Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

sobota, 3 stycznia 2015

Magiczne zaklęcie: "może byśmy"...

     Wigilia...Boże Narodzenie...Sylwester...
Życzenia...Życzenia...Życzenia...
     Taki ogrom życzeń, że gdyby chociaż połowa z nich się spełniła, to po ulicach człapali by sami szczęśliwi Ludzie...
My już od wielu lat składamy sobie życzenia w wersji szczątkowej...
     No chyba, że zdarzy się coś szczególnego...
Kiedy chorowałam głównym tematem życzeń było zdrowie...
Musiały te życzenia być szczere, bo jakoś tam się pozbierałam...
Wróciliśmy więc, do wersji szczątkowej...
Przecież wiemy czego pragniemy...Wiemy o czym marzymy...
Wystarczy spojrzeć sobie w oczy...Uśmiechnąć się...Przytulić...
Słowa są zbędne...
     Ale w zeszłym roku było inaczej...
     Z racji obowiązków zawodowych nasza kolacja wigilijna była na raty...Prolog o 11:00 przed południem...Epilog o 23:00...
Do części pierwszej dołączyliśmy życzenia...
Po co czekać z życzeniami do północy ??
No i się rypło...
Rypło się, że Pan N. uwielbia sporty ekstremalne...
     No nie, żebym dotychczas o tym nie wiedziała, ale chyba nie doceniałam ich ekstremalnego charakteru...
     Pan N. życzył mi POMYSŁÓW !!
Aż mnie zatkało...
A potem wybuchnęłam śmiechem, jaki wcale nie pasował do takiej wzniosłej chwili...
     "Pomysłów ??"...
Orzesz...(ko)...
To się porobiło...
Chyba się mojemu Ślubnemu nudzi na potęgę...
Chociaż właśnie zaczęliśmy realizować jeden z nich...Dokładnie pięć dni przed Wigilią...
     Jak to mówili starzy Polacy...
     Zostaw Babę samą w domu, a pomysł sam się znajdzie...;o)
Pan N. zostawił...
No to wymyśliłam...
     Wymyśliłam maleńki remoncik w kuchni...
Tyci...Tyci...
Wszak mamy generować siły na działania plenerowe na Wrzosowisku...
No to niech będzie chociaż "tyci, tyci"...
     I znowu całe dnie mam "obłożone" niemożebnie...Znowu siedzę i dumam, patrząc tępo w kuchenne ściany...
     A Pan N. ??
Pan N. duma, jak te maje pomysły w życie wprowadzić...
A łatwo nie ma...
Sam sobie zgotował ten los...
Przecież życzył mi pomysłów...
     I tak jak sezam otwierał się na magiczne zaklęcie, tak u nas pomysły rodzą się magicznie...
     Zaraz po słowach: "Może byśmy..." ;o)

czwartek, 1 stycznia 2015

Do siego Roku !!

