciły" na plakatach w poprzednich Wyborach i jeszcze wcześniejszych też...
Na drzwiach Urzędów wizytówki zmieniają jedynie swoje miejsca...
Nihil novi...
     Jaką więc mam motywację, żeby w dniu Wyborów ruszyć szanowne cztery litery z fotela i przespacerować się do urny ?? 
Sama nazwa" "urna" działa na mnie destrukcyjnie...
Wrzucasz kartę wyborczą i koniec Twoich nadziei...Pogrzebane...
A podobno nadzieja umiera ostatnia...
     Spoglądam na te fotki i w myślach zadaję sobie pytanie: Coś Ty takiego zrobił dla mojego Zaścianka, że mam Ci oddać, to co mam w demokracji najcenniejsze ??
Przecież przez kilka ostatnich lat traktowałeś mnie jak zło konieczne, jak natręta, który dopomina się jakiś praw, a teraz oczekujesz mojego "wsparcia"...
Czy to, że powisisz kilka tygodni na banerze, utrwalając mi w podświadomości "jedynie słuszny wybór" ma zrekompensować wszystkie błędne decyzje i lekceważenie ??
     Jakiś Kandydat rozdawał czekolady pod marketem...Jakiś przysłał do mnie list z prośbą o poparcie...Inny chodził od drzwi do drzwi i osobiście wręczał ulotki...
Dobre i to...
Przynajmniej wiem, że istnieją na prawdę...
Że włożyli odrobinę trudu i własnej pracy w owe Wybory...
     Plakaciarstwo...Banermania...Fiszkopęd...
     To jak Wybory na najlepszego Grafika komputerowego...
     A może to by było lepsze ?? 
     Wybrać takiego Grafika ??
     Może na zarządzaniu się znał nie będzie, ale przynajmniej w fotoshopie poprawi nam wizerunek ??

niedziela, 9 listopada 2014

Domowa Kura Grzebiąca...

     Wszystko ma jakiś swój początek, ale gdzie jest akurat ten początek ?? Nie mam pojęcia...
Może to ma kilka początków ??
     Nawet "zły", który z reguły chichocze na moim ramieniu, zamarł z rozdziawioną "japą" i nie mógł uwierzyć...Mruczał coś w rodzaju...
     "Oczadziałaś na starość durna babo ??"...
Dla ścisłości...Oczadziałam w duecie...Z Panem N. oczywiście...
     Przyjaciele skwitowali naszą decyzję krótko...
     "Kosmos nie lubi próżni, a Wy jesteście ukochanymi dziećmi Matki Pracy"...
     Pierworodny, przed którym długo ukrywaliśmy nasz czyn, nie mógł uwierzyć, a potem tylko wymruczał...
     "Mieliście odpocząć"...
Mieliśmy...Fakt...
     Jeszcze we wrześniu Pan N. przysłał mi linka...
     - Działka ?? Ziemię kupujemy ?? - byłam w szoku, bo Pan N. z reguły ograniczał moje obowiązki, a to wyglądało na spore ich poszerzenie...
     - Tak Ci wszystko pięknie rośnie...I tych donic Ci mało...I kiedyś powiedziałaś kup mi ziemię... - wyliczał Pan N.
     - Nooo tak...W worku miałeś kupić...Na rozsady... - mruczałam i oglądałam tą działkę...
     Potem dostałam jeszcze jednego linka...I jeszcze jednego...
Działeczki były ROD-owskie...
Jedne zadbane...Inne trochę mniej...
Nawet umówiłam nas na oglądanie, chociaż nie byłam przekonana...
     Kupować coś co nigdy nie będzie nasze, a nad każdą czynnością mam się zastanawiać, czy nie łamię regulaminu ??
To było jakoś bardzo sprzeczne z moją naturą...
     Pan N. nie kapitulował...
     - A może to ??
I dostałam linka do działeczki, która nawet na kiepskim zdjęciu zawołała...
     - Tu jestem...Widzisz ?? Taka jestem biedna...Zaniedbana...Pokaleczona...Może mnie pokochasz...??
     Dwa dni kotłowałam się w sobie...Dwa dni próbowałam posklejać emocje...
     Entuzjazm Pana N. nie pomagał...
     - Damy radę !! - zapewniał...- Przecież nic nie musimy na już...Powolutku...
I śmiał się do mnie tymi swoimi orzechowymi oczami...
     No to zostawiliśmy bałagan w sklepie...Zostawiliśmy pakowanie bagaży na wyjazd do Chorwacji...I pojechaliśmy zobaczyć owo "nieszczęście"...
     Realnie wyglądało jeszcze gorzej...
Ogród, który od wielu lat nie czuł ręki ogrodnika...
Okaleczony, stary sad...


