Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

niedziela, 11 marca 2012

O Kaśce, która była Chłopakiem i o bezimiennym Dobrodzieju...

     Nawet Góralka pół krwi wie, że jak duje halny to się w Ludziskach krew burzy...Kłótliwe się jakieś robią, rozedrgane takie...
Hmmm...
No cóż, poduje, poduje i przestanie...
     Jako, że jednak w opozycji bywam do takich doświadczeń, postanowiłam zabrać Was dzisiaj w podróż sentymentalną…
     Czy ona taka sentymentalna była, to do końca nie wiem, ale tak mnie jakoś w czasie bezsennej nocy na wspominki wzięło, więc bazgrolę…
Na pohybel halnemu…
     Opowiastka jest co nieco przydługawa, więc proponuję zabezpieczyć sobie zaplecze i naszykować jakiś wikt i napitki, co byście przy monitorkach z głodu nie zeszli...
     Lat wtedy miałam naście i jako owa podfruwajka pasjami lubiłam wypady „pod namiot”…
     ”Chmurka” do spółki z „Wicherkiem” zapowiedzieli pogodę przecudnej urody, więc mnie już wewnętrznie wierciło, bo siedziałam w domeczku prawie trzy doby…
Echhh…
Wakacje…
     Jedna z moich Koleżanek na hasło „namiot” zgłosiła gotowość do wyjazdu w ruchu ciągłym (nasze Mamy razem pracowały, więc dodatkowych argumentacji nie musiałyśmy tworzyć), dla drugiej z Koleżanek miała to być „premiera”…Rodziców przekonała argumentacją „rodzinnego wyjazdu” i ogromnie uradowana stanęła na moim progu…
Ło Matko i Córko…
Ależ ja musiałam mieć wybałuszone gały na Jej widok…
     Buciki na obcasiku, bawełniana sukieneczka, kapelusik, torba podróżna rozmiarów szafy trzydrzwiowej, a w ręku…parasol !!
     - Bóg Cię opuścił ?? – zapytałam, żeby upewnić się, że to nie jakaś fatamorgana, albo inne zwidy…
     - A co ?? – nie zrozumiała aluzji moja Koleżanka…
     - Wyglądasz jakbyś jechała do Ciechocinka… - spojrzałam z dezaprobatą i wytężając swe siły wtarmosiłam ów wielkogabarytowy bagaż…
     - A Ty w co się spakowałaś ?? – dociekała Koleżanka…
Machnęłam ręką w stronę stojącego w kącie plecaczka rozmiarów „mini”…
     - Orzesz… - wyrwało się Koleżance i aż przysiadła na kanapie… - to wszystko na tydzień ??
     - Mamy jeszcze torbę z prowiantem, ale też jest mniejsza niż Twoja… - wyjaśniłam i kończyłam przedwyjazdowe przygotowania.Tata ogłosił właśnie alert, a miał dowodzić naszym środkiem transportu…Druga z Koleżanek miała nas oczekiwać na miejscu…
     Zalew wówczas urody był cudnej, położony wśród leśnych zieloności i malowniczych łąk…
Asfaltowa droga kończyła się przy zatłoczonym polu namiotowym…
     Kiedy tylko Ojciec zaparkował samochód, z wrzaskami okrutnymi zostaliśmy zaatakowani przez gromadę skąpo odzianych Letników…
Rodziciel w pośpiechu zamykał szybę, Mamciaś, towarzysząca nam w podróży, uczyniła w powietrzu znak krzyża…
No nie powiem, i ja zaskoczona byłam okrutnie, ponieważ okazało się, że „zdziczałe Stado” towarzyszy na wyjeździe oczekującej nas Koleżance…
Stado, dodam, składające się z jedenastu osobników płci przeciwnej…
     W życiu nie widziałam tak „zapowietrzonych” Rodziców…Tata w milczeniu obserwował budowę namiotu, paląc papierosa jednego za drugim…Mama przysiadła na materacu i lustrowała towarzystwo z wyrazem strachu pierwotnego na twarzy…
Ale nie powiedzieli ani słówka…Ani jednej wymówki…Ani jednego zastrzeżenia…
     Kiedy już obozowisko zostało rozbite Rodzice wsiedli do autka i odjechali razem z tymi swoimi lękami…
     Bardzo byli dzielni…
     Szczerze mówiąc byliśmy tak zdyscyplinowani i grzeczni jakby opiekę nad nami piastowało stado niań, ale któż mógł to przewidzieć ?? 