     No i jak tam ??
     Nóżki bolą ?? Koty tupią ??
Czyli prawidłowo...
     Nasz Sylwester był stabilny...W pościeli...
"Ranna" zmiana Pana N. wykluczała wszelkie "rozpasanie"...
Ale bywało...Oj bywało...
     Wśród Sylwestrów udanych, średnio udanych i nie udanych, mam w dorobku "zabawowym" również Sylwestra dziwnego...
Nawet bardzo dziwnego...
     Było to onegdaj, kiedy Gordyjka była jeszcze dziewczęciem nadobnym, a jej liczko było gładkie jak pupa niemowlęcia...
     - Gdzie idziesz na Sylwka ?? - zapytał Kumpel...
     - Nigdzie... - odpowiedziałam zgodnie z prawdą, bo dziewczę było ze mnie takie prawdomówne...
     - Jakbyś miała ochotę, to możemy wpaść do moich Znajomych... - zaczął Kumpel... - chcą pożyczyć ode mnie sprzęt, więc wejściówkę mam za free...
Hmmm...
     Kumpel był Stworzeniem spokojnym, więc i Jego Znajomi, awansem, spokojni być powinni...
Takie było założenie...
"Raz kozie śmierć"- Gordyjka pomyślała i w nadobne szatki się przystroiła...
     Niech będzie Sylwester u Znajomych...
A co !!
     Mieszkanko było przestronne, chociaż składało się ledwie z jednego pokoju, kuchni i łazienki, udekorowane radośnie karbowaną bibułką i balonami, stół zastawiony słusznie "składkowymi" potrawami...
Pozostało świętować...
     Kumpel podłączył sprzęt i z głośników zaczęła sączyć się Kora, albo inna Beata...
     Towarzystwo było ledwie kilka lat od nas starsze, więc bariery pokoleniowej nie odczuwałam...To, że były to małżeństwa, a ja byłam "wolnym elektronem" nie przeszkadzało mi zupełnie...
     Kumpel przemógł wrodzone zawstydzenie i poprosił mnie do tańca...
Szło Mu nawet przyzwoicie...
     Po kilku kwadransach zauważyłam, że jedna z par zniknęła w czeluściach mieszkania...
Hmmm...
Przecież ktoś musi stołem zarządzać i wiktuały donosić...
     Ale kiedy para wróciła z pustymi rękami, a panienka, to znaczy mężatka, poprawiała rozchełstane okrycie, Gordyjce zaświeciła się "czerwona lampeczka"...
Echhh...
Te młode małżeństwa...
Po kilku minutach z parkietu zniknęła druga para...
Gastronomicznych złudzeń nie miałam...
Scenariusz powtórzył się po kilku minutach...
Po dwóch godzinach nie wiedziałam już zupełnie kto jest czyją żoną, a kto jest czyim mężem...
     Konfiguracja wymykających się par była tak płynna, że jako tego Rzędziana, mnie "przytchnęło"...
     Kumpel robił się coraz bardziej czerwony na twarzy, z zażenowania...
     Właściwie mogłabym powiedzieć, że wybawiłam się jak rzadko, bo tańczyliśmy cały wieczór, ale nie powiem...
Moja cała uwaga skoncentrowana była na owych konfiguracjach...
W myślach nawet obstawiałam, kto z kim zniknie za momencik...
Pomijając fakt, że musiałam być również bardzo uważna jeśli chodzi o korzystanie z toalety...
Toaleta była non stop zajęta...
     Chcesz skorzystać ??
Wstrzel się pomiędzy...
     Towarzystwo było coraz bardziej rozochocone trunkami i misteriami łazienkowymi...
Nikt do nikogo nie miał pretensji o czułe tête-à-tête...
     Twarz Kumpla była koloru ćwikły z chrzanem...Raz czerwona jak burak...Raz blada jak chrzan...
Moimi spostrzeżeniami, oczywiście, się z Nim nie dzieliłam, ale przecież ślepy nie był...
Na pewno nie był...
     - Jak króliki...- wyrwało Mu się tuż przed północą...
     Nowy Rok przywitaliśmy życzeniami i toastem...Tradycyjnie...I dosyć niespodziewanie, bo przy stole obecni byli wszyscy Biesiadnicy...
Kwadrans po północy już nas tam nie było...
     - Ja Cię bardzo przepraszam... - dukał zawstydzony Kumpel... - Nie przypuszczałem...
     - Co nas nie zabije... - odpowiedziałam i roześmialiśmy się głośno...
     - Mogę posiedzieć u Ciebie chwilkę ?? - zapytał Kumpel, kiedy dotarliśmy pod moje drzwi...- Muszę tam wrócić po sprzęt, a nie wiem co zastanę...
Współczułam Mu serdecznie...
     W duecie byłoby Mu pewnie raźniej, ale przez gardło deklaracja taka mi nie przeszła...Mało...Nawet jedna myśl mi nie zaświtała, żeby ponownie przekroczyć próg owego przybytku...
     Kumpel powoli odzyskiwał naturalną barwę twarzy, coraz pewniej trzymał szklankę z herbatą, a kiedy poczuł w sobie odpowiednich rozmiarów "moc" pożegnał się i poszedł po ten sprzęt...
     Zastał przygaszone światło, leniwie sączącą się muzykę i kilka par kopulujących na podłodze...
Nawet nie zauważyli jak wypiął sprzęt i wyszedł w milczeniu...
     Tak Gordyjka zetknęła się z tak zwanym "seksem zbiorowym"...No i standardem "nowoczesnego małżeństwa"...
     Zdrada ?? 
     Jaka zdrada skoro każdy z każdym...
     Przysięga ?? 
     A czort z nią...
Kiedy rok później, Kumpel zapytał:
     - Gdzie idziesz na Sylwka ??
     - Nigdzie...- odpowiedziałam zgodnie z prawdą...- I niech tak zostanie...- dodałam z szelmowskim uśmieszkiem...
     Do siego roku !!  

