Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

sobota, 19 maja 2012

Gdzie się ruszę...wszędzie "dusze"...

     Jak publicznie już wiadomo od dłuższego czasu wszelakie zakupy stały się moim "hobby"...
A to błądzimy z Panem N. po labiryntach marketów budowlanych w poszukiwaniu haczyków, których obraz tkwi mi boleśnie w podświadomości, a to rzucamy się w wir przygotowań tekstylnych, które niczym ciernie ranią moją antyzakupową duszę...
Nie ma co...Jakoś przez to przebrnąć musimy...
Fakt, że technikę zakupową mamy z goła inną niż klasyczni Klienci, bo z reguły jeśli szukamy butów to idziemy do sklepów obuwniczych, a jeśli poszukujemy bielizny to kierujemy się obrazem skąpo odzianych manekinów, ale obserwacje czynione przy okazji owych wędrówek dają do myślenia...
Kilka dni temu zabłąkaliśmy się do pewnego centrum handlowego...
     Pasaże rozbudowane niczym ulice w Zaścianku...
     Każdy pasaż ma swoją nazwę...
     Każde skrzyżowanie pasaży to "plac", de facto również nazwany...
     Każdy sklepik na owym pasażu z numerem "domu"...
     Drzwi owego "city" rozsuwają się z delikatnym szmerem i przekraczając próg człowiek z nagła znajduje się w innym świecie...
Bez względu na pogodę na pasażach przeciskają się prawdziwe tłumy...Można odnieść wrażenie, że albo w okolicznych sklepikach jest coś rozdawane za darmochę, albo wszyscy wcisnęli się tutaj aby uniknąć jakiegoś kataklizmu na zewnątrz...
     Młodzież wgapiająca się w migotliwe światła neonów...Średniaki ciągnące za sobą potomstwo w wieku różnym...Starsi niespiesznie sunący wśród tłumów...Czasem gdzieś młoda mama z niemowlakiem wtulonym w ramiona lub przyssanym do piersi...Czasem para zakochanych gagatków, do których nie bardzo docierają bodźce z zewnątrz...
Ot, taki średniokrajowy tłumek...
W sumie, przecież każdy potrzebuje czasem zrobić zakupy...Tylko, że...
No właśnie...
     W tym tłumie klientów jest garstka, może dziesięć procent...Reszta to "błądzące dusze"...
Nie kupują...Nie przymierzają...Nawet nie wchodzą do pięknie oświetlonych butików...
Robią po prostu za "tłum"...
Dlaczego właśnie tutaj ?? 
Dlaczego owa matula z niemowlakiem przy piersi nie spaceruje w parku ?? Dlaczego "zakochani" nie przytulają się gdzie w jakimś magicznym, romantycznym miejscu ?? 
Bo teraz na topie jest być właśnie tutaj, w "city"...
Tak jak kiedyś wyznawało się radością, że w sobotę było się w podmiejskim lesie, albo w parku, teraz wypada rzucić...
     - "w sobotę byłam w city"...
     - "a co kupiłaś ??"- spyta rozmówca z nieskrywanym zainteresowaniem...
     - "ooo...piękną bluzeczkę, promocja była..." 
I w tym momencie następuję chwila chwały...
Upolowało się coś, czego ów rozmówca już nie osiągnie...
Ma się cudo bluzeczkę z promocji...
Czy ważnym jest, że w osiedlowym sklepiku owa bluzeczka "bez promocji" kosztuje mniej ?? 
Totalnie nie jest to istotne...
Wszak osiedlowe sklepiki nie są na topie...
A bluzeczka kupiona "na targu" to już prawdziwy "obciach"...
     Sklepiki z "promocjami" można rozpoznać z daleka...Kotłują się w nim prawdziwe tłumy, klienci objuczeni tonami garderoby "do przymierzenia" stoją w kilometrowym ogonku do przymierzalni, a błądzące wśród klientów sprzedawczynie doradzają "życzliwie", jakie dodatki można nabyć w promocyjnych cenach do upolowanego właśnie nabytku...
To się nazywa "okazja"...
Hmmm...Zawsze byłam przekonana, że "okazja" jest wtedy kiedy człowiek chce kupić spodnie i przeznacza na nie powiedzmy 100 złotych, a uda mu się je kupić na 80-siąt...
Ale się myliłam...Człek się całe życie uczy...
"Okazja" jest wtedy kiedy się chce kupić spodnie za 100 złotych, a kupi się dwie bluzki, i spódnicę za 250 złotych...
Po spodnie można wszak przyjść do "city" w przyszłym tygodniu...
     Owe "centra" są nie tylko przybytkami handlowymi...
     Na "placach" odbywają się różnego typu imprezy mające na celu dostarczenie rozrywek utrudzonym polowaniem na okazje klientom...
     Na jednym "placyku" teatrzyk dla dzieci...
     Tłum "nielotów" wgapiony okrutnie...Ogłuszająca muzyka typu "hopsasa"...Wokół ciasno poustawiane stoiska przenośne ze słodyczami, lodami, zabawkami...Potężne nagłośnienie przerywane jest co kilka minut spazmatycznym płaczem kolejnego "nielota", któremu rodzice odmówili szóstego loda...
Stojący w pobliżu z wyrzutem spoglądają na wyrodnych rodziców...To dopiero "wredoty"...
     Następny placyk to koncert muzyki poważnej...
     "Cztery pory roku" Vivaldiego..."Lato"...
     Tłum tutaj znacznie mniejszy...Kilkadziesiąt osób szuka sobie miejsca na okolicznych ławeczka...
Muzyczny "koszmarek"...
Z oddali dolatują dźwięki "z teatrzyku"...Fala ludzi przesuwających się pasażem szemrze jednostajnie...Fontanna mająca wyciszać przelewa z szumem hektolitry wody...
W ten dysonans dźwięków wbija się ckliwa nuta skrzypiec...Pewnie gdyby nie wzmacniacz to wcale by ich słychać nie było...
Vivaldi sprzedany za drobne...
Chyba się Mistrz w grobie przewraca na taką profanację...
Cenimy swoje uszy i ruszamy w dalszą drogę...
     Pewnie gdyby to były Tatry to dobijalibyśmy właśnie do Morskiego Oka...
     Kolejny pasaż...Kolejny anonimowy tłum pełznący w każdym kierunku...I kolejny "plac"...
     Już z daleka do naszych zmysłów docierają nowe doznania...Cholesterol aż wbija się przez skórę...
Ogromny plac...Środek zastawiony małymi, czteroosobowymi stoliczkami...Wokół sama "gastronomia"...
Burgery...Frytki...Naleśniki...Sharma...KFC..."Chińczyk"..."Turek"...Pizza...
Ani jednego wolnego miejsca...
Kolejki przy stoiskach...Kolejki oczekujących na miejsce...
Publiczne jedzenie "czegokolwiek" też jest na topie...
Kto by się tam szczycił "domową ogórkową"...
W powietrzu unosi się dźwięk rytmicznego mlaskania i szmer szeptem uzgadnianego menu...
I wszystkie zapachy świata jednocześnie...
     Kiedy drzwi "city" zamykają się za nami z cichym szmerem rozglądamy się po okolicy, a nasze oczy z ulgą odbierają obraz realnego świata...
Płuca z lubością delektują się oddechem niezbyt świeżego powietrza...
Uszy chłoną z przyjemnością delikatne odgłosy miasta...
Chwila bezgranicznego szczęścia...
Chwila odzyskania wolności...
     Teraz już wiem czemu takie tłumy panują w środku...
     Oni nie przychodzą tutaj na zakupy...Nie przychodzą na posiłki, czy na przedstawienia...
Oni wszyscy odkryli wcześniej ową tajemnicę !!...
Przychodzą tutaj, aby móc wyjść i poczuć się bezgranicznie szczęśliwymi...
Trochę to szczęście kosztowne...
Ale wszak pieniądze szczęścia nie dają, a "city" daje...