     Wszędzie chaszcze...Wszędzie chwasty...Wszędzie chaos...




     I proszący o miłość zagon ziemi...


     Marzenie ??
     Na takie marzenia nigdy sobie nie pozwalałam...
No i ta perspektywa, że przecież miałam odpoczywać...Że czekała mnie rola Kury Domowej...
     Ja i Kura ??
Hmmm...
     Skoro tak, to mogę przecież być Domową Kurą Grzebiącą...Wszak wszyscy wiedzą, że Kury Grzebiące są bardziej "wartościowe"...
     Stanęłam...Spojrzałam...A moja wyobraźnia zrobiła resztę...
     Tu będzie warzywniak...Tu posieję zioła...A tamten kącik będzie idealny do zrobienia kompostownika...
     I nagle wszystko zapachniało...Sad zaszumiał...Słońce wyjrzało zza chmur...
     A zza obłoków usłyszałam cichutki chichot mojego Bieszczadzkiego Dziadka...
     - Mówiłem !! Lata temu mówiłem, że Ty kochasz ziemię !! Słyszysz ?? To skowronek !!
     No i przepadłam...

sobota, 8 listopada 2014

Strzał w "10"...

     Niedziela z Bastusiem miała, jak to u nas często bywa, niespodziewane zakończenie...
     Przekazawszy nasz Skarb prawowitej Opiekunce, ruszyliśmy śladem Pierworodnego...I to dosłownie...
     Po raz pierwszy, Syn wyraził zgodę na nasze uczestnictwo w Jego zajęciach "dodatkowych"...
Znając nasze "wybryki" wcale się Mu nie dziwię...
     Pamiętam, jak kilka lat temu dopingowaliśmy nasze Dzieciaki w czasie pewnego maratonu...Dzieciaki całkiem nieźle sobie poradziły, ale Ja i Pan N. chrypę mieliśmy przez kilka dni...
Obawy Pierworodnego miały więc całkiem realne podłoże...
Chociaż tym razem nie był to maraton...
To miało być zaprzeczenie ogólnie panujących poglądów na temat Informatyków...
     Czarny sweterek ?? Obłęd w oczach ?? Totalny odlot ??
Nic z tych rzeczy...
Chociaż ubranka były czarne...


I odrobinę obłędu też można było zauważyć...


Ale emocje na parkiecie były stanowczo bardziej energetyzujące niż przed ekranem monitora...
My zasiedliśmy na trybunie i bardzo staraliśmy się, żeby nie zrobić "obciachu"...
     Nasze starania skapitulowały po pierwszej kwarcie...
Emocje wzięły górę...
W połowie meczu czułam w gardle lekkie drapanie, a dłonie bolały od klaskania...
     Ekipa Pierworodnego spisywała się całkiem nieźle, chociaż podobno mieli zostać "pożarci bez popitki"...
     Kiedy zaczęli prowadzić, moje hamulce wysiadły...
     "Ręce !!"- darłam się bez opamiętania...
albo
     "Pilnujcie jedynki !!"...
że nie wspomnę o:
     "Łap tą piłkę Gamoniu !!"...
Duszyczka zaś szeptała...
     "Pani Boziu...Daj mi taki czarny mundurek, to Im chociaż w podaniach pomogę..."
Nawet nóżkami przebierałam...
Echhh...
     Ja się chyba na Kibica nie nadaję...
     A na Kibica własnych Dzieci, to już na pewno nie...