wtorek, 30 grudnia 2014

Odchodzi Rok...Niech żyją marzenia !!

Kochany Roczku 2014...

     Wiem, że Twoje godziny są już policzone, i że odejdziesz od nas cichutko, zabierając stare kalendarze...Ale nie mogę pożegnać Cię w milczeniu...
     Byłeś wyjątkowym Roczkiem !!
     Właściwie to, że będziesz wyjątkowy, wiedziałam już Pierwszego Stycznia, ale przyznam się szczerze, że będziesz tak dla mnie łaskawy, nawet w marzeniach nie przypuszczałam...
     Miałeś być Rokiem naszych Rocznic...Rokiem urodzin...Rokiem ślubowań...
Takim wyjątkowo uroczystym Rokiem...
To już wystarczyłoby zupełnie, żeby wspominać Cię z nostalgią...
Ale Ty nie zadowoliłeś się minimalizmem...
     Urodziny ?? Rocznice ?? Przecież to przysługiwało nam awansem...
     Zaraz po Nowy Roku, postanowiłeś zacząć swoje działania...
     Pierworodny przysłał linka, który zaburzył naszą codzienność...
Szwajcaria ??
Marzenie !!
A jednak...


     Ale nim ziściły się nasze szwajcarskie plany, postanowiłeś sprawić nam jeszcze jedną, radosną niespodziankę...
     Dzieciaki mianowały nas Dziadkami !!
Ło Matko i Córko !!
     I na co teraz czekać ?? 
     Na niesamowitą wycieczkę wiodącą w nieznane Krainy, czy na Kruszynkę, która miała za kilka miesięcy powiększyć naszą Rodzinę ??
Radość ogromna...Niewyobrażalna !!
Taka radość, która wypełnia człowieka bez reszty...Bez jednego wolnego miejsca na inne uczucia...
Czysta...Piękna...Jasna radość...
     Potem przyszły wakacje...Pewien lipcowy wieczór i nagły błysk...
Błysk pomysłu...
A może to błyszczały gwiazdy na lipcowym niebie ??
     Ależ mieliśmy wypieki na twarzach, kiedy z malusieńkiego pomysłu, zrodziła się pełna koncepcja...
Koncepcja balkonowego azylu...


     A kiedy siedliśmy w naszym zaciszu, zapragnęliśmy pozostać tam na zawsze...
Bez zgiełku...Bez pośpiechu...Z marzeniami w umęczonych głowach...
Wtedy podsunąłeś nam kolejną myśl...
     Zamykamy sklep !!
     Będziemy mieli czas dla siebie...Będziemy mieć czas na marzenia...
No i cóż...
     Będziemy mieli czas dla naszego Wnuka, jeśli tylko będziemy potrzebni...
     Ale znowu wtrąciłeś swoje "trzy grosze"...
"Może Chorwacja ??" - zapytał Pan N.
Hmmm...
O tym to nawet zamarzyć nie zdążyłam...
     Niech będzie Chorwacja...
     Ledwie nasza Kruszynka spojrzała na Świat, przecudnymi oczętami, zarzuciliśmy plecaki i ruszyliśmy w kolejne, nieznane Krainy...


