Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

niedziela, 24 kwietnia 2016

Rentowna "Inwestycja"...

     Czy powinnam się z tego cieszyć ??
Nie wiem...
To trochę mało "po chrześcijańsku" jest...Ale satysfakcja pozostaje...I taka drobna radość w serduchu...
No dobra...
Wcale ta radość taka drobna nie jest...
Anatemy chyba na mnie za to nie nałożą...;o)
     Kilka dni temu nawiedziłam "służbowo" naszą ulubioną Sąsiadkę...To już właściwie prawie Rodzina, bo mieszkamy "przez ścianę" od prawie trzydziestu lat i jakoś udaje się nam żyć "ze sobą" bezkonfliktowo (to chyba jednak nie jak Rodzina)...
     Nawiedziłam Ją, i w trakcie rozmowy usłyszałam zdanie, które nie tylko poruszyło moją duszę, ale spowodowało właśnie tą mało chrześcijańską radość...

     "A może rzeczywiście trzeba było inwestować w Dzieci, w edukację, teraz było by Im lżej"...

Kiedy to usłyszałam, zamarłam z wrażenia...

     "Ale wtedy człowiekowi brakowało na wszystko, kasy brakowało"...

Orzesz...(ko)
     Mało z fotela nie spadłam...
     Takim newsem to ja się muszę koniecznie z Panem N. podzielić !! Niech i Jego serducho się uraduje !!
Dlaczego ??
     Kiedy zamieszkaliśmy w Zaścianku, byliśmy jednymi z młodszych lokatorów naszego Osiedla...Żeby nie powiedzieć, że byliśmy jeszcze dzieciuchami...
Niektórzy Sąsiedzi mieli Dzieci w naszym wieku...
     Nie trudno się więc domyśleć, że nasze zachowania bywały często traktowane z przymrużeniem oka, a nasz sposób wychowywania Potomków był często na cenzurowanym...
No cóż...Mieliśmy wówczas, odbiegające od przyjętych norm rodzicielskich, założenia...
     Kiedy nasi Znajomi i Sąsiedzi inwestowali każdy grosz w nowe tapety, boazerie, glazury, my kupowaliśmy wiadro emulsji i też było ładnie...
     Za remontowanie gruntowne łazienki wzięliśmy się po dwudziestu latach i to własnymi łapkami, żeby było "taniej"...Że solidniej, nie wspomnę...
     Każdą przyoszczędzoną złotówkę wydawaliśmy na "rozwój"...
     Nie wiedzieliśmy kiedy otwierają nowy sklep meblowy, ale na otwarciu Księgarni byliśmy dwie godziny przed czasem i wydaliśmy prawie połowę pensji Pana N., bo "rzucili" Słowniki, Poradniki, a nawet "Brzechwę"...W zakupowym szale nabyliśmy również sześć szklanek (akurat była dostawa w sąsiednim sklepie)...
     - Nie żal Wam wydawać tyle kasy na książki ?? - pytali Znajomi...
Echhh...
     Potem nam Dzieciaki z nagła z "Brzechwy" wyrosły i rozpoczął się etap "zajęć poza lekcyjnych"...
     Użebrałam u Senseja, żeby przyjął Sześciolatka do grupy Dorosłych, bo Pierworodny marzył o trenowaniu karate...
I trenował...Kilka lat trenował...Nawet chyba coś tam umie...My przez te kilka lat zaprowadzaliśmy Go na zajęcia, a potem z tych zajęć żeśmy Go przynosili, bo już nie miał siły chodzić...;o)
     Potem udało się załatwić "angielski za grosze", bo się Dyrektorka pod naciskami ugięła, a przez przypadek trafiła się nam w Szkole Nauczycielka z wielkim sercem i jeszcze większymi zdolnościami...
     Była gimnastyka korekcyjna prowadzona przez Pana Adama, na którą Syn bardzo chciał chodzić, więc Mu Pan WueFista "znalazł" wadę postawy...
     Potem do boju ruszyła Córcia i Jej Szkoła Muzyczna...
     Jej już Pan Adam "wady" nie dał rady znaleźć, bo plecki miała proste jak w Encyklopedii Zdrowia na obrazku...Ale na angielski się załapała...
     - Nie szkoda Ci czasu tak biegać z Dzieciakami ?? - pytali Sąsiedzi...
Echhh...
     Nie było nas stać na "wypasione" ciuchy...Nie inwestowaliśmy w glazury...Bywało, że popołudniami szliśmy na grzyby, bo na kolację miałam trochę zupy z obiadu i pół bochenka chleba...
Ale braliśmy piłkę i w międzyczasie urządzaliśmy mecze "dziewczyny kontra chłopaki"...
     Pan N. był chyba jedynym Ojcem na Osiedlu, który skakał "w gumę" (w gęstym lesie, żeby obciachu nie było)...A ja byłam chyba jedyną Matką, która uczyła dwutaktu (tablic z koszami w lesie gęstym nie stawiają)...No i nie krzyczeliśmy kiedy nasze Dzieciaki wspinały się na drzewa...Mało tego...My pokazywaliśmy najlepsze techniki wspinaczkowe, żeby się Dzieciaki "na błędach" uczyć nie musiały...
Wieczorami czytywaliśmy książki...Najpierw we Dwójkę...Potem w Trójkę...A potem to już cała Czwórka zaszywała się "po kątach" ze swoją lekturą...
     W jednej z szafek trzymaliśmy "wakacyjną kopertę"...
     Wakacje musiały chociaż w małym wymiarze być wspólne...
     Choćby to miał być wymiar kilku dni pod namiotem, parę kilometrów od Zaścianka...
     - Że też Wam się chce !! - rzucali Znajomi...
Echhh...
     Nie bardzo rozumiałam co jest fajnego w siedzeniu w domu, albo w bezcelowych "pogaduchach" sąsiedzkich przy kawie...Pan N. po powrocie z pracy pytał codziennie: "co robimy ??", zamiast zalegać na kanapie z gazetą, albo pilotem...
Plan musiał być gotowy...
     Kiedy Dzieciaki trochę odrosły, a w naszej "wakacyjnej kopercie" pojawiło się więcej nominałów, Córcia dostawała mapę Polski i z zamkniętymi oczami wybierała cel podróży...
Trochę wtedy oszukiwaliśmy...Przyznaję...
     Zawsze można było "podsunąć" mapę troszkę bliżej, albo odwrócić, kiedy palec zmierzał niebezpiecznie daleko (w stronę Morza)...Chociaż i Morze nam się przytrafiało...(W jednym roku Syn przemierzył Polskę sześciokrotnie - ze względu na powtarzające się anginy, po czym kategorycznie zażądał kolejnych kolonii w górach)...Wtedy oboje poznali Bieszczady...
Echhh...
     - Jest nabór do Trampkarzy...- rzucał Pierworodny...
     - Chcesz spróbować ?? - pytaliśmy...
     - Dzisiaj się zaczynają zajęcia plastyczne...- komunikowała Córcia...
     - Chcesz spróbować ?? - padało nieodmiennie...
     Bo Dzieci nie wiedzą co lubią...Nie znają swoich pasji...Muszą spróbować, żeby wiedzieć...To jak z tym "lizaniem" wszystkich nowych zabawek...
     Nasze próbowały wielu rzeczy...
     Od Kółka Recytatorskiego począwszy, a na biegach maratońskich skończywszy (na biegach to tak skutecznie, żeśmy dopingowali, że przez trzy dni ból gardła uniemożliwiał wszelką konwersację)...
     Bywaliśmy na meczach i pokazach Syna...
     Bywaliśmy na koncertach i występach Córki...
     Szaleliśmy z radości po sukcesach i ocieraliśmy łzy po porażkach (według naszych Dzieciaków drugie miejsce to była katastrofa)... 
     Zwiedzili wiele miejsc, których być może nawet dzisiaj nie pamiętają...
     Otoczenie ciągle miało nas za dziwaków...
     Po kilku latach zaczęliśmy "zbierać owoce"...
Zaczęło się od tego "angielskiego za grosze"...
     - Miałaś rację z tymi językami lata temu...- zaczepiła mnie Znajoma...- Mój Syn chciał do pracy jechać, ale bez języka to tylko zbieranie owoców...- żaliła się ze smutkiem...- A Twoi jak ??
Echhh...
     - Moja Córka studia skończyła, ale jakoś na rozmowach kwalifikacyjnych nie umie się "sprzedać"...- rzuciła z żalem Sąsiadka w czasie rozmowy...- Taka jakaś niepewna swojej wiedzy jest...- dodała...- Twoi to pewnie nie mają takich problemów...
Echhh...
I ta ostatnia "perełka"...
     - A może trzeba było inwestować w Dzieci ?? - rzucone w czasie sąsiedzkiej pogaduchy...- Ale wtedy człowiekowi brakowało na wszystko...
     Brakowało...Pewnie, że brakowało...
     Rozejrzałam się po mieszkaniu Sąsiadki...
     Piękne jest...Zadbane...Wyremontowane...Wszędzie glazura i gładzie...
Nasze "M" pewnie jeszcze przez wiele lat nie doczeka się takich luksusów...
     Ale mamy piękną łazienkę, którą sami żeśmy wyremontowali (Dzieciaki też mają wkład w kuciu ścian)...Mamy piękny balkon, który wystrojem cieszy oko (wtedy już Dzieciaki były "na swoim")...
I mamy dwoje Dzieciaków, które świetnie sobie radzą w dorosłym życiu...
Córcia pomaga Ludziom...
Syn dba o swoją Rodzinę...
I wiecie co ?? 
     Wcale Im nie żal pieniędzy na książki...;o)