     Ale jak usiedzieć spokojnie, kiedy się kiedyś "ustrzeliło" taką "10"...??

czwartek, 6 listopada 2014

Babcia ośmiornica, czyli odwiedziny u Bastusia...

     Fiku miku, miku fiku,
     no i żegnaj październiku...

     Tak mogła bym określić tempo jakie mieliśmy w ubiegłym miesiącu...
     Po całkiem niespodziewanym, nieplanowanym i niesamowitym wyjeździe do Chorwacji przyszedł czas na pracoholiczny maraton...
Ależ mieliśmy tempo...
Likwidowanie siedemnastu lat życia to rzeczywiście niezłe wyzwanie...
     Tyle, że my uwielbiamy dokładać sobie pracy, że o niespodziewanych emocjach nie wspomnę...
     Zaczęło się oczywiście od wizyty u Bastusia...
     Z Zadaru przywieźliśmy ślicznego "pajacyka", więc pognaliśmy obdarować naszą Kruszynkę, no i przy okazji sprawdzić, czy Mu się jakaś "krzywda" nie dzieje...


     Bastuś nie wyglądał na nieszczęśliwego...Przyglądał się nam z zainteresowaniem, chociaż w tym wieku widzi się raczej jakąś "maź", a bodźcem jest głos...
     Za to nas widok Bastusia otumanił zupełnie...


     Technika przekazywania sobie naszego Skarbu wygląda bardzo skomplikowanie...
Posiadanie ledwie dwóch rąk wydawało nam się stanowczo błędem Matki Natury...
Taka ośmiornica, na przykład, to ma fajnie !!
     Bastuś znosił to cierpliwie, a Dzieciaki siedziały i kiwały głowami ze zrozumieniem...
     Szaleństwo Dziadków podobno nie ma granic...
Nasze nie ma...

poniedziałek, 3 listopada 2014

Najfajniejsze w Chorwacji są Bananki !!

     Jak wiecie mam ogromną słabość do Ludzi z pasją...Do takich Duszyczek, które ze swojej życiowej iskierki umieją rozpalić "ognisko", a czasem nawet średnich rozmiarów "pożar"...
Zbieram sobie takie Duszyczki i jak to pisał onegdaj Pan Brzechwa, "suszę i do smaku wrzucam je do kapuśniaku"...
No nie żebym z Was kapuśniak gotowała, ale nadziewam te Duszyczki na "niteczkę" bocznego paska na blogu, albo na listę "gaduły", albo do książki numerów mojej komórki, (przez Ludwiczka, od niedawna również na FB)...
Takie Duszyczki to wielka radość dla mojego serducha...
     Każda z "upolowanych" Duszek ma inne zalety, każda jest niepowtarzalna, każda wywołuje u mnie uśmiech...
     A Duszyczka, którą dzisiaj przedstawię, nie tylko że ten uśmiech wywołuje, Ona go na mnie wymusza...Ot co !!
     Na chorwackie szlaki ruszyłam w kiepskiej formie, żeby nie powiedzieć, że z taką formą to powinnam raczej zalegać leżak na tarasie...Ale, że uparciuch ze mnie okrutny, a wsparcie w osobie Pana N. kroczyło tuż za mną, więc poczłapałam...
Po kilkuset metrach, okazało się, że nie tylko Pan N. chroni moje "tyły"...
     Nasz pochód górski zamykała drobnej postury Blondyneczka...
     Cierpliwie człapała za nami, chociaż widać było, że siły w Niej drzemią potężne...Człapała i się uśmiechała...
     To była Martusia...
Że tłumy Blondyneczek chodzą po górach ??
Że młodość ma zawsze więcej siły ??
To wszystko prawda...
Ale...
     Kiedy wgramoliłam się na Bojin Kuk, Pan N. zapytał mnie nagle...
     - Czy Ty kiedyś widziałaś Kogoś tak uśmiechniętego ??
Hmmm...
Wyjął mi to pytanie z "makówki", bo całą drogę właśnie się nad tym zastanawiałam...
     - Jest niesamowita !! - zgodziłam się z Panem N. - Prawdziwy Bananek...
I tak zostało...
     Przyglądaliśmy się Martusi ukradkiem...Niby przypadkiem robiliśmy Jej zdjęcia...Usiłowaliśmy upolować "powagę"...
Lipa !!
     Martusia - Bananek w każdym momencie rozjaśniała Świat swoim energetyzującym uśmiechem...Wytrwale i nieprzerwanie...
     Że Marusia jest może taką Szczęściarą genetyczną ??
Niestety nie...Chociaż trudno w to uwierzyć...
Życie dało Jej nieźle w kość, chociaż o swoich kłopotach też opowiada z owym magicznym uśmiechem... 
     Kiedy wróciłam do domu, przejrzałam całe fotograficzne archiwum...Szukałam jednego zdjęcia, na którym Bananek byłby poważny...Jednej migawki, która uchwyciła by drobny smuteczek...
     Nie znalazłam...