Było cudownie !!
Nawet wyjątkową pogodę załatwiłeś, Łaskawy 2014 Roczku...
Podobno, tak pięknego października nie było tu od wielu lat...
Echhhh...
     Potem pożegnaliśmy się z miejscem, w którym spędziliśmy kilka ostatnich lat...


O dziwo...
Pożegnaliśmy się bez żalu...
Chociaż...
No właśnie...
     Znowu zakręciłeś nami tak bardzo, że na ten żal nie mieliśmy po prostu czasu...
     Miast opłakiwać "stare dobre czasy", my już planowaliśmy czasy nowe...
Snuliśmy kolejne plany...
Co ?? Gdzie ?? Jak ??
     Dwóm Mieszczuchom sprezentowałeś "kawałek podłogi"...


Spory kawałek...
Co prawda, nie ma tam jeszcze podłogi, ale marzeń jest ogrom...
Marzeń i piękna...
     I coś, co pozostawisz nam po sobie...Oprócz wspomnień...
Każda roślinka, to będzie kawałek Ciebie, miły Roczku...
     Co jeszcze ??
     Dałeś nam zdrowie, chociaż rok temu bywało już z nim kiepsko...Dałeś siłę, abyśmy te wszystkie marzenia mogli realizować...Dałeś uśmiech, żebyśmy mogli się cieszyć tymi marzeniami...
No i...Co nie było bez znaczenia...Dałeś "walory" na ich realizację...
     Kochany Roczek 2014...
Będzie nam Ciebie brakowało...
Chociaż pozostawiasz po sobie tak wiele...
     Dziękujemy Ci bardzo...
Bardzo, bardzo...

     A jaki będzie Twój Następca ??
     2015-ty ??

     Niech będzie elegancki, ufny, radosny, piękny i pełen nowych marzeń !!
Dokładnie taki...

Jak nasz Książę Sebastian... 
Kruszynka nasza ukochana...;o)

                                           I tego Wam Wszystkim życzę...

niedziela, 28 grudnia 2014

Początki Ruchu Obrony Karpi...