16 komentarzy:

  1. Nienawidzę centrów handlowych, nienawidzę i nieraz dałam temu wyraz ;-) W pasażach handlowych zawsze szukam cichych miejsc z... antykwariatami, ale to tylko w starych miastach z tradycjami możliwe, jak Paryż czy Praga ;-)W każdym razie w Warszawie nie znalazłam takiego miejsca:-(

    notaria

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niewiele się błąkam po marketach, ale "świątyń dumania" nie widziałam w żadnym...pewnie musimy dojrzeć do takiej ekstrawagancji...;o)

      Usuń
  2. Ja też nie przepadam za City, ostatni raz, kiedy ja tam byłam? no nie pamietam, chyba poszłam do kina w Promenadzie, ale to było wieki temu, a sklepy mam blisko domu takie ulubione, a odzież? a tam, jak mi bedzie potrzebna kupię, jeszcze tylko nie wiem gdzie?
    pozdrawiam
    j

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Możesz w Zaścianku Jadwiniu...;o)

      Usuń
  3. A jakie taniutkie cuda
    w lumpeksie kupić się uda.
    LW

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zbiorę się na odwagę
      i kupię kiecki na wagę...:o)

      Usuń
    2. jantoni341.bloog.pl22 maja 2012 10:11

      W piątki o 12-ej
      chodziłem na tzw.
      "warsztaty z Jurkowskim"
      i po drodze był "lumpex",
      w którym w ciągu dwu lat
      kupiłem dwie bluzy,
      ale od stycznia...
      nie warsztatuję.
      Chyba odwiedzę przed
      wakacjami.
      Życzę szczęścia,
      a właściwie
      praskiego trafu.
      Pozdrawiam
      LW

      Usuń
  4. Jakiś miesiąc temu w moim mieście otwarto z hukiem nową Galerię (bynajmniej nie sztuki) - ponoć największą w całym regionie przygranicznym.
    Omijamy ją wielkim łukiem - dziwolągi jakieś, czy co?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to na "galerianki" nie mamy szans...;o)

      Usuń
    2. Marysiu, ja też jeszcze nie byłam:)

      Usuń
  5. Też nie lubię takich molochów i nie bywam, chyba, że do Castoramy jak remont jakiś, albo awaria:)
    Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Castorama to przybytek wszelkich dobrodziejstw...;o)

    OdpowiedzUsuń
  7. Oj nie, oni chcą się poczuć stadem. Wspólnotą plemienną. W parku nikt ich nie zobaczy, nikomu nie zaszpanują. Centra zastąpiły dom kultury i kościół razem wzięte. Żal d... ściska. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie tam nic nie ściska...:o) przynajmniej więcej miejsca ;o)

      Usuń
  8. jantoni341.bloog.pl23 maja 2012 00:09

    Niechaj będę życzeń gońcem,
    zdrowia, szczęścia ślę Iwonce.
    LW

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak miłego Gońca
      mogę czytać bez końca...:o)

      Usuń