Pamiętacie smak prawdziwego mleka ??
Ten pierwszy łyk, kiedy na podniebieniu i języku osiada
leciutka, jak mgiełka warstwa śmietanki…i ten zapach, bezkresnej szmaragdowej
łąki…
Ech…ale się rozmarzyłam…
Jako mała dziewczynka wakacje spędzałam u
moich Bieszczadzkich Dziadków…
Pozostawiana tam przez pracujących Rodziców, pod
opieką Cioci (Świętej Kobiety)…
Jako, że alergie wszelkie przyswoiłam
zanim świadomość istnienia dotarła do mnie należycie, więc Mama pozostawiała
Cioteczce ogromniastą listę, co mogę, a co pod groźbą śmierci jest mi
zakazane…
Na pierwszych miejscach owej listy widniały : mleko i twarożek…
Rodzina głowami pokręciła na takie
„miastowe dziwactwa”, ale jak Dekalogu owych przepisów przestrzegała…
Skoro nikt owych „alergii” nie widział…to są czy ich nie ma ??
Jak mogłam własną Rodzinę w takiej
niewiedzy i nieświadomości trzymać ??
Nie mogłam !!
Pewnego dnia buszując samopas po
okolicznych zagrodach zabłąkałam się na łąkę naszej Sąsiadki, a że właśnie
pierwsza rosa z pól schodziła, Sąsiadka owa zasiadła na małym, drewnianym
zydelku przy wymionach dorodnej krasuli i zamierzał ulżyć biednemu zwierzakowi
w procesie produkcyjnym…
Do tej pory nie bardzo byłam obznajomiona z procesem udoju
(kategoryczny Dziadkowy zakaz wchodzenia do obory !!), więc mało mi ślepka z
orbit nie wyszły na takie cuda…
Siuk…siuk…rytmiczny odgłos mleka
wlewającego się do wiaderka brzmiał jak rytmiczna muzyka…
Stałam i wgapiałam się
niczym sroka w gnat…Małe łapeczki zaczęły naśladować niezgrabnie ruchy wprawnej
Dojarki…
- Chcesz spróbować ?? – rozległ się
śpiewny głos Sąsiadki (jak ja kocham tą lekko zmiękczoną, śpiewną mowę).
Takiego wyzwania nie mogłam zmarnować
!!
- Pewnie, że chcę !! – zakwiliłam
radośnie i już siedziałam na małym zydelku.
No cóż…czynność, która z daleka
wydawała się prostym machaniem łapkami, w zestawieniu z wymionami krowy stała
się nieprzyzwoicie skomplikowana…
Kiedy udało mi się w końcu poprawnie za to wymię chwycić i
dopasować wszystkie wymagane ruchy, a z wymienia popłynęło mleko…mało się z
tego zydelka nie wykopsałam na ziemię.
- Masz prawdziwy talent !! –
oświadczyła Pani Sąsiadka.
A ja się poczułam, jeśli nie jak Pierwsza
Dojarka Polski Ludowej, to przynajmniej lokowałam się w pierwszej dziesiątce !!
W nagrodę otrzymałam półlitrowy
garnuszek jeszcze ciepłego, ledwie przecedzonego przez sitko mleczka prosto od
krowy !!
Niczego lepszego w życiu nie piłam !!
Samodzielnie wydojone
mleczko !!
Wychłeptałam całe pół litra…
Podziękowałam grzecznie Sąsiadce,
pożegnałam się i ruszyłam w kierunku domciu.
Po kilku krokach zaczęło mi się robić
na przemian gorąco i zimno, przed oczami zaczęły tańczyć różnokolorowe plamki,
w ustach poczułam ogromnych rozmiarów jęzor, który już mi się w paszczęce nie
mieścił, coraz trudniej mi się oddychało…
Pamiętam jeszcze jak pod przydrożny kamień wmaszerowała mrówka…a
mnie zastanawiał fakt dziwnej perspektywy owego zjawiska…Albo ja jestem za
nisko, albo mrówka za wysoko…
Obudziłam się w szpitalu…
Obok łóżka siedział Dziadek w ubraniu
„do pola” i swojej pociesznej czapeczce…
- Nie wiemy jaką toksyną się Wnuczka
zatruła… - doszedł do mnie jakiś obcy głos.
- Dopiero wtedy będziemy mogli
skutecznie zadziałać…póki co usuwamy objawy… - kontynuował.
- To mogło być wszystko…jak to w
gospodarstwie…a Ona nienawykła… - wyszeptał Dziadek.
Leżałam i próbowałam wycisnąć z gardła
odpowiedź na to pytanie…
Nieznany głos wyszedł z Sali, a Dziadek
nachylił się nade mną i zaczął się modlić…
Z całych sił postarałam się podnieść
dłoń, żeby zwrócić Jego uwagę i ułożyć wargi w to jedno słowo…
- Mleko…
To, że Dziadka miałam bardzo mądrego
wiedziałam od zawsze, ale że umie tak biegać nie wiedziałam !!...Jak On
wystartował od tego łóżka !!
Po czterech godzinach kroplówek byłam
jak „nówka sztuka” pozostawiona na oddziale na dobową obserwację, a Dziadek
otrzymał od Lekarzy słowo honoru, że nic mi nie grozi i mógł szczęśliwie wracać
do gospodarstwa…
Proces edukacyjny mojej Rodzinki w
kwestii „alergii” poszedł eksternistycznie !!
Po powrocie ze szpitala zauważyłam ,że
w całym domu nie ma nawet najmniejszego śladu po krowich produktach, a co
poniektóre bardziej wrażliwe Jednostki unikały nawet w rozmowie newralgicznych
tematów…
Kiedy zaproponowałam Babci pomoc przy
dojeniu przeżegnała się Bidulka bojaźliwie i czmychnęła niczym przed zarazą…
Ciężkie życie ma Taki Alergik...a mleko prosto od krowy? Już nie pamiętam jak smakuje, choć alergikiem nie jestem:)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam serdecznie:)
Można się przyzwyczaić...;o)
OdpowiedzUsuńSzacunek Dojareczko :)
OdpowiedzUsuńKiedy ja zasiadłam do takiego "machania łapkami" byłam już mężatką, a czynność okazała się wcale nielekką.Na domiar złego po wypiciu świeżo udojonego mleka zawsze potrzebowałam latarki i gwizdka.
Podstawowe wyposażenie do wiejskiego wychodka...:o) i gazeta mało edukacyjna...;o)
OdpowiedzUsuńSytuacja to nie nowa:
OdpowiedzUsuńjak nagrody nie spróbować.
LW