     - Popatrzcie co zdobyłam !! - wrzasnęła Mamciaśka wkraczając do naszego maleńkiego mieszkanka...
Ojciec z niewielkim zainteresowaniem zerknął w Jej stronę...
     - Karpia zdobyłam !! Żywego !!- kontynuowała swoje wrzaski Mama...
To hasło wywołało konkretną reakcję...
     Ojciec podniósł się z tapczanu i zaczął szukać kluczy od komórki...Ja z szeroko wytrzeszczonymi oczami spoglądałam na zwisający z siatki rybi ogon...
Ogon się ruszał...
     - Idę po balię...- stwierdził Ojciec...
     Ten komunikat wywołał uśmiech aprobaty na maminym obliczu...
     Poukładała na stole wszystkie siatki i torebki, ale siatkę z rybim ogonem trzymała w dalszym ciągu...
Patrzyłam na tą siatkę jak zauroczona...
Ogon podrygiwał energicznie...
     Ojciec wtaszczył ogromną balię, która do tej pory służyła tylko jednej "rybce"...To była moja balia...
     - Nalewamy wody !! - zakomenderował Tata i zaczęliśmy wypełniać balijkę wodą...
Mamciaśka dzielnie dzierżyła swój łup...
     Kiedy ręce zaczęły mi cierpnąć, Ojciec stwierdził, że taki "ocean" wystarczy...
     Mama poprawiła szalik (do tej pory trwała w pełnym rynsztunku) i delikatnie włożyła siatkę do balii...
     Woda zakotłowała, zapluskała i karp ukazał się w pełnej okazałości...
Ależ był piękny...
Piękny i ogromny !!
Jego łuski błyszczały magicznie...
      Klapnęłam na podłodze koło balii i trwałam w absolutnym zachwycie...
      Karp musiał czuć się chyba samotny, bo moje towarzystwo przyjął z uznaniem...Rybie popisy zafascynowały mnie kompletnie...
Pięknie się wyginał w tej balii...Pięknie pluskał ogonem...Był po prostu piękny "po całości"...
     Rodzice przez chwilę towarzyszyli w moich zachwytach, a później zajęli się swoimi sprawami...
Ja zostałam z karpiem...
     Przesiedziałam z nim aż do kolacji...Kolację zjadłam na podłodze koło balii (mimo rodzicielskich protestów)...Nocny spoczynek przyjęłam z rozpaczą...
Kiedy jednak usłyszałam miarowe oddechy Rodzicieli, wzięłam swój mały jasieczek i poszłam "na chwilkę" do karpia...
     "Przecież się biedny utopi po ciemku" - dręczyło mnie ciągle...
Rano obudził mnie śmiech Ojca...
Leżałam na podłodze, koło balii, trzymając jedną dłoń w wodzie...
Było mi tak zimno, że aż mi zęby szczękały...
     Tata zapakował mnie na Ich tapczan, ale wiedziony rodzicielskim instynktem, podsunął balię do tapczanu...
     - Miej go na oku !! - i mrugnął porozumiewawczo...
Pilnowałam...
Pilnowałam w ten dzień...Pilnowałam w następny...
Nawet radosne, dziecięce okrzyki zza okna wcale mnie nie interesowały...
Karp miał na imię Kacper...
     - Musisz się z nim pożegnać...- zaczęła Mamciaśka...- Trzeba go przenieść do Dziadków, bo Babcia będzie dzisiaj smażyć ryby...
Zamarłam...
     - Jak to smażyć ?? - zapytałam przerażona...
     - Wigilia...Karp jest na wigilijną kolację... - informowała Mama...