     - Uwielbiam Góry...- powiedziała...
I ja Jej wierzę...
Jej miłość do gór widać w każdym uśmiechu...
A uśmiecha się ciągle...
     Mam więc, nowego Duszka do kolekcji...
Duszka z pasją...
Duszka z uśmiechem...
     I taki właśnie był nasz wyjazd do Chorwacji...
Uśmiechnięty Banankiem...



     To teraz zagadka...
     Kto nam zrobił to zdjęcie ?? ;o)
 

niedziela, 2 listopada 2014

Lanie wody, czyli o największym Parku Narodowym w Chorwacji...

     Dzisiaj będzie lanie wody...I to lanie wody w rozmiarze XXXL...
     Zapraszam do Parku Narodowego Jeziora Plitwickie, oczywiście w Chorwacji...
     Nasz pobyt w Chorwacji dobiegł końca, pozostało spakować manele, pożegnać się z Milanem i Jego Żoną, i zająć miejsce w busie...
I co dziwne...Nie było mi smutno...
Nie odczuwałam niedosytu, jaki towarzyszył mi przy pożegnaniu ze Szwajcarią...
Może to świadomość, że w Kraju czeka mnie maraton godny Herkulesa, a może fakt, że Chorwacja jest bardziej w "zasięgu" moich możliwości turystycznych...
Nie mam pojęcia...
Nawet perspektywa kilkunastogodzinnej podróży nie wywoływała traumy...
Mus to mus...
Ale...
No właśnie...
Na drodze do Polski stanął nam jeszcze jeden postój...Postój, że tak powiem, w wodzie...
     Nasz Przewodnik, Pan Szymon ( http://www.wgory.com.pl/ ) skusił nas na jeszcze jedną atrakcję...I chociaż czasu mieliśmy niewiele, to muszę przyznać, że owa atrakcja warta była nie tylko czasu, ale i wydanych pieniędzy...
Ale po kolei...
     Kiedy przekroczyliśmy linię Gór, ujrzeliśmy niesamowite zjawisko...Niby mgła...Niby obłoki...A wszystko ledwie kilka metrów nad ziemią...


     "Paseczek", jakby oddzielał to co płaskie, od tego co górzyste...Taki "szlaban" Matki Natury...
     A potem stanęliśmy w sporym "ogonku"...


     Gordyjka też stała, żeby nie było, żeśmy się chcieli z Panem N. wkręcić na "krzywego"...