     Całe dnie taplaliśmy się w wodach zalewu…Posiłki przygotowywaliśmy na zmianę…W obozowisku panował porządek…
Wieczory spędzaliśmy przy ognisku podśpiewując i brzdękoląc na gitarkach…Nawet fałszowaliśmy w granicach normy…
     Aż do tego pamiętnego wieczoru, kiedy "zły" przytłoczony naszym rozsądkiem ukazał nam swoją piekielną siłę...
     Po kolacji zasiedliśmy kołem wokół ogniskowego paleniska, ktoś tęsknie zawodził jakąś balladę, ktoś grał w karty…Reszta siedziała wpatrzona w szarobłękitne topiele zalewu i dumała...
O czym ?? 
     Jak się ma naście lat to się z reguły duma na bardzo poważne tematy...
Taka cisza jest możliwa tylko wówczas, kiedy w Towarzystwie panuje męska przewaga liczebna, bo obozowiska "dziewczęce" z reguły tętnią gwarem całodobowo...
Uwielbiałam te "wydumanki" wieczorne...
     W męskim towarzystwie wyróżniał się Osobnik ogromnie „kubaturą” zbliżony do moich rozmiarów, to znaczy, taki z gatunku „szczypiorkowatych”…
     Był co prawda o trzydzieści centymetrów wyższy, więc w tłumie mógł uchodzić za maszt, ale że "szczypiorki" z reguły rosną stadnie to jakoś tak trzymaliśmy się razem. 
     Ów Osobnik miał jeszcze jedną cechę ogromnie charakterystyczną…Buziulkę miał jak dziewuszka…Delikatne rysy, pięknie zarysowane usta, długie rzęski i oczęta chodzącego niewiniątka…Z tej to przyczyny nikt nie zwracał się do Niego po imieniu…
Chłopak ów to był „Kaśka”…
     Dodać muszę dla ścisłości, że Kaśka miał oprócz urokliwej powłoki cielesnej niesamowite poczucie humoru…Sypał dowcipami jak z rękawa, parodiował wszystkich i wszystko, skory był do psikusów, a kiedy wybuchał radosnym śmiechem nie było siły, żeby Mu nie wtórować…
     Siedzieliśmy więc owego wieczoru opowiadając sobie różne dyrdymały, gdy Kaśka wyszeptał mi do ucha…
     - Idziemy wkoło zalewu ??
     Na takie hasło to ja już gotowa byłam do drogi !!
     Trampki, szorty, podkoszulka…i jakimś przebłyskiem rozsądku złapana w ostatniej chwili koszula flanelowa…
Kaśka wyglądał mniej więcej tak samo…
     Piaszczysta ścieżka wśród namiotów wiła się pięknie…Na obozowiskach panował wieczorny zamęt…A my dziarsko maszerowaliśmy przed siebie rozważając w jakim tempie pokonywać będziemy poszczególne etapy podróży…
     Najpierw „cypelek”…
     ”Cypelek” nie był jakimś rozległym terenem, bo opływaliśmy go w kwadransik…Pomnożyliśmy czas przez dwa i radośnie gaworząc podjęliśmy wyzwanie…
Nie wiem co z tym „cypelkiem” było nie tak, w każdym razie trasa jakoś wydłużała się nam nieziemsko w miarę pokonywanej drogi…
Po godzinie doczłapaliśmy na „cypelkowy” wierzchołek…
     - To przez to, że tyle gadamy… - oświadczył Kaśka ogromnie poważnym głosem i postanowiliśmy ruszyć w dalszą drogę w milczeniu…
To dopiero było wyzwanie…
Dwie milczące Gaduły…
     Teren z nagła zrobił się podmokły…Zielone ścieżki, które z „daleka” wyglądały na dukty leśne okazały się strumyczkami płynącymi pod bujnym mchem…Po kilkudziesięciu metrach mogliśmy nasze trampki wykręcać, a nasze stopy przy każdym kroku robiły…”ciap…ciap…ciap”…
Ale poddać się ?? 
Ani nawet przez myśl nam nie przeszło zawrócić z wytyczonego szlaku…
     Nad zalew spłynęła mgła wieczorna dodając pejzażowi pikanterii…Niebo zmieniło kolor na taki bardziej zgranatowiały…A my przedzieraliśmy się przez coraz bardziej bujne chaszcze i usiłowaliśmy trafić, na w miarę suchy grunt…
Kiepsko nam to wychodziło…
Coraz częściej nogi zapadały się w wilgotne podłoże nawet po kolana…Kaśka wcale nie musiał mówić tego co myślał, widziałam, że powrotu nie mamy odkąd zapadła noc, a do najbliższej drogi mamy w linii prostej kilka kilometrów…tak na oko…