     - Jak to na kolację ?? - nie dowierzałam...
     - Taka jest tradycja...W Wigilię je się karpie... - edukacja Mamy trwała dalej...
     - Kacperka będziemy jeść ?? - mój głos był jeszcze w miarę spokojny...
     - To tylko ryba !! - ucięła dyskusję Mama...
     Spojrzałam do balii, a Kacperek patrzył na mnie smutno...Nawet chyba łzy miał w oczach...A jeśli nawet, on ich nie miał, to ja miałam na pewno...
     Kiedy Ojciec wrócił z porannej zmiany, wyszeptałam mu do ucha konspiracyjnie...
     - Mama chce zamordować Kacperka !! Baba Jaga też chce...
     Ojca zamurowało z łyżką w powietrzu...Zupa chlusnęła w talerz...
     - Ale...- zaczął Ojciec...
     - Mama mi powiedziała !! Ratuj Kacperka...- i moje oczy wypełniły się znowu łzami...
     - Ale...- zaczął Ojciec, ale skapitulował...
     Po obiedzie ubrał się, przyszykował wiadro z wodą, przełożył karpia do wiadra i wyszedł...
Ryknęłam niesamowitym płaczem !!
     Postawiłam absolutne veto w kwestii ubierania się...Czesanie wykluczyłam kategorycznie...
Ryczałam...Ryczałam...Ryczałam...
Kiedy Ojciec wrócił do domu, siedziałam w kącie rozczochrana, naburmuszona i opuchnięta od płaczu...
     Zdrajca !!
     Kolacji nie pamiętam, bo cały wieczór kapały mi łzy...
     Dziadek uśmiechał się do mnie delikatnie...
Zdrajca !!
     Baba Jaga próbowała pogłaskać mnie po głowie...
Zabójczyni !!
     Mamciaśka cały wieczór rozważała kwestię karpia...
     Karpia, który wyglądał tak pięknie, a okazał się taka chudziną...
Na Mamciaśkę wcale nie patrzyłam...
Zostaliśmy zdradzeni !!
Ja i Kacperek...
     Kiedy żegnaliśmy się z Dziadkami, Ojciec poprosił Dziadka...
     - Pożyczysz latarki ??
     Dziadek z tym swoim lekkim uśmieszkiem sięgnął po latarkę do szuflady...
     - Weź te wszystkie pakunki...- powiedział Tata do Mamciaśki...- i idź do domu, my z Gugulickiem pójdziemy na około...
Gugulicek to byłam ja...
Poszliśmy...
     Mama była trochę naburmuszona na Ojca...
     Ja naburmuszona byłam bardzo...
     Byliśmy kilka kroków od naszego mieszkanka, kiedy Tata stwierdził...
     - Chodź, zajrzymy do komórki...Wigilia to jest taki zaczarowany dzień...
Poszłam...
     Ojciec otworzył zardzewiałą kłódkę, uchylił drzwi komórki i zaświecił dziadkową latarkę...
     Na środku komórki stała moja balia napełniona wodą, a w wodzie...
Tak !! Tak !! Tak !!
     W wodzie pływał sobie Kacperek !!
Cały... Zdrowy...I jak najbardziej żywy...
     - Nie mam pojęcia, jak my to Mamie powiemy...- wyszeptał Ojciec...
Był Czarodziejem...
Moja radość była tak ogromna, że w pierwszym odruchu chciałam złapać Kacperka i przytulić go serdecznie...Ostatek rozsądku spowodował, że przytuliłam się do Ojca...
     - Damy radę !! - wyszeptałam...
W ostateczności mogliśmy przecież zamieszkać z Tatą w komórce...
Tak właśnie się zrodził ekologiczny ruch w obronie karpi...
W mojej komórce...