12 komentarzy:

  1. Super czyta się takie wpisy :)
    A Twoja radocha jest jak najbardziej na miejscu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to czuję się rozgrzeszona...;o)

      Usuń
  2. Nie wpisuje mi komentarza!

    notaria

    OdpowiedzUsuń
  3. http://fakty.tvn24.pl/ogladaj-online,60/profesor-traci-wzrok-i-nie-stac-go-na-terapie-sprzedaje-swoje-skarby,637665.html

    notaria

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytałam !! Mam nadzieję, że uda się Profesorowi zebrać potrzebne fundusze, a Jego Biblioteka nie pójdzie na zatracenie...

      Usuń
  4. Miło się to czyta, choć znowu, jakoś tak... wzruszająco jakby...
    Ale dla mnie też większą przyjemność sprawia szczęście w oczach dzieci jadących na rowerku czy chlapiących się w morzu niż nowe kafelki itp. Remonty, jak na razie, wykonujemy we własnym zakresie (przecież pomalowanie ścian o żaden problem).:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo dzieci nie mogą się nudzić...;o)

      Usuń
  5. Gratulacje. Jakoś nikt nie wpadł na to, żeby medale wręczać za przygotowanie dzieci do życia...
    Na pewno zrobiliście wszystko, co się dało, a i los trochę sprzyjał, że się nie pojawiły przeszkody, na które nie mamy wpływu.
    Tak chyba wygląda szczęście.. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Los, owszem, sprzyjał...Ale, żeby się przeszkody nie pojawiały, to pierwsze słyszę...Nikt nie ma życia idealnego...;o)

      Usuń
  6. Racja, to jest wieka racja,
    nie ma to jak edukacja!!!

    OdpowiedzUsuń