W pewnym momencie nad naszymi głowami zaczęło coś buczeć nieziemsko…Powietrze zakotłowało się niczym wrzątek i otoczyła nas jakaś szarawa maź...
Komary…
     Widocznie Matka Natura stwierdziła, że mało mamy atrakcji i postanowiła wyrównać „pracowitość” naszych kończyn…
Wszak pracowały wytrwale tylko nogi, a ręce służyły nam jedynie do chwytania gałęzi, podpierania się w bajorach…teraz zaczął nam towarzyszyć jednostajny odgłos „plask…plask…plask”…Odgłos dowodzący, że właśnie śmiercią tragiczną był zszedł następny owadzi gryzoń…
Ścieżkę za naszymi plecami zasłały trupie szczątki…
     Kiedy po prawie czterech godzinach marszu, w tak koszmarnych warunkach dotarliśmy do „asfaltu”, jak na komendę klęknęliśmy na nim i Kaśka wygłosił piękną mowę dziękczynną na cześć wynalazcy owego spoiwa…
Ależ Go wówczas kochaliśmy ogromnie…
Jakże epokowym wynalazkiem wydawała się nam gładka, czarna powierzchnia ciągnącej się za horyzont dwupasmówki...
Geniusz budowniczych docenić można jedynie po takim „spacerku”…
     Wstąpiła w nas nowa energia i dziarskimi krokami ruszyliśmy wzdłuż pobocza…
Oczywiście zgodnie z przepisami, tak aby nas widzieli nadjeżdżający z przeciwka Kierowcy…
     Pierwszą „góreczkę” pokonaliśmy z ogromnym animuszem…Pod drugą „góreczkę” wmaszerowaliśmy jeszcze raźnym krokiem…
I nagle naszym oczom ukazał się drogowskaz głoszący, iż do miejscowości, w której czekali na nas Koledzy, w której czekały na nas napoje, w której mogliśmy cokolwiek zjeść, jest nomen omen…27 kilometrów…
Kaśka zamarł…
     - Widzisz to ?? – zapytał niepewnie…
     - Widzę…- wydukałam, a skurcze w łydkach dały mi znać, że moje nogi też znają się na liczebnikach…
     - Do rana nie dojdziemy… - wydusił z siebie Kaśka…
     - Do którego ?? – dociekałam, ale wzrok Kolegi wymownie dał mi do zrozumienia, że nie powinnam rzucać podobnych sugestii…
     - Nie wiem jak Ty, ale ja mogę spokojnie zginąć pod kołami jakiegoś pojazdu, nawet walca…przełażę na drugą stronę…może Ktoś nas podwiezie… - i nim zdążyłam zareagować Kaśka ruszył przez pas zieleni i barierki…
     - Trupy w duecie wyglądają dużo lepiej… - rzuciłam w przestrzeń i ruszyłam śladami Kumpla…
     Kiedy wdrapaliśmy się na trzecią „górkę” na horyzoncie ujrzeliśmy piękny widok pola namiotowego…Osnutego jeziorną mgiełką…Wyciszonego…Z dogasającymi ognikami palenisk…
Gadać nam się nie chciało wcale…
Nogi ze zmęczenia zaczęły się uginać…
Nagle Kaśka idący trzy kroki przede mną padł na kolana, po czym „na czworaka” wmaszerował na środek „dwupasmówki” i ułożył się w poprzek w malowniczej pozie ochotnika na samobójcę…
     - Możesz mnie nawet zadeptać !! Nie zrobię już ani kroku więcej !! – wykrzyknął złowieszczo…
     - Kaśka…zbierz się w sobie jak Cię proszę…przecież nie pociągnę dwóch metrów Chłopa po asfalcie… - próbowałam Go zmotywować…
     - To mnie sturlaj do zalewu !! Będę pięknym topielcem !! – i Kaśka rozłożył się plackowatym plackiem rozpościerając szeroko ramiona…
     - Ryby Cię zeżrą !! – próbowałam inaczej…
     - Ha !! Niech żrą !! Nie utyją !! – i Kaśka zamknął oczy na znak totalnego lekceważenia mojej argumentacji…
     Stan motoryzacji w naszym Kraju był wówczas mniej niż skromny, więc wizja, że ktoś Kaśkę „najedzie” była raczej znikoma…
Problem bowiem był w tym, że żeby najechać, Ktoś musiał by jechać…a odkąd weszliśmy na ową drogę, żaden pojazd się na niej nie pojawił…
W żadną ze stron…