piątek, 26 grudnia 2014

Przygoda na złomowisku...cz.3 i ostatnia...

     "Wyglądam jak straszydło" - myślała Dziewuszka stojąc w kolejce w Piekarni, i przygładzając koronkowe falbanki, które przez czystą koronkową złośliwość, sterczały we wszystkie strony...
     - Cześć - usłyszała za sobą znajomy głos i odwróciła się zażenowana...
Jeszcze tego brakowało...
     - Cześć... - odpowiedziała cicho i odruchowo przytrzymywała falbanki...
     Chłopak o włosach w kolorze popiołu przyglądał się Jej z uśmiechem...
     - Ładna sukienka... - stwierdził...
Z Dziewuszki jakby uszło powietrze...
No tak...
Trudno nie zauważyć, że wygląda pociesznie...
     - Dziękuję... -Dziewuszka udawała, że wszystko jest w porządku...
Że też Mama, akurat dzisiaj, uparła się na te koronki...
     - Dlaczego nie przychodzisz na nasze podwórko ?? - zapytał Chłopak...
Wymruczała coś niezrozumiale i wbiła wzrok w półkę z pieczywem...
Dlaczego ??
Może dlatego, że nigdy tam nie chodziła ?? 
     - Przyjdź !! - zachęcał Chłopak...
Spojrzała na koronkowe falbanki...
     Kiedy zrobili zakupy Chłopak skręcił w "Jej" ulicę i szedł obok...Dziwnie wyglądali...
     Ona niczym "panienka z babcinej gazety", On w starym, porozciąganym dresie...
     Minęli bramę do złomowiska i spojrzeli na siebie odruchowo...
     Ledwie kilka dni temu czuła ten niesamowity strach...Jeszcze teraz kolana się Jej uginały...
Chłopak się zaczerwienił...
     - Nie podziękowałem Ci...- wymruczał niewyraźnie...
     - Nie ma za co... - odpowiedziała zawstydzona...
     - Przyjdź...- powtórzył zaproszenie na pożegnanie...
Po obiedzie zebrała się na odwagę i poszła na Ich podwórko...
     To było piękne podwórko...Z huśtawkami...Z drabinkami...Z niedużym boiskiem...
Przy starych kamienicach nie było takich podwórek...
Stanęła nieśmiało przy ścianie garaży i spoglądała na bawiące się Dzieci...
     - Chcesz się pohuśtać ?? - usłyszała nagle...
     Spojrzała zdziwiona, bo takie pytania tutaj nie padały...Kolejność huśtania była zawsze ustalana długą kolejką oczekujących...
     - Mogę ?? - zapytała spłoszona...
     - Jasne !! - odpowiedziała Dziewczynka z krótkimi, czarnymi włosami...
     - Nie ma teraz huśtania !! - usłyszała energiczny głos Chłopaka o włosach w kolorze popiołu... - teraz gramy !!
Chłopak podszedł do Niej i zarzucił Jej szarfę na ramiona...
     - Będziesz "matką"...- wyjaśnił...
Nim zrozumiała co się stało Dzieciaki ustawiły się w kole i czekały na wybór...
     - Zaczynaj...- komenderował Chłopak...
Nieśmiało wskazywała swoich Zawodników...
Rozegrali dwa "mecze"...
     - Dobrze rzucasz... - powiedział Chłopak...
     - I łapiesz też nieźle...- dopowiadał koś inny...
     - Nawet w tych falbankach...- podkreśliła jakaś Dziewczynka...
     - Daj spokój !! - strofowała Ją Inna... - Przecież ta sukienka jest śliczna...- dokończyła...
Dziewuszka spojrzała ze zdziwieniem na swoje falbanki...
     - Śliczna ?? - wydukała...
Zgromadzone wokół Niej Koleżanki przyświadczały kiwając głowami...
     - Robimy wyścigi na drabinkach !! Idziecie ?? - zapytał Chłopak o włosach w kolorze popiołu...
Poszły...
     A potem były huśtawki...I chichoty na trzepaku, kiedy nie mogła zrobić dziwacznego fikołka "do tyłu"...I Ktoś częstował iryskami z makiem...
     - Przyjdź jutro !! - usłyszała na pożegnanie...
Uśmiechnęła się nieśmiało...
     Czyżby miała swoją "gromadę" ??
     Kiedy szła już "swoją" ulicą uśmiechała się radośnie...Nic nie było tak szare, jak jeszcze kilka godzin temu...Podniosła mały kijek i z rozmachem rzuciła nim w krzaki...
     "Dobrze rzucasz" - wyszeptała do siebie i wieczorną ciszę przerwał Jej radosny śmiech...
Otworzyła drzwi i weszła do ich maleńkiego pokoiku...
     - Jak Ty wyglądasz !! - wrzasnęła Mama z przerażeniem w głosie...
     Spojrzała na swoje falbanki i przygładziła je odruchowo...
Sukienka była szara...Przykurzona i oklapnięta...
     Po prostu ŚLICZNA !!