     Stałam, a nawet zakupiłam bilety wstępu, cudnej urody, które nas uprawniały do konsumpcji niesamowitych widoków, o czym zapewniał gorąco Pan Szymon...


Ale najpierw czekała nas jeszcze jedna podróż...


     Każdy z tych pojazdów miał dwa lub trzy wagoniki, i wierzcie mi na słowo, każdy z tych "wagoników" zapchany był do obłędu...Większość stanowili Chorwaci, którzy właśnie świętowali odzyskanie niepodległości, ale drugą grupą byli...No kto zgadnie ??
Oczywiście !! 
Japończycy !!
     Ich sposób zwiedzania miałam już "przyjemność" zobaczyć w Zadarze...
     Porównać to mogę do "wylęgu" Dzieciaków z pobliskiego Przedszkola, które wychodzą na plac zabaw po przerwie zimowej...Mój Bieszczadzki Dziadek porównał by Ich do stonki...Z tym, że stonka jest mniej hałaśliwa...
     Ale wracajmy na szlak...


      Park Narodowy Jezior Plitwickich to 294, 82 km2, 1267 rozpoznanych rodzajów roślin, w tym 75 to endemity (czyli unikatowe rośliny występujące tylko w tym rejonie)...Samych orchidei mają 55 różnych rodzajów...Do tego 321 gatunków motyli, 161 gatunków ptaków i 21 gatunków nietoperzy...
Że o możliwym spotkaniu z misiem brunatnym nie wspomnę...
Prawdziwa Kraina Obfitości...
     Ruszyliśmy trasą H...


I rozpoczął się nasz pojedynek z Japończykami...
Dlaczego ??
Mieliśmy na pokonanie trasy niespełna trzy godziny !!
     No to aparaty fotograficzne w garść, sznurowadła poprawić i w drogę...

     Charakterystyczny dla tego Parku tuf, czyli porowata skała osadowa, powstająca przez wytrącanie się węglanu wapnia z wody, powoduje, że nigdy kaskady i wodospady nie wyglądają tak samo...
Nawet kiedy galopem pokonywaliśmy to wodne Królestwo, Matka Natura działała niepostrzeżenie...
Człowiekowi pozostało podziwiać te dzieła, i nie przeszkadzać...

     Aparaty fotograficzne i komórki rozgrzane już były do czerwoności, w oczach kłębiła się para wodna, a Pan Szymon kroczył energicznie w stronę przystani...
To jeszcze nie był koniec wodnej przygody...
Mieliśmy przepłynąć na drugą stronę jeziora...
Wczesna jesień w Chorwacji ??
Dlaczego nie ??
     Ale najpierw był nieprzebrany tłum na przystani...


I oczekiwanie na stateczek...
Nooo...Nie tylko...
     Mieliśmy czas na opracowanie strategii, jak się dostać na ten stateczek w jednej turze i całą grupą...Wsparciem służyły nam ramiona Pana Szymona i Pana N. ...


     I chociaż to wydawało się niemożliwe, na przeciwległym brzegu oczekiwał tłum jeszcze liczniejszy...


Nie ten...


Całe wzgórze jakby się ruszało...
     Ale co tam, skoro Matka Natura kusiła...


     No i mamy sukces !! 
     Japończycy nie mieli szans !! 
Już dawno zostali za nami, chociaż starali się bardzo...Jedna z Japonek usiłowała nawet wykorzystać korytarz powietrzny jaki powstał w tym pędzie między mną a Panem N. ...
Odpadła jednak z konkurencji już na trzecim pomoście...
     To chyba pierwszy przypadek w historii turystyki, aby Polacy pokonali Japończyków w Ich narodowej dyscyplinie...
     No i przy okazji pobiliśmy chyba rekord zwiedzania Jezior Plitwickich na czas...
     Ukoronowaniem była kawusia i sporych rozmiarów strucla z jabłkami...
Czy to już koniec marudzenia o Chorwacji ??
Poniekąd...
     Będzie jeszcze o pewnym Bananku...