      Stałam na środku tej drogi i przyznam szczerze, że ogromną miałam ochotę na „walnięcie się” obok Kolegi, resztka rozsądku podpowiadała mi jednak, że jeśli się położę, to nasze szanse na stratowanie wzrosną ogromnie, bo na dźwięk zbliżającego się samochodu nie damy rady się spionizować…
Trwaliśmy więc w swoich pozach…Kaśka „na płask”, a ja nad Nim niczym tak dusza pokutna…
Nie zareagowaliśmy nawet na dźwięk zbliżającego się samochodu...
    Światła wyłoniły się z mroku i zmierzały w naszą stronę w równomiernym tempie...
Nie wyobrażam sobie jakiego zdziwienia doznał Kierowca dokonując "odkrycia" dwóch ciał na środku drogi…Ale szczerze mówiąc od tamtego dnia mam Go za Bohatera…W życiu bym się nie zatrzymała widząc podobne dziwo…
Niemiłosiernie brudny, ubłocony Chłopak o długości dwóch metrów (od czubka pięty aż po czerep), z widocznymi na twarzy krwawymi śladami walki (walki co prawda z komarami, ale przecież walki), leżący na płask bez śladów życia…I jeszcze brudniejsza Dziewuszka, jeszcze bardziej ubłocona, ze śladami krwawej walki na całym ciele, machająca na dodatek kończynami w sposób wielce nieskoordynowany, krótsza co prawda rozmiarowo, ale było nie było „kawał baby”…
Bohater !! 
Jak nic trafił się nam Bohater !! 
     Podjechał bliziutko i przyglądał się nam zza przedniej szyby przez kilka minut, ale że nie okazywaliśmy żadnych agresywnych zachowań odważył się uchylić boczna szybę…
     - Stał się coś ?? – zapytał…
     Hmmm…Głupio się zapytał, ale przecież inteligencji się od Bohaterów nie wymaga…
     - Rozpłaszczył się i nie chce wstać… - oświadczyłam …
     - Pijany ??- dociekał nasz potencjalny Wybawiciel…
     - Kaśka ?? W życiu !! Chyba że się „przetlenił”… - wyjaśniałam, a Kaśka nawet powieką nie mrugnął…
     - A dokąd szliście…?? – zapytał w końcu rzeczowo nasz Dobroczyńca…
Trzeba było widzieć Jego minę kiedy owa informacja wyciekła mi z usta…
Nie wszystko pamiętam dokładnie, ale coś mi po makówce się pląta, że ze śmiechu dostał niemiłosiernej czkawki...
Ale ulitował się…Ulitował się, bo nad biedą i nędzą ulitować się wypada, a mnie wówczas wszystko było jedno, czy mam występować w roli "Nędzy", czy "Biedy"…
Kaśka swą postawą również deklarował obojętność dla tego dylematu…
Marzeniem naszym stało się dotrzeć do namiotów i wpełznąć do śpiworów, bez żadnych czynności fizycznych wymagających chodzenia…
     Kiedy Pan Kierowca wysiadł rozścielić jakąś szmatkę na tylnej kanapie zaświtała we mnie nadzieja, a Kaśka otworzył oczy…
Uratowani...
     Nasz Dobroczyńca podwiózł nas pod samiuśki namiot ogromnie rozbawiony opowieścią o naszej przygodzie…
     - Macie szczęście, że mi się dzisiaj trafił interes życia, bo bym się w życiu nie zatrzymał na Wasz widok… - wyznał szczerze…
     - Mamy… - poświadczył Kaśka – żeby nam jeszcze Bozia dodała odrobinę rozumu… - i zawiesił głos wpatrując się w taflę zalewu…
     W obozowisku nikt nie spał…Nasi Koledzy wyruszyli na poszukiwania, pozostawiając przy rozpalonym ognisku ową Koleżankę „od parasola”…
     Wpełzliśmy do swoich namiotów bez słowa i przespaliśmy szesnaście godzin…
Koledzy uszczęśliwieni naszym powrotem nie zadawali żadnych pytań...
     Przez dwa ostatnie dni siadaliśmy w dużej odległości od siebie, żeby nas czasem „zły” znowu nie podkusił…
Ani słowem nie skomentowaliśmy wydarzeń owej „wędrownej” nocy…
Nigdy też więcej nie widziałam Kaśki…
Odciski, zadrapania i bąble zniknęły po trzech tygodniach…
     Przeszliśmy wówczas połowę trasy…23 kilometry…     