środa, 24 grudnia 2014

Wesołych Świąt...:o)

Z głębi serduszka,
najlepsze życzenia składa Wam...


                                                                                         Dziewuszka...

wtorek, 23 grudnia 2014

Przygoda na złomowisku...cz.2

     Złomowisko...
     Magiczna...Zakazana Kraina...
     Z każdym krokiem ich zachwyt dla tego miejsca wzrastał...Ogromne rury, które mogły służyć jako tajne bazy...Wielkie, pordzewiałe konstrukcje pnące się niczym szczyty gór...Pręty mogące być szablami...I setki kół, dla których w wyobraźni mieliśmy już przeznaczenie...Może i były trochę powykrzywiane i zdekompletowane, ale przecież do ich "pojazdów z marzeń" nadawały się idealnie...
     Myszkowali w najlepsze, nawołując się szeptem do coraz wspanialszych odkryć, kiedy Dziewuszka coś poczuła...Nie żeby usłyszała...Poczuła...
     Odwróciła się niespiesznie i zamarła...
     Na przeciw Niej stał pies...
Nie pies...
Bestia...
Bestia miała przekrwione oczy, a z pyska spływała jej ślina...
     Bestia warknęła cicho, wyszczerzyła ogromne zębiska i ruszyła powoli w stronę Dziewuszki...
Stojący obok Niej Chłopak, o włosach w kolorze popiołu, również zamarł...
     - Uciekaj... - wyszeptała Dziewuszka...
Chłopak spojrzał na Nią z niedowierzaniem i pokiwał przecząco głową...
     - Uciekaj !! - powtórzyła Dziewuszka... - Nie upilnuje nas oboje...
Chłopak zrozumiał...
     Bestia zajęta obserwowaniem Dziewuszki wcale nie zwracała na Niego uwagi...
Już miała swoją ofiarę...
     "Co ja powiem Rodzicom, jak mnie to bydle zagryzie ??" - przemknęło przez myśl Dziewuszce...
     Kątem oka widziała, jak cała Gromada, bezszelestnie wspina się na siatkę...
Jeszcze moment, a wszyscy będą bezpieczni...
     Bestia zbliżała się z każdą sekundą...Z jej pyska wydobywał się jakby charkot...Oczy śledziły każdy ruch Dziewuszki...
     Kiedy rozległ się donośny gwizd, Dziewuszka podskoczyła w przestrachu...Bestia warknęła...
     Zza ogromnych rur wyszedł Stróż...
Szedł powoli podpierając się laską i ciągnąc za sobą niewładną nogę...Co kilka minut wkładał do ust dwa palce i gwizdał głośno...
     - Co my tu mamy ?? - zapytał psa ochrypniętym głosem...
Wyglądał przerażająco...
     Stare, znoszone ciuchy wisiały na Nim niechlujnie...Twarz pokrywał kilkudniowy zarost...Usta wykrzywiał grymas złości...
Dziewuszka stała jak sparaliżowana...
Stróż podszedł do psa i spojrzał na jego ofiarę...
     - Cóż ty tu robisz Dziecko ?? - zapytał Stróż zaskoczonym głosem...
     Dziewuszka zamarła...Zaciśnięte ze strachu gardło, nie chciało wypuścić żadnego głosu...W oczach poczuła łzy...
     - Zabłądziłaś ?? - zapytał Stróż miękko...
Ostatkiem sił pokiwała potakująco głową...
     - Cicho piesku !! - wydał komendę warczącej bestii... - Nie wolno straszyć Dzieci...
     Kolana Dziewuszki odmówiły posłuszeństwa i z rozmachem klapnęła na zardzewiałą rurę kanalizacyjną...
     - Nie siadaj na tym !! - wrzasnął Stróż...
Dziewuszka poderwała się nerwowo...
     - Ubrudzisz sobie sukieneczkę... - wyjaśnił Stróż, a Jego twarz wykrzywiło coś na kształt uśmiechu...
     Bestia nie zwracała już na Nią uwagi...Zapiszczała radośnie i zaczęła się ocierać o nogi Stróża...
     - Dobry pieseczek...Dobry...Ale grzecznych Dziewczynek nie straszymy...- wyjaśniał Stróż...
     - Chodź...Odprowadzimy Cię do bramy... - zwrócił się do Dziewuszki i podał Jej dłoń...
Wielką, spracowaną dłoń Stróża...
     Dziewuszka nie odezwała się ani słowem i uchwyciła dłoń...
     Jej drobne ciałko ciągle drżało, a nogi trzęsły się strasznie...
     Ciągle czekała, że Stróż nagle złapie ją za ucho, albo zamachnie się drewnianą laską...
Przecież to był bardzo "zły" Stóż...
     A może podprowadzi Ją do swojej budy i zamknie na ogromną kłódkę ??
     Rozglądała się bezradnie, ale nikt nie spieszył Jej z pomocą...
     Kiedy doszli do bramy, Stróż puścił Jej dłoń i otworzył boczną furtkę...
     - Pamiętaj, że złomowisko to nie jest przyjemne miejsce dla grzecznych Dziewczynek... - napominał Ją Stróż...I pomachał na pożegnanie..
     Wróciła pod dom...Usiadła na krawężniku i małym kijkiem zaczęła obrysowywać sześciokątne płytki na ulicy...
     Fioletowa sukienka powiewała na wietrze...Chociaż różyczki było lekko pogniecione...
     Czerwone kokardy w Jej włosach wyglądały jak dwa motyle wzbijające się do lotu...
     Taki sobie zwykły, szary dzień...