12 komentarzy:

  1. Rzeczywiście mieliście szczęście... Przygoda z gatunku tych, które pamięta się całe życie:)
    Przeczytałam z wielka przyjemnością.
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Smaki dzieciństwa...przeżyć...;o)

      Usuń
  2. I dlatego tak dobrze wszystko pamiętasz, a swoja drogą 23 km mówisz, no mieliście parę, niczym dobry trening tylko po co w nocy?
    j

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tego to Jadwiniu nie wiedzą nawet najstarsi Górale...:o)

      Usuń
  3. jantoni341bloog.pl12 marca 2012 16:38

    A szkoda, że z Wami
    nie poszła koleżanka -
    na obcasikach. LW

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taka opcja nie była możliwa...:o) Koleżanka była z gatunku "leżakowców"...;o)

      Usuń
  4. jantoni341bloog.pl12 marca 2012 18:48

    Znam jeszcze gatunek
    Opalaczy Grajdolnych.
    LW

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Grajdoluchy występują terytorialnie, leżakowce są bardziej rozpowszechnione...;o)

      Usuń
  5. Znałam podobnego Kaśkę :)) Chodził w chusteczce w groszki i był dłuuugi pod niebo.

    OdpowiedzUsuń
  6. Widocznie Kaśki są "na metry"...;o)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Byli Gordyjko, byli...
      A wczoraj zapomniałam dopisać, że mimo późnej pory z ochotą przeczytałam całego posta i wcale żadnych dłużyzn nie odczułam :))

      Usuń
    2. To dziwne Maryjanko...bo mnie jeszcze bolą paluchy od klepania w klawiturkę...;o)

      Usuń